|
Informację o tym, że Władysław Kosiniak-Kamysz zostanie ministrem
pracy i polityki społecznej przyjęłam z pewnym zaskoczeniem. Wydawało
się, że na tym stanowisku zostanie Jolanta Fedak, bo choć nie zasiądzie w
ławach sejmowych w tej kadencji, to przecież kilka zainicjowanych przez
nią projektów wymaga sprawnej kontynuacji.
Minister Fedak zmieniła się w ciągu czterech lat – od osoby sceptycznie
podchodzącej do idei etnobusu aż do jednej z organizatorek Kongresu
Kobiet. W ciągu ostatniego roku minister Fedak włożyła kij w mrowisko polskiego
systemu OFE, czym wywołała potężną dyskusję ukazującą, jak w sumie
niewiele wiemy na temat przyszłości naszych emerytur i przeszłości
obowiązującego systemu. Zaczęliśmy się zastanawiać nad powiązaniami
między niezależnymi ekspertami od systemu emerytalnego i posadami w
Otwartych Funduszach Emerytalnych, pojawiły się artykuły i wystąpienia
prof. Leokadii Oręziak z SGH – dyskurs się trochę zatrząsł, i dobrze.
Kilka miesięcy temu weszła w życie ustawa żłobkowa, której celem było
zapewnienie większej liczby miejsc w żłobkach publicznych oraz
ograniczenie szarej strefy w opiece nad dziećmi. Znowu plus.
Tyle
że w tym samym czasie planowaną na przyszły rok wysokość płacy
minimalnej minister Fedak ogłaszała na konferencji prasowej, a nie
podczas spoktania z partnerami społecznymi w Trójstronnej Komisji.
Wynegocjowany i przyjęty w 2009 r. Pakiet Działań Antykryzysowych został
zrealizowany zupełnie wybiórczo – punkt o płacy minimalnej na poziomie
50 procent średniej krajowej (zalecenie Międzynarodowej Organizacji
Pracy) zupełnie zignorowano. Fundusz Pracy, dzięki któremu możliwe jest
tworzenie nowych miejsc pracy i zdobywanie nowych kwalifikacji przez
pracowników, został zagarnięty przez ministra finansów. Gdzieś zapodziały się oszczędności, które przyniosła reforma OFE, a
które miały wspomóc finansowanie pomocy społecznej – progi dochodowe
uprawniające do zasiłków nie były weryfikowane od lat i są czasem niższe
od minimum egzystencji. Wreszcie okazało się, że do żłobków, oprócz dobrych chęci zapisanych w
ustawie, potrzebne są również duże pieniądze – 50 procent dofinansowania
inwestycji z państwowego programu „Maluch” to za mało, jeśli samorządy
nie dysponują drugą połową kwoty.
Dobrze się czytało wywiady z minister Fedak. Trafnie diagnozowała
rzeczywistość, podkreślała niezwykle wysoki poziom ubóstwa w Polsce,
fajnie opowiadała o potrzebie społecznego solidaryzmu, który został
podważony przez obowiązujący system emerytalny. Było to przyjemniejsze w
odbiorze od prawie-że-ponowoczesnych opowieści ministra Boniego na
temat przyszłości świata i społeczeństwa, opierających się na takich
pojęciach jak innowacyjność i „srebrna” gospodarka, rodem z opracowań
dla Komisji Europejskiej. U Boniego przyszłość była dynamiczna,
elastyczna i skoncentrowana na rynku, do którego trzeba się
przystosować. U Fedak było więcej swojskiej niepewności jutra,
wynikającej z koszmarnie niskich zarobków i żenująco niskich emerytur,
sprzeciw wobec potęgi międzynarodowego kapitału uosabianej przez OFE.
Ale od ministra oprócz diagnoz oczekujemy również działań. W kampanii
wyborczej Fedak postawiła na emeryturę obywatelską, znowu trafnie
diagnozując społeczne lęki i potrzeby. A teraz w jej buty ma wejść
30-letni lekarz, syn i bratanek ministrów w poprzednich rządach,
pracujący w szpitalu, gdzie ordynatorem jest jego ojciec. Z medialnych
informacji wynika, że już cztery lata temu był kandydatem na rządową
posadę, zatem możemy się domyślać, że mamy do czynienienia z genialnym
dzieckiem PSL-u. Ojcowizną są ministerialne stołki. Ministerstwo z ojca
krwią spada dziedzictwem na syna. I tak dalej.
Nie oszukujmy się, nie będzie to ani pierwszy, ani ostatni minister,
który posadę uzyskał z uwagi na koalicyjną matematykę, a nie
wieloletnie doświadczenie. Niemniej jednak coś w tej nominacji uwiera.
Sytuacja trochę podobna do tej, kiedy córka ministra Rostowskiego
dostała pracę u ministra Sikorskiego. Dlaczego? Bo dobrze znała
angielski. Proste.
W kontekście ruchu Oburzonych, głębokiej frustracji młodych wchodzących
na rynek pracy po tych wszystkich studiach i
kursach językowych, którzy mają do wyboru mniej lub
bardziej śmieciową umowę – minister, który dostaje nominację z powodów
bliżej nieokreślonych, a zdecydowanie mało
merytorycznych, to po prostu arogancki ruch premiera i wicepremiera. A może koalicjanci właśnie uznali, że Kosiniak-Kamysz będzie
rzecznikiem swojego pokolenia? Jest młody, więc rozumie młodych? Ten stres związany z horrendalnymi kredytami mieszkaniowymi,
wysokimi opłatami za przedszkola, brakiem macierzyńskiego i ojcowskiego
na śmieciówkach?
Na tym stanowisku potrzeba osoby charyzmatycznej, która będzie umiała przekonać resztę rządu, z
ministrem finansów na czele, że polityka społeczna to inwestycja, a nie
koszty, że Polski nie stać na biedę i że trzeba tworzyć
miejsca pracy, a nie tylko w nieskończoność uelastyczniać formy
zatrudnienia. Osoby, która w Komisji Trójstronnej będzie potrafiła
prowadzić sensowny i konstruktywny dialog, a nie tylko konstruowała
makietę. Osoby z dużą dozą społecznej wrażliwości i
zrozumienia dla społecznych przemian: rosnącej aktywizacji zawodowej
kobiet, żądania równej płacy za równą pracę i za pracę tej samej
wartości, potrzeb i problemów „kanapkowego
pokolenia”, które pracuje, a zarazem opiekuje się pokoleniem młodszym i starszym.
Nie można tego robić na pięćdziesiąt procent, tylko w końcu na sto.
*Julia Kubisa – doktor socjologii, współpracuje z Instytutem Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego i z OPZZ.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...