NOWOŚĆ W SKLEPIE KP
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Krastew: Bułgaria ani nie zbawi Unii, ani jej nie zniszczy |
|
|
Iwan Krastew*
|
|
10.11.2011 |
„Wybory nic nie zmieniają”, głosi graffiti nabazgrane na jednym z murów w centrum Sofii. „Gdyby wybory cokolwiek zmieniały, byłyby zakazane”. W świetle październikowych wyborów samorządowych i prezydenckich, których kulminacją była odbywająca się w miniony weekend druga tura, hasło to wydaje się niezwykle prawdziwe. Centroprawicowa partia Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii (znana pod bułgarskim skrótem GERB) utrzymała się u władzy, obejmując szereg kluczowych mandatów burmistrzowskich i zastępując niepopularnego prezydenta socjalistów Georgija Pyrwanowa własnym kandydatem, Rosenem Plewnelijewem. U podłoża tych pozornie neutralnych wydarzeń leżało jednak kilka zagrożeń, które ostatecznie się nie spełniły.
Bułgarskie wybory na ogół nie trafiają na nagłówki europejskich gazet, ale tym razem stało się inaczej. Kraj ten jest najnowszym i najbiedniejszym członkiem Unii Europejskiej, a jednocześnie najbardziej skorumpowanym. Przed przystąpieniem do Unii w 2007 Sofia zdecydowała się na zaostrzenie dyscypliny fiskalnej, co wzbudziło obawy, że nasili się radykalny populistyczny nacjonalizm i zmienią się, pozytywne dotychczas, opinie bułgarskiego społeczeństwa na temat UE. Mogłoby to oznaczać kres europejskiego liberalizmu na obrzeżach Europy. Obawy te pogłębiły się, kiedy światowy kryzys gospodarczy wymusił coraz większe cięcia budżetowe, wywołując protesty na ulicach Sofii (podobne do tych organizowanych w innych stolicach europejskich). Nic dziwnego, że obserwatorzy potraktowali ostatnie wybory jako pewnego rodzaju test.
Z politycznego punktu widzenia Bułgaria jest dziwnym organizmem. W ostatnich dwóch dekadach demokracja przetrwała tu nie dlatego, że Bułgarzy byli zadowoleni z wybranego przez siebie rządu, ale dlatego, że system zapewnia im mechanizm pozwalający na wyrażenie niezadowolenia. W wyniku klasycznego głosowania „przeciwko” od upadku komunizmu większość bułgarskich rządów nie została wybrana na kolejną kadencję, a zwycięzców wyborów zazwyczaj nie można przewidzieć. Dwukrotnie w ciągu ostatnich dwudziestu lat partia założona w przededniu głosowania zdobywała większość w parlamencie (bułgarska socjolożka Borjana Dimitrowa mawiała: „Partia, która wygra najbliższe wybory, nie została jeszcze założona”).
Z uwagi na te wszystkie czynniki wydawało się możliwe, że bułgarski elektorat, znużony zarówno trudnościami gospodarczymi, jak i rządzącą partią GERB, albo zupełnie zrezygnuje z głosowania (jak przewidywało wielu ekspertów), albo odchyli się radykalnie w lewo, by uciec od polityki zaciskania pasa, albo przesunie się jeszcze bardziej w prawo, pogrążając się w etnicznym nacjonalizmie, albo wreszcie odwróci się od Unii Europejskiej, by zwrócić się ku Rosji. Kraj mógł też wyjść z tej walki jako pogrążony w chaosie, podzielony na frakcje organizm, jeszcze mniej niż dotychczas zdolny do radzenia sobie z kryzysem gospodarczym. Aż do dnia wyborów wielu obserwatorów wierzyło, że zwycięży kandydat opozycji, co pociągnęłoby za sobą wcześniejsze wybory parlamentarne. Niepokój wzbudzała przede wszystkim perspektywa braku stabilności na obrzeżach UE, i to akurat w momencie, gdy Unia gorączkowo zmaga się z najpoważniejszym kryzysem w swej historii.
Tymczasem wyniki wyborów okazały się odmienne od tych skrajnych przewidywań. Prawie połowa wszystkich zarejestrowanych wyborców wzięła udział w obu turach, uciszając obawy, że bułgarskie społeczeństwo rezygnuje z udziału w procesie wyborczym. Plewnelijew wysunął się na prowadzenie już w pierwszej turze i wygrał drugą z wynikiem 52,5 procent. Pokonał Iwajło Kałfina, kandydata Bułgarskiej Partii Socjalistycznej, różnicą 5 procent. Meglena Kunewa, klasycznie liberalna kandydatka, pierwszy bułgarski komisarz Unii Europejskiej ds. Ochrony Konsumenta, zakończyła pierwszą turę z wynikiem 14 procent i nie zakwalifikowała się do kolejnej. Mimo to stosunkowo wysoki odsetek Bułgarów popierających jej program daje nadzieję na rychły powrót liberałów do bułgarskiej polityki.
Największymi przegranymi są partie radykalnie prawicowe. Lider skrajnie nacjonalistycznej partii Ataka, Wolen Siderow, który pięć lat temu dotarł do drugiej tury wyborów prezydenckich, teraz uzyskał mniej niż 4 procent głosów. To najgorszy wynik w historii jego partii i dobra wiadomość zarówno dla Bułgarii, jak i Europy.
Plewnelijew również budzi nadzieję – pragmatyczny menedżer, który wszedł do polityki zaledwie dwa lata temu po pełnej sukcesów karierze w branży budowlanej, biegle władający językiem niemieckim i angielskim, niezamieszany w skandale korupcyjne. Bliżej mu do Brukseli niż Moskwy, co wyraźnie różni go od odchodzącego prezydenta, najbliższego sojusznika Kremla w bułgarskiej polityce. Plewnelijew, niechętny rosyjskim planom energetycznym dotyczącym Bułgarii, jest też gorącym zwolennikiem europeizacji administracji publicznej. I choć prezydent pełni w Bułgarii funkcję głównie reprezentacyjną, za dobrą wróżbę poczytać można zapowiedzi Plewnelijewa, że jego ambicją jest rozszerzenie tego urzędu o „trust mózgów”.
Poza nowym prezydentem prawdziwym zwycięzcą tych wyborów jest obecny premier Bojko Borisow, polityczny indywidualista łączący barokowe maniery polityczne Silvia Berlusconiego z zamiłowaniem do dyscypliny fiskalnej w niemieckim stylu. Od założenia partii Obywatele na rzecz Europejskiego Rozwoju Bułgarii Borisow wygrywał wszystkie wybory, w których brał udział, sprawił też, że GERB stała się największą od upadku komunizmu siłą polityczną. Jego partia kontroluje obecnie wszystkie istotne funkcje w parlamencie i najważniejszych lokalnych samorządach.
Teoretycznie Plewnelijew mógłby stać się przeciwwagą dla Borisowa – szczególnie w kwestii tego, jak blisko Brukseli powinna pozostawać Bułgaria. Nie posiada jednak własnego zaplecza politycznego, potrzebnego, by odgrywać taką rolę. Wielu obserwatorów uważa, że Plewnelijew na początku podporząduje się GERB i że partia ta stopniowo będzie coraz mniej tolerancyjna dla opozycji i mediów.
Tak więc minione wybory mają swoje plusy i minusy. Z jednej strony były najgorzej zorganizowanymi wyborami w najnowszej historii kraju, powszechne są również oskarżenia o manipulacje i kupowanie głosów. Opozycja nie kwestionuje wygranej samego Plewnelijewa, chce jednak iść do sądu w sprawie niektórych burmistrzów. Bez względu na rezultat tych procesów, chaos i nieprawidłowości w procesie wyborczym tylko pogłębiły cyniczny stosunek opinii publicznej do polityki. Może to oznaczać, że następnym razem znacznie mniejszy odsetek wyborców uda się do urn.
Wybory te dowodzą ponadto, że Unia Europejska straciła w oczach Bułgarów nieco blasku. Przygasły wielkie nadzieje, że UE pomoże bułgarskiej gospodarce i stanie się gwarantem walki z korupcją i niedemokratycznymi zachowaniami. W pierwszej połowie minionej dekady Bułgarzy postrzegali Brukselę jako najbliższego sojusznika w walce z machlojkami i występkami demokratycznie wybranych elit. Obecnie zaczęli traktować Brukselę raczej jako sojusznika tych właśnie elit – zamiast naciskać na reformy lub popierać społeczne żądania zmian, gracze w Brukseli popierają albo GERB, albo Partię Socjalistyczną, umacniając tym samym status quo.
Mimo tego wyborcy nie zapoczątkowali nowej ery prawicowego radykalizmu i nawet jeśli wśród Bułgarów pogłębiły się ambiwalentne uczucia wobec Unii Europejskiej, zdają sobie sprawę, że nie istnieje żadna wiarygodna alternatywa. Dlatego też wszystkie istotniejsze partie i kandydaci przynajmniej na poziomie głoszonych haseł przykładali dużą wagę do konieczności bardziej efektywnej współpracy z UE. Na pewno Plewnelijew nie będzie odciągał Bułgarii od Unii, co kusi obecnie wielu europejskich liderów. Umocnienie niemal jednopartyjnego systemu sprawi z kolei, że GERB łatwiej będzie forsować bolesne reformy w czasach kryzysu gospodarczego.
Tak więc nawet jeśli Unia Europejska nie została przez swoje nowe obrzeża zbawiona, nie zostanie przez nie również zniszczona. Te wybory nie zmieniły wszystkiego – co w tym przypadku akurat nie jest takie złe.
Tłum. Pat Kulka
*Iwan Krastew - bułgarski politolog, filozof polityki, analityk,
publicysta i szef Centrum Strategii Liberalnych
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 10.11.2011 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...