|
Michał Sutowski (Krytyka Polityczna): Jak głęboki jest, Pana zdaniem, obecny kryzys Unii Europejskiej? Postawił Pan niedawno tezę, że Unia Europejska jest wręcz w sytuacji podobnej do Bałkanów na początku lat 90.
Ivan Krastev*: Moja teza była faktycznie nieco prowokująca, ale miało to pewien cel. Otóż ludzie skłonni są brać Unię Europejską za pewnik – nawet nie możemy sobie wyobrazić, że Unia Europejska mogłaby się rozpaść, zawalić. I właśnie branie Unii Europejskiej za pewnik uważam za niesłuszne. To jest bardzo delikatny projekt. On będzie trwał dopóty, dopóki istnieć będą ludzie zainteresowani jego utrzymaniem. Twierdzę, że są cztery bardzo ważne czynniki, które przyczyniły się do rozpadu byłej Jugosławii…
Obecne również dzisiaj?
Tak… Pierwszym z nich jest czynnik geopolityczny. Jugosławia po prostu nie mogła się rozpaść, kiedy trwała Zimna Wojna – dlatego że ani Sowieci, ani Amerykanie nie mogli na to pozwolić. Jeśli chodzi o Unię Europejską, to, dziwnym zbiegiem okoliczności, stała się ona jednym z głównych beneficjentów kilku dekad amerykańskiej hegemonii. Była ona bardzo korzystna z dwóch powodów – po pierwsze, w dużej mierze zredukowała ona koszty bezpieczeństwa związane z rozszerzeniem Europy. Wiele innych ważnych problemów, z którymi trzeba się było zmierzyć, rozszerzając Unię na kraje takie jak Polska, zostało rozwiązanych dlatego, że Stany Zjednoczone były jedynym supermocarstwem, które się ostało. Po drugie było to korzystne dlatego, że Unia Europejska była w wygodnej pozycji, by nie tylko korzystać z amerykańskiej hegemonii, ale i ją krytykować, co jasno widać w stanowiskach kilku ważnych europejskich krajów w czasie amerykańskiej interwencji w Iraku. Było to stanowiska nieco przypominające stanowiska reformistów w partiach komunistycznych w latach osiemdziesiątych. Lubiono ich, kiedy komunizm wciąż był u władzy – społeczeństwo postrzegało ich jako reformistów, a partia – jako komunistów. Ale kiedy system się zmienił, zaczęli być postrzegani jako komuniści przez społeczeństwo, a jako reformiści przez partię, więc…
…mówiąc najprościej, stracili całkowicie władzę?
Dokładnie. Drugi czynnik zagrażający UE ma charakter ideologiczny: podobnie jak dawna Jugosławia, UE nie była jedynie projektem pewnego typu światowej ideologii. Tak jak jugosłowiański komunizm zakładał, że jest pewnym typem trzeciej drogi i dzięki temu wydawał się atrakcyjny dla państw niezaangażowanych, tak Europa uwierzyła w swój uniwersalizm, w to, że np. jej model państwa opiekuńczego jest drogą na przyszłość. Jeszcze w latach 90. spodziewaliśmy się, że w ciągu 2-3 dekad świat pójdzie drogą europejską. Tymczasem po kryzysie finansowym Unia Europejska straciła pewność siebie. Nie znaczy to, że zaczął dominować model amerykański czy chiński, ale po postu straciliśmy wiarę w nasz własny model. W rezultacie tej zmiany – także intelektualnych mód – wszystko to, co uważaliśmy za uniwersalne w naszym modelu, teraz wydaje się wyjątkiem. Trzecia rzecz to problem pokoleniowy. Mówiąc najprościej, Jugosławia rozpadła się m.in. dlatego, że odeszło pokolenie ojców założycieli Jugosławii – partyzantów, którym osobiste doświadczenie kazało traktować Jugosławię jako projekt pokojowy.
Na coś podobnego w wypadku Europy Zachodniej wskazuje w swoim Powojniu Tony Judt.
Tak, podkreśla on coś, co wydaje mi się być niesłychanie ważne. Otóż legitymizacja europejskiego projektu była do pewnego stopnia związana z powojennym doświadczeniem Europy. A było to doświadczenie porażki. Proszę nie zapominać, że Unia Europejska została stworzona przez kraje przegrane. Jedyny kraj, który w gruncie rzeczy nie miał poczucia, że przegrał wojnę – mam na myśli Anglię – wstąpił do Wspólnot Europejskich wiele lat po ich powstaniu. Niemcy byli przegranymi, Francja była przegrana. Dziś mamy do czynienia z pokoleniem, którego mentalność jest o wiele bardziej europejska niż kiedyś, ale mniej dba ono o wspieranie Unii – ponieważ brakuje mu pamięci wojny i klęski.
I jest jeszcze czwarta analogia do Bałkanów. W Jugosławii, zwłaszcza w latach 70., dobie narastania kryzysu tego projektu, część kierownictwa wierzyła, że cały problem leżał po stronie nacjonalistycznych elit w republikach, oraz że wystarczy użyć narzędzi demokratyzacji. Zaproponować referendum tym, czy innym narodom – i zalegitymizować projekt. Żyli iluzją, że część elit staje się antyjugosłowiańska, ale lud pozostaje projugosłowiański. W referendum konstytucyjnym we Francji i Holandii podobne myślenie – że ludzie opowiedzą się za konstytucją, okazało się błędne. Kiedy naród głosuje, głosuje on z różnych powodów – rzecz jasna, nie głosuje on na europejską konstytucję, bo nic on o niej nie wie. Sprzeciw stał się w całości głosem nieufności wobec elit.
A zatem nie wolno brać nam Unii za pewnik, za coś danego?
Musimy na nowo przemyśleć ostatnie 20 lat. Sposób, w jaki opowiadaliśmy historię ostatnich dwóch dekad był bardzo teleologiczny. Mamy transformację, mamy rozszerzenia – to tak, jakby istniał tylko jeden projekt, którym jest rozszerzenie i powiększenie Unii Europejskiej. W istocie jednak rozmawiamy o bardziej skomplikowanej rzeczywistości. Po pierwsze, przez te 20 lat w Europie rozwijały się cztery różne projekty. Jednym z nich była oczywiście Unia Europejska – rozszerzenie, którego dokonujemy aż po dziś dzień, a nie jedynie do 1992 roku. Drugim było pojawienie się Rosji post-imperialnej – nigdy w swej historii Rosja nie była krajem nieimperialnym, dlatego dla nich projekt nowej państwowości jest równie wrażliwy, niepowtarzalny i nie do pomyślenia, co Unia Europejska dla nas. Do tego mamy Turcję post-Kemalowską, w której transformacja dawnego państwa wiązała się z rozkwitem nieprzewidywalnych partii oraz zupełnie nową polityką tożsamości – nieraz bardzo radykalną. Do tego mamy jeszcze klasyczny proces budowy narodu w wielu nowoczesnych krajach, które nigdy wcześniej nie istniały przed 1989 rokiem. W miejscach takich jak Ukraina, Białoruś widać, jak trudne są to procesy. Mamy więc te cztery wielkie projekty tożsamościowe rozwijające się w Europie. Wszystkie one są nowe, wszystkie są wrażliwe – żaden z nich nie może być brany za pewnik. Wszystkie mogą się załamać. W związku z tym, największym wyzwaniem dla mnie jest to, jak można utrzymać te projekty tak, by się nawzajem wspierały, a nie by były dla siebie zagrożeniem. Dlatego na obecnie istniejącym poziomie współzależności, dla Europy nie jest groźbą jedynie siła jej sąsiadów, ale też ich słabość.
Np. Rosja pogrążona w anarchii?
Nie wiem co jest gorsze – silna i agresywna Rosja, czy też słaba Rosja, która nie może dbać o infrastrukturę, czy utrzymywać pokoju między grupami etnicznymi. I tym, czego bardziej się dzisiaj boimy nie jest rosyjska armia, ale armia rosyjskich emigrantów jadących do Unii Europejskiej. To był główny powód mojego przekonania, że coś nie gra w obecnym dyskursie o Unii Europejskiej. Kiedy mówimy o poważnych rzeczach, zawsze mówimy o instytucjach, i zawsze bierzemy Unię Europejską za pewnik.
W artykule napisanym wspólnie z Markiem Leonardem stawia Pan kontrowersyjną tezę – sugeruje Pan strategiczny sojusz Unii Europejskiej, Turcji i Rosji.
Istnieją dwa typy opracowań danego tematu – jeden wypływa z wiary, że zna się odpowiedź i usiłuje się ją przeforsować. Drugi polega na tym, że ryzykuje się jakąś kontrowersyjną hipotezę, by na nowo przemyśleć sytuację. Nasze opracowanie skłania się ku temu drugiemu rozwiązaniu. Chcemy powiedzieć, że trzeba pomyśleć na nowo ostatnie 20 lat. Po drugie, że musimy rozstać się z iluzją, że jest tylko jeden słuszny tryb funkcjonowania Unii Europejskiej. A po trzecie, musimy spróbować spojrzeć na Rosję i Turcję jako na projekty, powinniśmy być świadomi ich wrażliwości i zobaczyć, jak może wyglądać nasza nowa europejska architektura. Tymczasem jestem przekonany, iż wciąż znajdujemy się w obrębie starych debat. Wszyscy rozmawiają o tym, jak świat zmienił się po drugiej wojnie światowej…
Zamiast o tym, jak zmienił się po roku 1989? A jak się zmienił?
Wierzę, że problemem Europy jako kontynentu jest nasza marginalizacja. Jesteśmy zmarginalizowani, Rosja jeszcze bardziej od nas. Mamy nowy świat, który będzie wielobiegunowy i nie ma nawet gwarancji, że Unia Europejska stanie się jednym z jego biegunów. Uważam, że do tego celu Unia Europejska musi na nowo rozpatrzyć europejski porządek – choćby dlatego, że nie jesteśmy klasycznym państwem narodowym, co sprawia, że o wiele trudniej funkcjonować nam w sytuacji anarchii. Anarchia jest rzeczą, w którą może się to wszystko przemienić. Nasz tekst, jak Pan wie, był mocno krytykowany. Mogę powiedzieć, że podzielił on czytelników na dwie grupy – na tych którzy go nie lubią i na tych, którzy go nienawidzą. Ale zmusza on ludzi do zajęcia pozycji, inspiruje debatę.
Wspomniał Pan, że nasze społeczeństwa są – paradoksalnie – bardziej „europejskie” niż kiedyś, a jednocześnie mniej popierają projekt UE. Czy chodzi zatem o brak jedności, o wielkie różnice pomiędzy narodami, czy może jedynie o niezdolność artykulacji europejskiej jedności?
Straciliśmy wielką część naszej własnej opowieści – jeśli zapyta pan ludzi, o co właściwie chodzi w Unii Europejskiej, nie będą wiedzieli, co odpowiedzieć. Częściowo wynika to z faktu, że wiele celów projektu zostało już osiągniętych, jak choćby państwo socjalne…
Teraz próbuje się je zdemontować.
Tak, ale nie ma ono już siły inspirującej, nie jest naszym horyzontem przyszłości. M.in. dlatego europejska narracja w dużym stopniu dotyczy obrony status quo. Nie będzie to łatwe dlatego, że dziwnym trafem, główne zalety społeczności europejskiej są również jej głównymi wadami. Państwo opiekuńcze było elementem społecznej tożsamości Europy. Ale teraz znajduje się ono pod presją – choćby z powodu rozwoju demograficznego trudno utrzymać poziom redystrybucyjnej solidarności. Możemy oczywiście umożliwić dalszą imigrację. Ale nasza demokracja na to nie pozwoli dlatego, że ludzie jednak chcą zachować swą tożsamość kulturową – mówię o większości narodów – i reagują na imigrantów przesadnie. Dla nich jest to amerykanizacja. W dziwny sposób jesteśmy atakowani dwiema formami amerykanizacji. Po pierwsze, jest to amerykanizacja ekonomii, która demontuje państwo opiekuńcze – ale rezultatem tego procesu może być zatrzymanie części imigrantów na zewnątrz. Po drugie jest to amerykanizacja społeczeństwa z powodu otwierania społeczeństwa na imigrantów – po to, by utrzymać państwo opiekuńcze. Ale tu pojawia się problem solidarności – wiele badań wskazuje na fakt, że ludzie są mniej gotowi na dzielenie się z ludźmi, którzy nie należą do ich religijnego bądź kulturowego tła. Mamy zatem kryzys tożsamościowy.
Chodzi w większym stopniu o lęk kulturowy czy ekonomiczny?
Dzisiejszy Europejczyk z klasy średniej boi się, że sama idea społeczeństwa klasy średniej zaczyna być demontowana. Po pierwsze mamy zatem rosnące rozwarstwienie między bogatymi a biednymi i sama klasa średnia będzie biedniała – niektórzy z nich wskoczą być może do klasy średniej wyższej, ale część dołączy do przegranych. Po drugie, tożsamości narodowe są o wiele trudniejsze do utrzymania w Unii Europejskiej niż wcześniej, co oczywiście nie znaczy, że ich nie mamy. Belgia jest bardzo interesującym przykładem, choć paradoksalnym. A to dlatego, że Europa w latach 90. wyobrażała się sobie właśnie w tym modelu, próbowała go przenieść do Europy Wschodniej, czy do takich miejsc jak Bałkany. Bałkanom powiedzieliśmy: „słuchajcie, jesteście częścią naszej przeszłości”. A to, co mówiliśmy Macedonii, to: „będziecie jak Belgia”. Ale teraz – Belgia może się rozpaść. Więc jaka jest historia, którą opowiadamy peryferiom? Uważam, że ten rodzaj niepewności jest bardzo problematyczny w naszym własnym modelu – co z nim zrobić, co obronić, co poświęcić. To bardzo trudne. Dlatego, że jesteśmy również ludźmi starzejącymi się, spoglądamy na przyszłość w sposób, w jaki patrzą na nią towarzystwa ubezpieczeniowe – chodzi o minimalizację ryzyka, nie chodzi już o ambicje, nie chodzi nam już o zmienianie świata tak, by wyglądał jak nasz.
Chcemy już tylko spokojnej emerytury?
Istnieje konsensus, by unikać podejmowania wyborów tak długo, jak to możliwe. I myślę, że jest to obecnie najpoważniejsza z europejskich chorób. Ludzie o poglądach radykalnych chcą zachować status quo, ludzie establishmentu chcą zachować establishmentowe status quo…
Czy widzi pan zatem możliwość określenia jakiegoś szerszego horyzontu dla Europy, niż tylko desperacka obrona tego status quo – naszego Kryształowego Pałacu?
Trudno nakłonić ludzi do rezygnacji z czegoś, co lubią. Jak mamy im przetłumaczyć, faktami i liczbami, że nie można już tego dalej utrwalać? Oni w to nie uwierzą. Zwłaszcza po demontażu państwa socjalnego, którego największym przegranym będzie klasa średnia, która była tak ważna dla społeczeństwa. A gdzie widzę szansę? Z powodu swego wieku, z powodu unikalnego doświadczenia historycznego, społeczeństwa Unii Europejskiej mają – mimo wszystko – większą zdolność do samorefleksji, niż większość pozostałych społeczeństw. Hindusi czy Chińczycy są nieco zaślepieni swymi ostatnimi sukcesami. Wierzę, że Unia Europejska jako pierwsza zaczyna myśleć o społeczeństwie, które będzie mieć zupełnie odmienną strukturę demograficzną. Takim, w którym definicja sprawiedliwego porządku bardziej zależeć będzie od np. dostępu do usług zdrowotnych, niż od dostępu do pracy.
A zatem chodzi o społeczeństwo, w którym najwięcej zależy od tego, czy potrzebujący są „włączeni do systemu”, czy poza nim?
Tak, przy czym dotyczy to właśnie osób starszych – chodzi o wyobrażone społeczeństwo, gdzie 5-6% ludzi jest w wieku ponad 80 lat. To zupełnie inna sytuacja niż dotychczas – wcześniej problemem zawsze byli młodzi, więc chodziło przede wszystkim o powszechnie dostępną edukację. A teraz sprawiedliwość społeczna będzie zależeć od zdrowia. Chodzi o to, by pozwolić ludziom na sensowne życie, kiedy się zestarzeją. Jakie będą relacje między różnymi pokoleniami? Nie mówimy po prostu o przekazywaniu pieniędzy, bo inna będzie sama idea solidarności. Albo na nowo zainwestujemy w model rodziny rozszerzonej, wielopokoleniowej, albo będziemy próbowali znaleźć miejsce w państwie dla tych niań-imigrantek. Europa musi wymyślić na nowo państwo biorące obywatela w opiekę.
Demografia to wciąż raczej problem, niż rozwiązanie. Czy Europa ma jakiekolwiek atuty? Czy możemy nadrobić różne braki np. dzięki innowacyjności?
Tu też sprawa nie jest prosta – widzę co najmniej trzy niepokojące czynniki w tym obszarze. Po pierwsze, jeśli spojrzy się na ostatnie wyniki badań PISA, okaże się, że społeczeństwa europejskie nie radzą sobie zbyt dobrze – coś się dzieje z naszymi systemami edukacji, wcale nie jesteśmy już konkurencyjni. Po drugie, zarówno Europejczycy jak i Amerykanie wierzyli, że cokolwiek by się nie działo na świecie – tak to sobie wyobrażaliśmy 10 lat temu – to my będziemy prowadzić badania i usługi finansowe, a reszta świata zajmie się produkcją „realną”. A dziś wiele wskazuje na to, że działy badawcze i rozwojowe firm przenoszą się właśnie tam, gdzie znajduje się produkcja – ten sztuczny podział na produkcję wiedzy i produkcję dóbr trudno utrzymać. Możemy więc w łatwy sposób stracić nasze działy badawcze i rozwojowe, jeśli już nie produkujemy. A zatem dezindustrializacja nie jest już odpowiedzią. Problem w tym, że z kolei reidustrializacja nie jest tak łatwa, biorąc pod uwagę, że ludzie spodziewają się dużych wynagrodzeń. Z tego punktu widzenia ważnym wyjątkiem są Niemcy, które podtrzymują swą bazę produkcyjną. I jest jeszcze trzecia kwestia: innowacje staną się w pewnym momencie mniej opłacalne niż kiedyś – obecnie o wiele trudniej jest zastrzec własność intelektualną. Transfer technologii jest bardzo szybki. Chińczycy mają na to termin – „reinnowacja”, co w gruncie rzeczy oznacza pozyskiwanie technologii od innych i próbę ich adaptacji na własnym gruncie. Nie widzę w tym zresztą nic złego – wiele krajów rozwiniętych na wczesnym etapie swego rozwoju nie było zbyt rygorystyczne odnośnie praw intelektualnych.
Czy zatem nie ma żadnej różnicy między innowacją a imitacją? Czy wysoki stopień innowacyjności – jak choćby w Finlandii – faktycznie nie daje przewagi nad innymi? W Skandynawii to właśnie to umożliwia zachowanie państwa opiekuńczego.
Dam przykład, by to zilustrować. Dokonuje się poważnej innowacji w medycynie i proponuje się produkt – zwykle ma się monopol na niego przez parę lat tak, by jego koszty się zwróciły, często z ogromnym zyskiem. Ale dziś utrzymanie monopolu na długo jest bardzo trudne. Zwrot ku technologii nie daje już takiej przewagi, jak dawniej. Poza tym my wciąż jesteśmy przekonani, że na innowacje mamy monopol. Jest taka opowieść o Azjatach, że oni oczywiście dobrze sobie radzą, ale nie są kreatywni, to jest społeczeństwo, które naprawdę boi się innowacji. A więc będą mieli dobry typ kompetencji technicznych, jak np. w Chinach, ale nie będą mieli naszej Doliny Krzemowej, dlatego, że my jesteśmy kreatywni i innowacyjni i tak dalej. I na pewnym poziomie to jest nawet prawda. Weźmy jednak przykład Singapuru – Singapur nie ma swojej Doliny Krzemowej, bo po prostu kupuje naszą! Oferują olbrzymie możliwości: „kupują” najlepszych naukowców, którzy zostali wykształceni gdzie indziej. Mają zamiar zrobić u siebie uniwersytet i szpital całej Azji – bardzo interesujący jest poziom specjalizacji.
To co właściwie możemy zrobić?
Najważniejszym wyzwaniem dla Europy jest kwestia, jak nadać społeczeństwu taką strukturę, by pozwoliła ona ludziom odczuć, że żyją sprawiedliwie i dostatnio w warunkach, w których prawdopodobnie nie będzie takiego wzrostu jak poprzednio – nie będziemy silniejsi od innych. Samą ideę tego, co to jest sprawiedliwe społeczeństwo powinno się przemyśleć na nowo. Widzę poważne napięcia związane z ideą społeczeństwa merytokratycznego tak, jak prezentowano ją i broniono jej wcześniej. Weźmy kogoś takiego jak Rawls. Rawls powie nam, że lepiej być nieudacznikiem w sprawiedliwym społeczeństwie, niż nieudacznikiem w niesprawiedliwym społeczeństwie. Nie wiem, czy to jest słuszne z psychologicznego punktu widzenia. W sprawiedliwym społeczeństwie nie możesz nikogo winić…
Sam jesteś kowalem własnego losu – własnej klęski…
Nie wierzę, że ludzie są na to gotowi. Wierzę, że łatwiej było być nieudacznikiem w komunistycznym typie społeczeństwa, gdzie możesz…
…przypisać winę czynnikowi zewnętrznemu…
… a nie po prostu zgodzić się, że to ty zawiniłeś. A drugą ciekawą rzeczą jest to, że mamy bardzo dziwny rozwój w ostatnich 20 latach. Mamy rozkwit globalnych merytokracji, ale mamy też schyłek społeczeństwa klasy średniej. Mamy w gruncie rzeczy do czynienia z egalitaryzmem, ale na poziomie zrównania, a raczej uznania niektórych kompetencji kulturowych, a mniej na poziomie dochodów. Rosnące nierówności rekompensować ma ludziom fakt, że ich opinia zaczęła być traktowana poważnie, nawet jeśli są zupełnymi ignorantami. Nawiasem mówiąc, internet jest świetnym instrumentem tego typu egalitaryzmu. Każdy może mieć bloga i mieć przynajmniej iluzję, że mówi do całego świata. Jak wiemy, większość blogów nie mówi do nikogo, ale ma się tę iluzję, że twoja opinia jest tak ważna, jak każda inna.
Kiedyś, jak rozumiem, cel był trochę inny. Socjaldemokraci nie dbali o gust robotników, ale chodziło im o ich interes. W o wiele większym stopniu dbali o podwyższanie ich pensji, ale tak, by jednocześnie wyedukować ich w wartościach klasy średniej.
Teraz działa to na odwrót – pozwala się ludziom zachować ich wartości pod warunkiem, że nie będą kwestionować, ile pieniędzy dostają. Z tego punktu widzenia całe społeczeństwo się zmieniło – dla mnie partie socjaldemokratyczne są prawdziwymi partiami konserwatywnymi, o wiele bardziej niż partie chadeckie… Jednym z najlepszych przykładów jest wyjątkowo piękna, emocjonalna i głęboka książka Ill fares the land zmarłego niedawno Tony’ego Judta, jednego z najbardziej utalentowanych intelektualistów swego pokolenia. To, co w niej najciekawsze to fakt, że jest to manifest konserwatyzmu – to lewicowa książka o świecie, który zniknął, a który chcemy pamiętać. Wydaje mi się, że Tony pisze o świecie socjaldemokratycznym w taki sam sposób, w jakim Joseph de Maistre opisywał ancien régime - chodzi o coś pięknego, czego już nie ma. Socjaldemokracja jest dziś problemem – co to znaczy być dzisiaj socjaldemokratą? Wydaje mi się to bardzo trudnym pytaniem.
Mówił pan o rekompensacie za rosnące nierówności ekonomiczne – powiększających się możliwościach indywidualnej artykulacji niezadowolenia, czy prościej – swych poglądów. Czy dobrą propozycją dla socjaldemokracji nie byłaby walka na rzecz redystrybucji kompetencji kulturowych w bardziej sprawiedliwy sposób? Obecny system edukacji tego nie zapewnia – reprodukuje on jedynie różnice klasowe i nierówności. A przecież dzisiaj najlepszym instrumentem, a może i jedynym instrumentem realnej artykulacji czyjegoś punktu widzenia, czy interesu są kompetencje kulturowe. Jeśli ich się nie posiada, to o wiele trudniej uzyskać prawomocny głos.
To bardzo ważna kwestia. W podobny sposób zaczęli myśleć także zwolennicy tzw. Trzeciej Drogi – wierzyli oni, że zapewnienie równego dostępu do edukacji może uczynić nowoczesne społeczeństwo bardziej sprawiedliwym. Na kłopoty związane z tym podejściem wskazał Malcolm Gladwell w książce Poza schematem. Sekrety ludzi sukcesu. Jest tam studium o tym, co definiuje różnice osiągnięć między uczniami rodzin klasy średniej a tymi z biednych rodzin. Mówiąc najprościej, decydował sposób, w jaki spędzali oni wakacje. W szkole ich wyniki aż tak bardzo się nie różniły. Ale w lecie rodziny klasy średniej nakłaniały dzieci do dalszej nauki, czytania książek, brali je na wakacje… podczas gdy rodziny klasy robotniczej zostawiały dzieci na ulicy. Wracają i ta ukryta niekorzyść się wzmacnia. W dziwny sposób utopia edukacyjna, która leży w samym sercu społeczeństwa merytokratycznego – dlatego, że merytokracja opiera się na edukacji – przyczyniła się raczej do wyróżnienia klasy średniej, niż np. do zaprzyjaźnienia robotników i ludzi biednych z pojawiającą się klasą imigrantów.
A zatem znów pogłębia różnice, zamiast je znosić?
Tak – problem edukacji będzie bardzo istotny, ale nie tylko w wymiarze społeczno-ekonomicznym. Dla imigrantów jest to kwestia przetrwania, nie wiadomo, jak dzieci będą sobie radziły w obcych językach, pochodząc z wielu różnych kultur? Jak je edukować – to też problem tożsamościowy. Uważam, że dla socjaldemokratów podstawowym problemem jest nie tylko pytanie „kogo reprezentujemy?”, ale też „jaki rodzaj społeczeństwa?”. Wcześniej mieli klasę robotniczą, na dobre i na złe wiedzieli za kim stoją, i wiedzieli jakie reformy mają przeprowadzać. A teraz socjalizm znajduje się w podobnej sytuacji, w jakiej znalazła się chadecja po tym, jak kościół zaczął tracić swą pozycję. Socjaldemokraci „sekularyzują się” – nie mają idei, która może ich spajać, nie mają związków zawodowych – tego, czym dla chadeków były kościoły.
Co zatem pozostało socjaldemokratom? Bronić desperacko status quo? Czy może bronić społeczeństwa przed cząstkowymi nadużyciami władzy?
Myślę, że podstawową rzeczą, nie tylko dla europejskiego społeczeństwa, jest pytanie o to, jak zaktualizować ideę dobra publicznego, tak by miała ona sens dla zwykłych ludzi. Stąd też mam pewną wątpliwość co do ludzi, którzy wierzą, że jedyną rzeczą, której nam potrzeba, jest zarządzanie nieufnością. Istnieje bardzo silna tradycja (głównie amerykańska), która mówi, jak dobra jest nieufność względem instytucji i elit – sama konstytucja jest poniekąd zinstytucjonalizowaną nieufnością. Ale trzeba mieć też ileś krytycznego poziomu zaufania, by społeczeństwo funkcjonowało. Problem w tym, że nie do końca wiadomo jak sprawić, żeby ludzie ufali rządowi, różnym organizacjom. Dawniej odpowiadano na to: „poprzez partycypację” – pozwolić ludziom uczestniczyć, współtworzyć rzeczywistość wokół siebie… Ale potem przyszła epoka niezadowolenia… Oczywiście, wierzę, że demokratyczna forma rządzenia jest lepiej przygotowana do radzenia sobie ze społecznym niezadowoleniem niż klasyczny autorytaryzm, ale to wciąż za mało. Forma to jedno, ale straciliśmy również sposoby na rozmawianie o sprawiedliwości. Czy słyszał pan ostatnio kogoś, kto by o tym publicznie debatował, z dala od kręgów akademickich?
Debatują Niemcy z inspiracji Sloterdijka – problem w tym, że dla niego sprawiedliwość oznacza demontaż państwa socjalnego i ograniczenie redystrybucji.
Fakt, mamy tu do czynienia z pewną powtórką amerykańskich debata o redystrybucji. Na rozumienie sprawiedliwości i solidarności wpływa to, że mamy postępującą segregację – w sensie wspólnot politycznych, etnosów, sposobów życia… Jesteśmy radykalniej wystawieni na różnice, mniej społecznie inkluzywni względem ludzi, którzy są od nas inni, np. mają inną przeszłość, pochodzenie.
Tracimy bezpowrotnie poczucie solidarności z innymi?
Lynn Hunt, historyczka Rewolucji Francuskiej twierdzi, że jednym z jej głównych źródeł była powieść sentymentalna XVIII wieku. Społeczeństwo francuskie przed rewolucją było bardzo zhierarchizowane i w dużej mierze opierało się na hierarchicznej solidarności. Ludzie nie tylko żyli w inny sposób, ale i umierali inaczej – na przykład arystokracja nie mogła być torturowana. Wówczas ukazały się te powieści. Arystokrata czyta coś takiego i utożsamia się np. z miłosnymi rozterkami służącej – pojawia się idea uniwersalnego człowieczeństwa.
Wydaje mi się, że powoli właśnie tę ideę tracimy. Mówimy bardzo dużo o prawach, to dobrze, ale wydaje mi się, że to, czego brakuje, to idea empatii. Próby umieszczenia się w takiej pozycji, by spojrzeć na siebie oczami innego. Swoją drogą uważam, że jest to główna podwalina rewolucji kulturowej tradycyjnego liberalizmu. Dlatego, że tradycyjnemu liberalizmowi blisko do tej idei powieści psychologicznej, w której mamy do czynienia z różnymi punktami widzenia i do końca nie wiemy, który z nich jest słuszny. Ludzie, którzy ją czytali, mogli doświadczyć tego złożonego przekazu, który wysyła liberalizm w stylu Isaiaha Berlina: zawsze poświęcamy jakieś wartości. Nie chodzi o wybieranie między dobrem a złem – wybieramy między dobrem a dobrem. Różnicę między klasycznym typem liberalizmu, a jego współczesną, hollywoodzką wersją doskonale ilustruje flim Air force one. Prezydent USA stał się zakładnikiem, grożą mu terroryści i w pewnym momencie musi zdecydować – czy powinien uratować swą rodzinę, czy swój kraj. To klasyczna sytuacja rodem z Isaiaha Berlina – powinieneś poświęcić jakąś wartość, choć obie są dla ciebie równie ważne.
Prezydent uratował i kraj, i rodzinę!
I wydaje mi się, że nasze pokolenie chciało być właśnie takie. Sądzę, że najpoważniejsza krytyka konsensusu liberalnego, ze strony środowisk podobnych Krytyce Politycznej dotyka faktu, że miał on być grą, w której każdy wygrywa. Udawaliśmy, że tak jest – i właśnie to ludzi bardzo zdenerwowało: nie chodzi tylko o to, że w rzeczywistości przegrywają, ale o to, że mówi się im, że wygrywają! Problem nie w tym, że są zwycięzcy i pokonani, chodzi raczej o to, jak ograniczyć wygranych i jak zadośćuczynić przegranym w różnych sytuacjach. Tymczasem już nie poddajemy tego debacie, politycy nie wiedzą, jak rozmawiać o wygranych i przegranych…
Slogan Platformy Obywatelskiej brzmiał: „by żyło się lepiej wszystkim”…
Wydaje mi się, że problem „kto za to zapłaci” będzie natury pokoleniowej – nie będzie po prostu chodziło o biednych lub bogatych, bo bardzo aktywne starsze pokolenie będzie stanowić większość głosujących. A z drugiej strony mamy bardzo sfrustrowane młode pokolenie, które może ukarać swe społeczeństwo, po prostu opuszczając je. A zatem: jak zadowolić starszych lub jak zatrzymać młodych. To nie jest zawsze ta sama polityka.
Konserwatywni socjaliści powiedzieliby: utrzymać emerytury i państwo opiekuńcze. Francuscy studenci na ulicach wspierali swych dziadków…
Raczej chcieli być w tej samej pozycji, co ich dziadkowie, kiedy sami będą dziadkami, wyobrażali się sobie jako emeryci. Jest delikatna perwersja w całej tej sytuacji. Kiedyś mieliśmy ojców wychodzących na ulice, których hasłem była walka o przyszłość ich dzieci. A teraz na ulicach mamy dzieci walczące o przyszłość swych emerytur. Typowo indywidualistyczny zwrot – bo dziś nie spodziewasz się, że ktokolwiek oprócz samego ciebie będzie bronił twoich praw.
* Ivan Krastev – bułgarski politolog, filozof, polityki, analityk, publicysta i szef Centrum Strategii Liberalnych w Sofii. Jest członkiem rady European Council on Foreign Relations i International Institute for Security Studies IISS – London. Jest redaktorem naczelnym bułgarskiej edycji Foreign Policy oraz członkiem redakcji Europe’s World. Jest także stałym współpracownikiem OpenDemocracy.net i współautorem stron op-ed wielu gazet i magazynów takich jak „The Journal of Democracy”, „Prospect Magazine”, „Russia in Global Affairs”, „Pro&Contra”. Przed upadkiem komunizmu w Bułgarii był członkiem opozycji demokratycznej. W 2008 roku został sklasyfikowany na 85 miejscu rankingu Top 100 Public Intellectuals. Jego ostatnie książki to The Anti American Century (współred. Alan McPherson), CEU Press, 2007, Shifting Obsessions: Three Essays on the Politics of Anticorruption, CEU Press, 2004.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...