|
Rewolucji arabskich nie należy porównywać z rewolucjami europejskimi: nie jest to ani powtórka roku 1989 w wykonaniu Arabów pokolenia ‘89, ani odtworzenie roku 1848 w czasach portali społecznościowych. Na ulicach Tunisu i Kairu nie wznoszono ani nie palono europejskich flag. Protestujący Arabowie nie postrzegają europejskich społeczeństw jako modelu do naśladowania, a członkostwo w Unii Europejskiej wcale nie jest ostatecznym celem ich starań.
Te nieeuropejskie rewolucje (lub powstania, insurekcje, niepokoje, protesty, zrywy, przebudzenia – szeroki wybór nazw odpowiada różnorodności tych wydarzeń) mogą jednak wpłynąć na Europę tak znacząco, jak jej własne rewolucje z lat 1989 lub 1848. Będą także testem dla atrakcyjności i zdolności do zmian w UE po rozszerzeniach, zmienią przy tym dynamikę relacji Turcji z Unią.
Przewroty w krajach arabskich odcisną się także w nieoczekiwany sposób na pozycji Turcji na Bliskim Wschodzie. Wielu komentatorów politycznych zdaje się postrzegać ten nowy regionalny układ sił jako szansę dla Turcji, nie dostrzegając, że jest on także niebezpieczeństwem.
To nie ja, to ty
Jeszcze do niedawna relacje UE i Turcji można było opisać jako „mało obiecujące, ale stabilne”. Niekończące się negocjacje zbliżały się raczej do promowanej przez Niemcy koncepcji „uprzywilejowanego partnerstwa” niż do czegoś więcej, utwierdzając Europejczyków w przekonaniu, że zamknęli Turków w sytuacji przypominającej nieszczęśliwe katolickie małżeństwo – nie ma zabawy, nie ma seksu, ale nie ma też wyjścia. Okazało się jednak, że rząd w Ankarze, mając mniej katolickie korzenie niż UE, woli patrzeć na tę sytuację z perspektywy małżeństwa islamskiego: jeśli nie dostajesz od żony tego, czego oczekujesz, to nie rozwodzisz się, tylko po prostu bierzesz sobie drugą albo nawet trzecią.
Przesunięcie priorytetów w polityce zagranicznej Ankary z Europy na nieeuropejskich sąsiadów jest praktyczną demonstracją tej tureckiej poligamii. Ale nic nie jest dane na zawsze, dotyczy to zwłaszcza wyborów małżeńskich. I właśnie moment, kiedy historia i geografia kuszą Turcję, by zwiększyła (i tak już spore) zaangażowanie na Bliskim Wschodzie, a Europa ma związane ręce przez kryzys euro i swoje lęki demograficzne, jest najwłaściwszy, aby przyjrzeć się perspektywom, jakie stoją przed tymi starymi i nowymi romansami Turcji.
Wielu obserwatorów politycznych postrzega upadek muru, który odgradzał świat arabski od demokracji i nowoczesności, jako szansę dla Turcji na spełnienie ambicji o byciu regionalną potęgą o światowym znaczeniu. Nie jest to jednak jedyny możliwy scenariusz.
Arabskie rewolucje 2011 roku postawiły nagle pytania, które wcześniej rozważano czysto teoretycznie. Czy gospodarka i model turecki mogą być punktem odniesienia dla regionalnych społeczeństw postautorytarnych, podobnie jak Unia Europejska była odniesieniem dla Europy Środkowo-Wschodniej po 1989 roku? Jak takie próby wpłyną na relacje Turcji z Unią? Czy stosowana przez Ankarę zasada „zero problemów z sąsiadami” może przetrwać ostatnie zmiany w regionie?
O, superman!
Rozważając te zagadnienia, należy zwrócić uwagę, że polityczna eksplozja na Bliskim Wschodzie miała miejsce w momencie, gdy w Turcji następowały zmiany obranego wcześniej kierunku. Turcja jest na fali – panuje tam optymizm i pewność siebie, ale jednocześnie jest słaba i nieświadoma swojej słabości.
Pozytywów jest wiele. Turecka gospodarka rozwija się szybko (jest teraz siedemnastą gospodarką na świecie; rząd w Ankarze chce osiągnąć dziesiątą pozycji do 2023 roku, na stulecie republiki). Turecki model polityczny jest niezmiennie rozważany jako źródło inspiracji i wzór do naśladowania dla jej nieeuropejskich sąsiadów. Także turecka kultura popularna nabrała rozmachu – tutejsze telenowele są nowym hitem na rynkach telewizyjnych tak różnych krajów jak Syria i Bułgaria.
Tureckie życie miejskie jest fascynujące. Korki na ulicach Istambułu są straszne, ale ostatecznie budzą bardziej podziw niż irytację. Energia i ambicje tureckich grup biznesowych zapierają dech w piersiach. Naprawdę ważny jest jednak fakt, że Turcja jest wystarczająco biedna, młoda i w nieładzie, by Egipcjanie i Tunezyjczycy mogli się z nią identyfikować, a jednocześnie wystarczająco dynamiczna i odnosząca sukcesy, by była dla nich marzeniem.
Te realne i imponujące osiągnięcia polityczne i ekonomiczne przyćmiewają jednak problemy, które powinny spędzać rządzącym w Turcji sen z powiek. Turecki model ekonomiczny jest mało stabilny, model polityczny mniej demokratyczny, niż zwykło go postrzegać wiele osób spoza Turcji, a polityka zagraniczna prowadzona wedle zasady „zero problemów” jest zagrożona w związku z protestami w społeczeństwach arabskich.
Turecka gospodarka plasuje się w niebezpiecznej strefie między Azją i jej niskimi kosztami pracy a Unią Europejską i jej zaawansowaną technologią. Turcja długo nie nie przetrwa na tej pozycji i musi przyśpieszyć modernizację. Od 2007 roku jednak najistotniejsze reformy gospodarcze są ciągle opóźniane. Wybór Turcji, by skorzystać z politycznego otwarcia na Bliskim Wschodzie i skoncentrować się na polityce zagranicznej, sprawi, że turecka gospodarka stanie się raczej ofiarą tych zmian niż ich beneficjentem. Z nasilenia się niepokojów w świecie arabskim (jak w przypadku konfliktu w Libii), prowadzących do niestabilności w regionie i wyższych cen ropy, skorzysta Rosja, Turcja na tym bardzo ucierpi.
To kontrastowe zestawienie Turcji z Rosją można pociągnąć jeszcze dalej: podczas gdy światowy kryzys ekonomiczny zabił rosyjskie złudzenia, Turcja wyszła z kryzysu zanadto pewna siebie. Tureckie elity polityczne uznały, że źródłem powodzenia było odsunięcie się od Europy. Symbolem tego sukcesu jest znaczny wzrost obrotów handlowych w ostatnich latach z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki w regionie Morza Śródziemnego.
Wielu czołowych ekonomistów tureckich nie zgodziłoby się z tą interpretacją dynamicznego rozwoju tureckiej gospodarki. Jednak na całym świecie polityków urzekają raczej trendy niż liczby – a ci w Ankarze nie doceniają swojej zależności od gospodarek Unii.
Dobre czasy się skończyły
Należy także postawić sobie pytania dotyczące tureckiego modelu demokracji islamskiej. Referendum konstytucyjne z września 2010 roku, które nastąpiło po prawie ośmiu latach nieprzerwanych rządów premiera Recepa Tayyipa Erdogana i Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), było ostatecznym końcem drugiej republiki sankcjonowanej przez armię i nadzorowanej przez generałów (powstała ona na bazie zmian w konstytucji krótko po wojskowym zamachu stanu w 1960 roku). AKP ma duże szanse wygrać w czerwcu 2011 roku trzecie z rzędu wybory parlamentarne. Jeśli tak się stanie, to prawdopodobnie przeprowadzi zmiany w konstytucji – kolejne z wielu reform politycznych i konstytucyjnych, za pomocą których przechyla równowagę władzy na swoją korzyść – kładąc fundament pod trzecią republikę.
Ale to zarówno koniec, jak i początek. Nikt nie może zaprzeczyć, że AKP (odkąd doszła do władzy w listopadzie 2002 roku) była głównym graczem w procesie demokratyzacji Turcji. Jednak hegemonia tej partii zrodziła istotne obawy, że z braku społecznych, politycznych i instytucjonalnych ograniczeń „reżim” AKP może łatwo się przeistoczyć w nieliberalną demokrację z dominującą wolą większości. Pojawiają się niepokojące sygnały, że przesunięcie w kierunku bardziej autorytarnych rządów już postępuje.
Demokratyzacja Turcji była możliwa dzięki szerokiej koalicji społeczno-politycznej wspierających demokrację islamistów, świeckich liberałów i mniejszości etnicznych. Te połączone siły wyborcze dały impuls do rozmontowania republiki generałów, obalenia tureckiego derin devlet („głębokiego państwa”) i znacząco przyczyniły się do transformacji zarówno tureckiego społeczeństwa, jak i tureckich elit. Obecnie ta koalicja rozpłynęła się już do tego stopnia, że polityczny komentator Soli Özel ogłosił niedawno koniec tureckiej „spowolnionej rewolucji”.
Większość świeckich liberałów to obecnie najwięksi krytycy rządu. Wśród przywódców kurdyjskich – choć nadal pokładają nadzieje w sojuszu z Erdoganem – narasta frustracja, że ogłaszane otwarcie na Kurdów nie przynosi w rzeczywistości żadnych rezultatów. Islamiści odważnie pozwalali artykułować polityczne i społeczne potrzeby, ale teraz zbyt wolno i nieskutecznie na nie reagują. Być może dzięki połączonym wysiłkom tych grup stary turecki reżim jest już martwy, ale obawy, na ile demokratyczna i liberalna będzie nowa, trzecia republika, są uzasadnione.
Już mnie nie potrzebujesz
Turcja nadal ma stabilny rząd, ale jej scena polityczna jest coraz mniej stabilna. Głęboka wewnętrzna polaryzacja odzwierciedla trwałe kulturalne i polityczne pęknięcia, zróżnicowane skutki wielkich zmian społecznych ostatnich lat oraz wyrównanie się grup popierających rządy AKP i im przeciwnych.
Kluczowy podział przebiega między większością popierającą Erdogana (socjalkonserwatyści, nowa klasa biznesowa rozbudowująca kraj oraz wielu realnych lub potencjalnych beneficjentów tych rządów) a tymi, których niektórzy tureccy komentatorzy określają mianem „zatroskanych modernizatorów”. To celowo niejasne określenie kojarzy się ze świeckimi liberałami zaniepokojonymi islamskimi ciągotami rządu, pijącą wino bohemą, zagorzałymi kemalistami i sierotami po starym reżimie.
Czy możliwy jest strategiczny kompromis tych dwóch grup – i jaki – nie jest pewne. Tak czy siak, realnym zagrożeniem politycznym obecnie w Turcji jest nie tyle „islamizacja”, ile „putinizacja” – czyli proces, w którym jedna grupa polityczna zawłaszcza demokratyczne instytucje i podejmuje systematyczne starania, by zmarginalizować opozycję, niszcząc jej zasoby.
Często wysuwa się argument, że negocjacje z Unią Europejska w sprawie ewentualnego członkostwa Turcji stanowią solidne zabezpieczenie przed jakimkolwiek autorytarnymi zmianami na arenie krajowej. To jednak raczej pobożne życzenia niż rzetelna analiza sytuacji. Unia Europejska nie ma najlepszej pozycji, by wywierać wpływ na procesy polityczne w Turcji. Smutnym rezultatem niejasnej polityki Unii jest fakt, że większość Turków postrzega Brukselę jako obłudną i interesowną. To prawda, że sondaże nadal pokazują spore poparcie dla członkostwa Turcji w Unii, ale gdyby AKP nagle dokonał zwrotu ku antyunijnym postawom, poparcie to znacznie by spadło.
Taki ruch miałby swoje polityczne uzasadnienie: w przeciwieństwie do poprzedniej kadencji, kiedy AKP była zorientowana proeuropejsko (co pozwalało podtrzymać szeroką prodemokratyczną koalicję, która zdemontowała stary reżim), obecnie Erdogan musi pozyskać głosy nacjonalistów i przeciwników Unii, aby utrzymać większość w parlamencie.
Tak więc Unia Europejska nie jest już celem strategicznym rządu, stała się raczej jego polisą ubezpieczeniową. Odkąd wykastrowana armia straciła możliwość kontrolowania sytuacji za pomocą obalania rządów, osłabło także polityczne znaczenie Unii dla AKP. Z kolei świecka opozycja nadal nie wie, jak wykorzystać temat UE, by zapobiec przejęciu pełni władzy przez AKP.
Koniec podwójnej gry
Ahmet Davutoglu, minister spraw zagranicznych Turcji, nastawiony na działania strategiczne i z intelektualnymi ambicjami, z przekonaniem zdefiniował swoją politykę zagraniczną za pomocą zwięzłego hasła „zero problemów z sąsiadami”. Wielu komentatorów zauważa jednak, że regionalne i globalne ambicje Turcji rozminęły się z poważnymi wyzwaniami, jakie postawiły przed Ankarą wydarzenia na Bliskim Wschodzie. To z kolei pokazuje, że unikano akceptacji znaczącego faktu, iż (wbrew powszechnym opiniom) Turcja była głównym beneficjentem status quo w regionie.
W ostatnich latach Turcja wykonywała imponujące akrobacje na Bliskim Wschodzie: odgrywała rolę mądrego kaznodziei i potęgi handlowej, jedynej muzułmańskiej demokracji w regionie, wzoru Realpolitik, partnera do rozmów i mediatora pomiędzy armią i islamistami, przyjaznego partnera biznesowego dla autokracji w Syrii i Libii oraz obiektu sympatii i podziwu zwykłych Arabów.
Te sprzeczności były niewidoczne dzięki politycznym fajerwerkom Turcji, sztywnej równowadze sił w regionie i nieuwadze obserwatorów oślepionych brawurą tych poczynań. Demokratyczna eksplozja na Bliskim Wschodzie pokazała jednak, jak bardzo sukces polityki „zero problemów” opierał się na sieci bezpiecznych powiązań, które teraz się rozmywają.
Turcja długo korzystała z legitymizacji i zasobów, jakie dawało jej członkostwo w NATO oraz kandydowanie do Unii Europejskiej. Z kolwi od czasu swojego sprzeciwu wobec wojny w Iraku (która rozpoczęła się cztery miesiące po dojściu AKP do władzy) oraz w miarę rozwijania polityki „zero problemów”,Ankara zdobywa popularność dzięki konfrontacji z Zachodem, a w szczególności z Izraelem i USA. Sekretną formułą polityki zagranicznej Turcji jest pozyskiwanie przyjaciół i partnerów za granicą przy jednoczesnym zadowalaniu wyborców w kraju (w obu przypadkach dbając o wsparcie grup politycznych o odmiennym programie).
Porewolucyjny Bliski Wschód znacząco zawęzi Turcji pole manewru w tym zakresie. Postawa Ankary wobec kryzysu w Libii pokazuje, jak trudno będzie jej utrzymać dotychczasową pozycję: Turcja musi dokonać wyboru, którego wolałaby nie dokonywać. Olbrzymie tureckie inwestycje w Libii sprawiają, że nie jest zbyt chętna do poparcia jakichkolwiek akcji przeciw Kaddafiemu; z drugiej strony poparcie Kaddafiego zaszkodziłoby jej dążeniom, by przemawiać w imieniu aspirujących do demokracji społeczeństw w regionie. Tymczasem dla pewnych siebie tureckich liderów i w kontekście tureckich ambicji pozostawanie z boku oznacza marginalizację kraju, i to w obszarze kształtowanym przez nich z niezwykłą starannością.
Krótko mówiąc, Turcja stara się obecnie prowadzić politykę konstruktywnej dwuznaczności, która łatwo może się zmienić w „zgubną dwuznaczność”. Ankara ryzykuje, że będzie postrzegana jako „kraj niepoważny i obłudny”.
Turcja ma nadal wiele środków, których może użyć na kształtującym się postautorytarnym Bliskim Wschodzie – między innymi znajomość regionu, niezwykle zaradne grupy biznesowe, a także otwartych i ambitnych liderów politycznych. Jednakże rewolucje arabskie (które niewątpliwie mają przed sobą jeszcze długą drogę do sukcesu i umocnienia nowych instytucji) postawiły politykę zagraniczną Turcji przed nowym i jeszcze nie do końca rozpoznanym wyzwaniem. Będą one także testem dla jej polityki wewnętrznej, gdyż zaangażowanie w konflikt na Bliskim Wschodzie umocni polityczne podziały.
Jeżeli rewolucje w krajach arabskich przełożą się na istotną zmianę sytuacji w regionie, Turcja będzie musiała znaleźć dla siebie nową rolę. Pierwszym punktem na liście powinno być pogrzebanie dotychczasowej, przynoszącej sukcesy taktyki w polityce zagranicznej. Czasy bez problemów – i tych zagranicznych, i tych krajowych – już się skończyły.
*Ivan Krastev – bułgarski politolog, filozof polityki,
analityk i publicysta. Szef Centrum Strategii Liberalnych w Sofii
Tekst ukazał się na portalu openDemocracy. Tłum. Magdalena Chojnowska
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...