|
Ministerstwo Środowiska nie miało od 1989 roku zbytniego szczęścia. Nigdy nie zyskało rangi kluczowego resortu rządowego – ani w trakcie sprzątania po katastrofie ekologicznej późnego PRL-u, ani przy okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej i napłynięcia strumienia unijnych pieniędzy, ani też wtedy, gdy naukowcy doszli do konsensusu, że zmiany klimatu zachodzą i człowiek ma w tym duży udział. Obecne przetasowania personalne w Ministerstwie Środowiska tego status quo nie zmienią.
Do tej pory Donald Tusk stawiał na osoby, które niewątpliwie miały doświadczenie związane z ochroną przyrody. Maciej Nowicki zakładał EkoFundusz, zmieniający polskie zadłużenie zagraniczne na inwestycje ekologiczne, Andrzej Kraszewski z kolei miał za sobą wieloletnią działalność naukową, dotyczącą m.in. oddziaływania przedsięwzięć infrastrukturalnych na środowisko.
Ekspercko-techniczny charakter tego resortu umożliwił mu odegranie pewnej roli np. przy zmianie prawa o odpadach, które skomunalizowało gospodarkę odpadową (do tej pory Polska – obok Węgier – była jedynym krajem, w którym odpady nie stawały się własnością samorządu, co paraliżowało pracę gmin). W większości wypadków skutkował on jednak wyraźnie słabszą, można by wręcz powiedzieć – służebną – rolę ministerstwa wobec pozostałych resortów rządowych. Szczególnie widoczne było to podczas prezydencji węgierskiej, która poprzedziła polską: samotne weto naszego kraju doprowadziło do załamania procesu przyjmowania unijnej mapy drogowej w sprawie długofalowej redukcji emisji gazów cieplarnianych. Mało prawdopodobne, by weto to miało miejsce, gdyby nie polityka energetyczna koalicji PO-PSL, mającej ekologię i zrównoważony rozwój w dość głębokim poważaniu.
Nowy minister – Marcin Korolec – może się okazać sprawnym urzędnikiem, zważywszy na jego wykształcenie w tym zakresie. Sęk w tym, że obok bieżącego zarządzania ochroną przyrody w Polsce potrzeba kogoś, kto będzie miał długofalową wizję i polityczną siłę, by pchnąć kraj w kierunku rozwoju bardziej przyjaznego środowisku. Zmiana proporcji wydatków między inwestycjami w transport drogowy a kolejowy (aby z dzisiejszych 85:15 przesunęły się bliżej unijnego zalecenia 60:40), lepsza ochrona prawna i ułatwienie tworzenia przez państwo nowych parków narodowych, polityka wodna oparta na zlewniach rzek, a nie sztywnym podziale między województwa, wreszcie likwidacja barier biurokratycznych oraz większe wsparcie finansowe rozwoju efektywności energetycznej i odnawialnych źródeł energii – to są kwestie, które bardzo potrzebują kogoś, kto się za nimi wstawi. Obawiam się, że były podsekretarz stanu w resorcie gospodarki nie będzie miał ani siły, ani woli, by je poruszyć. O włączeniu polityki ekologicznej do działań resortu gospodarki czy transportu na razie możemy pomarzyć.
Słaba pozycja ministra środowiska jest na rękę Donaldowi Tuskowi. PO za wszelką cenę nie zamierza dopuścić do powstania w rządzie opozycji przeciwko rozwojowi polskiego programu energetyki jądrowej. I nieważne, że nawet zgodnie z rządowymi planami pierwsza elektrownia ruszy najwcześniej w okolicach roku 2020, że w 2030 planowane trzy siłownie zaspokoją raptem 6 procent krajowego zapotrzebowania na energię, a cały projekt w żaden sposób nie zapobiegnie oczekiwanym w okolicach 2015 roku pierwszych blackoutom (zapobiegłyby im inwestycje w oszczędzanie energii i efektywne jej zużywanie; tu pole do popisu dla 2,5 razy bardziej energochłonnej niż unijna średnia polskiej gospodarki jest znaczne) – projekt nuklearny będzie kontynuowany. Podobnie z eksploatacją gazu łupkowego: polski rząd nie dopuszcza do głosu jakiejkolwiek krytyki czy chociażby obaw związanych z ekologicznymi kosztami wydobywania tego surowca.
Koalicja PO-PSL udaje, że nie istnieją wyliczenia Instytutu na rzecz Ekorozwoju czy polskiego oddziału Greenpeace, wskazujące, że do 2030 roku moglibyśmy czerpać nawet do 44 procent energii ze źródeł odnawialnych (dałoby to niemal 190 tysięcy miejsc pracy netto – czyli różnicy między nowymi miejscami pracy, np. w energetyce słonecznej, wiatrowej albo z biomasy, a ich stopniowym zmniejszaniem się np. w wydobyciu węgla). Rząd zachowuje się, jakby nie wiedział, że to energetyka odnawialna jest w stanie „odwęglić” polską gospodarkę.
Powyższy przykład pokazuje, jak bardzo potrzebna jest w ministerialnym gabinecie osoba o ekologicznej wrażliwości. Kiedy Donald Tusk prezentował Korolca, z powagą ogłosił, że nie będzie on rzecznikiem Greenpeace’u. Istotnie – nic nie wskazuje na to, by miał on szczególnie ostro protestować przeciwko zmianom prawnym utrudniającym społecznościom lokalnym blokowanie inwestycji w dewastujące otoczenie wydobycie surowców nieodnawialnych czy w zagrażające przyrodzie warianty przebiegu nowo budowanych dróg.
Nikt nie zauważył, jak Platforma Obywatelska, delikatnie mrugając okiem do bardziej społecznie wrażliwego elektoratu, zaostrzyła swoją retorykę w ochronie środowiska. Powróciły – wyrażane w mniej lub bardziej zawoalowanej formie – sugestie, że ekologia stoi na drodze polskiej modernizacji. Powtarza się wyrażone w Polsce 2030 przekonanie, że ochrona przyrody może być jedynie kosztem, który „nadganiając Europę”, musimy minimalizować, nie zaś inwestycją w jakość życia, szansą na tworzenie nowych, rozproszonych terytorialnie miejsc pracy.
Prowadzi to do absurdów, takich jak wrzucanie do jednego worka ekologów i rosyjskiego lobby energetycznego, mimo że bardziej przyjazna środowisku polityka energetyczna uniezależniłaby nas od dostaw rosyjskiej ropy i gazu znacznie skuteczniej niż energetyka jądrowa i gaz łupkowy. Szczególnie że koncesje na badania złóż tego ostatniego Rosjanie wykupują nad wyraz chętnie.
To nie przypadek, że pojawiały się pomysły na połączenie resortu środowiska z energetyką. Wprawdzie potrafię sobie wyobrazić powstanie silnego ministerstwa do spraw energii i klimatu, działającego na rzecz zielonej rewolucji energetycznej, ale smutna polska praktyka każe założyć, że połączenie to oznaczałoby zupełne podporządkowanie ochrony przyrody lobby wspierającemu węglowe status quo. Gdy nowy minister pracował jeszcze w resorcie gospodarki, nie słynął z promowania idei zielonych miejsc pracy, na przykład w energooszczędnym budownictwie. Bardziej prawdopodobne zatem jest to, że przez najbliższe cztery lata ochrona środowiska pozostanie dla koalicji PO-PSL tematem marginalnym, poruszanym w najlepszym razie przy okazji chwalenia się mitycznymi „300 miliardami z Unii”, z których część, siłą rzeczy, trafi również na inwestycje proekologiczne.
Szykujmy się zatem na więcej spalarni śmieci zamiast recyklingu, na GMO zamiast wspierania rolnictwa organicznego i na to, że autostrady nadal będą ważniejsze od żab i ludzi.
*Bartłomiej Kozek - studiuje wiedzę o kulturze na Uniwersytecie Warszawskim, jest publicystą „Zielonych Wiadomości”, współpracownikiem think tanku Zielony Instytut i członkiem Zielonych 2004.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...