|
Towarzystwo na rzecz Języka Niemieckiego (GfdS) z Wiesbaden wybrało „kryzys finansowy” (Finanzkrise) słowem roku 2008. Przy czym w ciągu 12 miesięcy dokonał się tu niebywały przewrót lingwistyczny. W poprzednim roku pierwsze miejsce zajęła bowiem fraza „katastrofa klimatyczna”. Czasy, gdy debata publiczna obracała się głównie wokół zwrotu „knajpy dla palaczy” (trzecie miejsce w 2007 roku), Niemcy mogą dziś wspominać z rozrzewnieniem.
Być może Angela Merkel znała wcześniej wyniki konkursu, być może jest wrażliwa na zmiany we współczesnej lingwistyce. Niemniej jednak w czasie ostatniego szczytu UE w 2008 roku poświęciła sprawę klimatu na rzecz zwiększonych limitów dla niemieckiego przemysłu, podczas gdy jeszcze dwa lata temu powszechnie doceniano jej wrażliwość i troskę o środowisko. W Niemczech była pod tym względem uważana wręcz za świętą. Desakralizacja przyszła z zachodu, wraz z pierwszymi oznakami zapaści na rynku finansowym.
Kłopoty – wynikające przede wszystkim z problemów finansowych General Motors – ma Opel, drugi co do wielkości producent samochodów w Niemczech. GM, koncern-matka Opla, zatrudnił już nawet doradcę na wypadek bankructwa. Produkcję ogranicza Mercedes. Jak podaje „Neue Ruhr Zeitung”, słynny koncern przemysłowy ThyssenKrupp (TKS) rozważa skorzystanie z przewidzianych na wypadek kłopotów finansowych rozwiązań prawnych ograniczających czas pracy zatrudnionych. W samym Duisburgu korporacja ta zatrudnia 1200 pracowników. Częściowo znacjonalizowany został Commerzbank. Zbankrutował producent porcelany Rosenthal, w Polsce rozsławionej swego czasu przez Janusza Kochanowskiego.
Co w tej sytuacji robi kanclerz Merkel? Jeszcze w roku ubiegłym oświadczyła jedynie, za co spotykała ją powszechna krytyka, że „rok 2009 będzie rokiem złych wiadomości”. I odmówiła podjęcia zdecydowanych kroków. Oskar Lafontaine z Die Linke groził: „Zaniechanie pomocy podlega karze, którą w polityce wymierzają wyborcy. Angela Merkel zasłużyła na czerwoną kartkę”. Jego klubowy kolega Dietmar Bartach na jednej z konferencji prasowych dziwił się, dlaczego przedsiębiorcy nie domagają się dymisji pani kanclerz. Klaus Wagner z „Unsere Zeit” ironizował, że Peer Steinbrück, minister finansów niemieckiego rządu, zostanie wkrótce wybrany politykiem roku, ze względu na „swoją wybitną rolę w związku z kryzysem finansowym i gospodarczym”, a sama Merkel zaklina rzeczywistość, twierdząc, iż nie ma w Niemczech kryzysu na rynku nieruchomości, system bankowy jest stabilny a oszczędności budżetowe - wysokie. Jednocześnie Niemcy, co podkreśla zgodnie większość komentatorów, nie są w stanie samodzielnie poradzić sobie z kryzysem. Problem polega jednak na tym, że to one były do niedawna głównym hamulcowym w sprawie wprowadzenia wspólnego pakietu rozwiązań finansowych w UE.
Druga połowa grudnia zeszłego roku przyniosła jednak poważne zmiany. Po wyczerpujących negocjacjach na szczycie UE przyjęto wspólny projekt ożywienia koniunktury opiewający na sumę 200 mld euro. A w Niemczech 15 grudnia doszło do porozumienia między przedstawicielami związków zawodowych, przedsiębiorstw i rządu, 13 stycznia br. przyjęto ostatecznie drugi program na rzecz poprawy koniunktury opiewający łącznie sumę ponad 50 mld euro, co stanowi przeszło 2% PKB Niemiec. Program zakłada wzmocnienie gospodarki, głównie budownictwa, zastrzykiem finansowym o wartości 18 mld euro oraz obniżenie najniższej stawki podatkowej (do 14%) i składki na ubezpieczenie zdrowotne (z 15,5% do 14,9%). Podwyższona zostanie natomiast kwota zasiłku rodzinnego. Uchwalono też specjalną premię w wysokości 2,5 tys. euro za oddanie na złom starego auta i zakup nowego.
Wicekanclerz Frank-Walter Steinmeier (SPD) zaznacza przy tym, że „ten program łączy w sobie ekonomiczne postulaty rozumu i socjalną sprawiedliwość”. Angela Merkel twierdzi z kolei, że będzie to największy projekt tego typu w historii Republiki Federalnej. Samo spotkanie na szczytach władzy było zresztą pokazem siły wielkiej koalicji, a program naprawczy faktycznie może przeistoczyć Niemcy z hamulcowego w lokomotywę Europy. Wydawałoby się więc, że niemiecka gospodarka otrzymała hojny prezent na Nowy Rok. Cieszy się przede wszystkim minister Peer Steinbrück – ostatecznie został człowiekiem roku 2008.
Jednak krytyka nie cichnie. Karl Doemens z „Frankfurter Rundschau” jeszcze w grudniu zarzucał Merkel, że czeka ona aż kryzys się rozwinie i dopiero potem zareaguje. „Pani kanclerz – pisał – nie może dłużej reagować defensywnie. Musi okazać siłę godną przywódcy. Kryzys jest jej przeznaczeniem”. Malte Kreutzfeldt z „die tageszeitung” zwraca uwagę, że pakiet antykryzysowy nie jest tak sprawiedliwy, jakby chciał tego wicekanclerz. Kwota wolna od podatków została zwiększona w mniejszym stopniu niż planowano. Składki zdrowotne co prawda obniżono, ale wysokie rabaty otrzymali również pracodawcy (w Niemczech ubezpieczenie pracownika płacą wspólnie zatrudniony i zatrudniający), przez co może się okazać, że pracownikom przyjdzie płacić składki wyższe niż w ubiegłym roku. Również z premii za złomowanie i zakup samochodów skorzystają głównie ci, których na te samochody stać.
Jak donosi Frank Brunner z „junge Welt”, nie słabnie również krytyka ze strony opozycji. Fritz Kuhn (Zieloni) krytykuje obniżkę podatków i zwiększenie długu publicznego do ponad 60 mld euro, twierdząc, że za taką rozrzutność przyjdzie zapłacić przyszłym pokoleniom. Projekt cechuje zatem krótkowzroczność – walka z kryzysem finansowym i gospodarczym grozi kryzysem fiskalnym. „Po czasach rozkwitu gospodarczego ludzie musieli skorygować swoje oczekiwania finansowe i dlatego chcieliby wiedzieć, czy wyjdą z recesji wzmocnieni” – twierdzi Lafontaine. Zamiast zmniejszania obciążeń podatkowych dla najlepiej zarabiających, proponuje on zatem podwyższenie emerytur i najniższej płacy. Nie milkną również dyskusje wokół zwiększenia poziomu inwestycji w landach zachodnich kosztem wschodnich. Merkel na te krytyki reaguje nerwowo. Ostatecznie, skoro rozum ekonomiczny i sprawiedliwość społeczna mają zostać pogodzone, to wszystkie argumenty odwołujące się do tej drugiej będą sprzeczne z tym pierwszym, ergo będą nieracjonalne, a z nieracjonalnymi argumentami się nie dyskutuje.
Walka Angeli Merkel z kryzysem będzie polegać na wprowadzeniu rozwiązań skracających czas pracy, a sfinansowana zostanie z kredytów, których koszty poniesie całe społeczeństwo. Być może więc wkrótce przyjdzie Niemcom zamienić wysokopłatne prace na różnego rodzaju McJobs. Tylko w tym obszarze rząd Niemiec nie widzi potrzeby wprowadzania dodatkowych ograniczeń. Koszta kryzysu poniosą więc wszyscy. Nie wszyscy jednak mogą liczyć na jakiekolwiek profity. Inaczej być nie może, skoro kapitał jest wspólny, ale zysk prywatny.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...