|
Obawiam się, że w tekście Dlaczego na pewno nie Kaczyński wyłożyłam swoje argumenty zbyt eliptycznie i ich sens na ogół nie został dobrze zrozumiany (w szczególności przez rewolucyjnie czujnego, ale pod innymi względami bardzo nieuważnego Piotrka Sz.).
A zatem jeszcze raz i dobitniej: tak, realna różnica między dwoma panami K. i realne zagrożenie związane z ewentualną wygraną JK mają w moim przekonaniu charakter przede wszystkim symboliczny („atmosfera ideowa” itp.). Ale nie jest ona w żadnym razie tożsama z „różnicą estetyczną”. Sfera symboli prędzej czy później, czasem wprost błyskawicznie, przekłada się, via grupowe myślenie, na sferę realnych i instytucjonalnych działań.
Polityka symboliczna uosabiana przez JK ma, w uproszczeniu, charakter narodowo-katolicki i opresyjno-represyjny. Stąd żywa i zrozumiała niechęć, jaką budzi u wszystkich, zgoła nie tylko seksualnych, kulturowych mniejszości - vide wyniki I tury tych wyborów tudzież wyniki różnych wyborów wcześniejszych na obszarach zamieszkałych przez jakiekolwiek mniejszości etniczne lub religijne. Tym gorącym lewicowcom, dla których PO i BK są takim samym, a nawet jeszcze gorszym prawicowym koszmarem, jak PiS i JK, i którzy radzą „liberalnym inteligentom”, by posłuchali, co mówi „lud”, radzę samodzielnie skorzystać z tej rady, nie ograniczając się do ludu mazowieckiego lub małopolskiego, lecz udając się np. na wyprawę do wsi podlaskich zamieszkałych przez prawosławnych, na ogół Białorusinów, którzy dalibóg nie są beneficjentami kapitalistycznej transformacji. Może lepiej zrozumieliby wtedy, że polityka symboliczna ma znaczenie nie tylko dla „liberalnych elit”.
Co gorsza - i to był główny argument mojego tekstu - zagrożenie na poziomie polityki symbolicznej jest w przypadku sukcesu JK tym większe, im naiwniej część lewicy skłonna jest uznawać w JK sojusznika w walce z liberalizmem. Nie sam JK i nie sam PiS, lecz obojętność dla kolonizowania idei lewicy przez opresyjną ideologię w stylu JK ośmieliłam się nazwać w tekście zagrożeniem „atmosferą faszyzmu”. Doskonale rozumiem, że wymachiwanie straszakiem faszyzmu może kojarzyć się z paniczykowato-paniusiowatą histerią „elit” i budzić odruch przekory, a jednak warto pamiętać, że ów nieszczęsny faszyzm, nie do końca już tylko historyczny, rodzi(ł) się ze społecznej frustracji w imię walki z liberalizmem. Dlatego twierdzę, że obowiązkiem lewicy jest rozróżnianie rozmaitych liberalizmów i troska o to, by jej własny antyliberalny sprzeciw wyraziście się odróżniał od sprzeciwu a la JK.
Twierdzę, co za tym idzie, że prawdopodobne po sukcesie JK zdominowanie języka antyliberalnego (choć oparte na fundamentalnej akceptacji kapitalistycznego porządku rzeczy) przez prawicę narodowo-katolicką w żadnym razie nie będzie służyć lewicy, mącąc w głowach nie tylko tzw. szerokim rzeszom, ale - o czym zdają się świadczyć już dziś wyniki sondy na Lewica.pl, które przywoływałam - samym lewicowym kontestatorom, pragnącym być „głosem ludu”. Innymi słowy, twierdzę, że w kontekście instytucjonalnego utrwalenia się symbolicznego sporu między liberalizmem i populistycznym kato-nacjonalizmem, do czego niechybnie doprowadziłoby ewentualne zwycięstwo JK, lewica będzie miała znacznie trudniej niż w sytuacji, gdy polityka symboliczna zostanie instytucjonalnie zdominowana przez dyskurs liberalny. Twierdzę, że tylko w tym drugim przypadku można będzie z sensem i szansą na jakieś powodzenie artykułować to, co lewicę od tego dyskursu - a jednocześnie od dyskursu narodowo-katolickiej prawicy - różni. Jak pisałam, zwycięstwo Komorowskiego ma przynajmniej tę zaletę, że nie zniekształci „symbolicznej matrycy”, w obrębie której można spierać się o sens wolności i równości (a w praktyce o podatki, o reformę służby zdrowia i edukacji, o parytety, in vitro, aborcję itd.).
Może to i niewiele, ale to jednak nie bez znaczenia. Kto takie symboliczne zyski lekceważy, uważając, że prawica nacjonalistyczna i liberalna są jednakowo obrzydliwe, a uczciwy lewicowiec powinien bojkotować całą obecną sytuację polityczną (nie mówiąc już o scenie), w moim przekonaniu grzeszy dogmatyzmem lub niefrasobliwością.
Sens mojego wywodu można by streścić również tak: demokratyczna lewica i szeroko rozumiany liberalizm (w Polsce systematycznie okaleczany i z reguły sprowadzany do ideologii wolnorynkowej) należą jednak, jak by na to nie patrzeć, do tej samej rodziny nowoczesnych nurtów emancypacyjnych, w odróżnieniu od represyjnego tradycjonalizmu i jeszcze bardziej represyjnej ideologii silnego państwa. Z liberałami, nawet tak okaleczonymi jak w Polsce, lewica może się spierać. Z katolickimi narodowcami i wielbicielami „dumnej, silnej Polski” nie ma w ogóle wspólnej płaszczyzny, o ile zachowuje własną tożsamość. Chyba że zawiera z nimi sojusz w imię „walki z liberalizmem” albo pozwala im kraść elementy własnego języka. Tylko że to właśnie oznacza niefajną rzecz na f.
Na koniec dodam jeszcze, że po wysłuchaniu wczorajszej odsłony debaty prezydenckiej moja obawa o możliwość rosnącej popularności JK znacznie zmalała. Zapewne Komorowski wygra i bez naszych/waszych zbrzydzonych głosów. Komu zatem zależy na dogmatycznym lewicowym sumieniu, niech sobie bojkotuje - nasze/wasze prawo. Co do mnie jednak, „wolałabym nie”. I to w imię tego, co sama uważam za lewicowe sumienie.
*prof. Małgorzata Kowalska - kierowniczka katedry filozofii na Instytucie Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku, autorka rozpraw i esejów poświęconych francuskiej humanistyce w XX wieku. Zajmuje się przede wszystkim filozofią społeczną i polityczną, niegdyś też angażowała się bezpośrednio w politykę - była jednym z członków-założycieli Unii Pracy. Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...