W pierwszych reakcjach na dramatyczne zajście w łódzkim biurze PiS doszły do głosu dwie skrajne postawy lub perspektywy: hiperpolityczna oraz antypolityczna. Zgodnie z tą pierwszą, morderczy zamach, jakiego na działaczach PiS dopuścił się Ryszard C., należy interpretować w kontekście konfliktu między PO i PiS i, szerzej, między dwiema zwaśnionymi Polskami. Zgodnie z drugą, mieliśmy tu do czynienia z akcją frustrata-desperata, jeśli nie wprost szaleńca (o czym będą musieli zadecydować psychiatrzy), co może się zdarzyć zawsze i wszędzie i co ostatecznie należy złożyć na karb, z jednej strony, mrocznej ludzkiej natury, z drugiej strony – zwyczajnego przypadku.
Sądzę, że właściwe znaczenie tragicznego łódzkiego incydentu mieści się do pewnego stopnia między tymi dwiema interpretacjami, w dużej jednak mierze poza nimi, tj. na obszarze, którego żadna z nich nie dotyka.
Nie ulega wątpliwości, że atak na pracowników łódzkiego biura PiS był dziełem, jeśli nie szaleńca, to przynajmniej potężnego frustrata. Kogoś, kto dla swoich osobistych problemów, dla swoich psychicznych napięć szukał ujścia, artykulacji i „rozwiązania” na obszarze szeroko rozumianej polityki, kto swoje emocje kanalizował w sposób „polityczny” i kto pod ciśnieniem tych emocji nie zawahał się dać im upustu przez działania drastyczne. Polityczną kanalizację tych emocji można uznać za przypadkową w tym sensie, że wedle wszelkiego prawdopodobieństwa to nie sfera polityczna była ich źródłem i można sobie wyobrazić scenariusz, w którym ofiarą frustrata padłby nie taki czy inny polityk, ale członek jego rodziny albo przypadkowy przechodzień. A jeszcze łatwiej wyobrazić sobie scenariusz, w którym ofiarą byłby nie działacz PiS, lecz PO albo SLD. W świetle dotychczasowej wiedzy na temat życia i możliwej motywacji zabójcy wszystko wskazuje na to, że „morderstwo polityczne” było tu tylko swego rodzaju przypadkową konkretyzacją ogólniejszego „protestu wobec życia”. Albo wobec śmierci – jeśli prawdą jest, że, przynajmniej w subiektywnym przekonaniu zabójcy, tak czy owak pozostało mu już niewiele życia, że tak czy owak został już skazany.
Gdyby na tym poprzestać, mielibyśmy do czynienia z przypadkiem psychologicznym (może psychiatrycznym). A jednak ten przypadek psychologiczny – jak zresztą każdy inny - jest także przypadkiem społecznym, odzwierciedlając w pewien sposób problemy, z jakimi borykamy się wszyscy i które mają związek ze stanem naszej polityki. Na postępek Ryszarda C. można i, jak sądzę, należy spojrzeć także, jeśli nie przede wszystkim, jako na drastyczny symptom choroby toczącej w Polsce (choć z pewnością nie tylko) relacje między społeczeństwem a sferą/sceną polityczną. Na czym polega ta choroba?
Przede wszystkim, scena polityczna jest dość powszechnie postrzegana jako obca, a nawet wroga „zwykłym ludziom”. Za znamienny wypada uznać fakt, iż Ryszard C. zeznał, że chciał zabić jakiegokolwiek polityka, że przymierzał się ponoć także do zabicia jakiegoś działacza SLD. Mielibyśmy tu zatem do czynienia z nienawiścią nie tyle do takiej czy innej partii politycznej, ile z nienawiścią do „klasy politycznej” w ogóle.
Ostatecznie jednak Ryszard C. zdecydował się na zabicie przedstawicieli PiS – i to przedstawicieli drugo-, a nawet dziesięciorzędnych, ponieważ, jak powiedział, dla zabicia samego Jarosława Kaczyńskiego broń miał za słabą, za krótką. Skąd takie ostateczne ukierunkowanie politycznie skanalizowanej frustracji i nienawiści? Dlaczego padło akurat na przedstawicieli PiS? Jarosław Kaczyński powiada: w efekcie przemysłu pogardy i nienawiści uprawianego od kilku lat przeciwko PiS. Na co jego przeciwnicy odpowiadają: stało się tak w efekcie kampanii i nienawiści rozpętanej przez samo PiS, w efekcie prowadzonej przez PiS polityki, nade wszystko zaś stosowanej przez tę partię nienawistnej retoryki, odpowiedzią na którą może być równie irracjonalna nienawiść. Ci zaś, którzy usiłują stać z boku, odpowiadają (wciąż jednak w tej samej hiperpolitycznej konwencji), że stało się tak wskutek pożałowania godnej polaryzacji na „Polskę PiS” i „Polskę PO”, której źródłem jest walka na śmierć i życie dwóch prawicowych partii dominujących na naszej scenie politycznej.
Trudno przeczyć, że ta walka ma miejsce. Trudno też wątpić, że miała ona decydujący wpływ na skanalizowanie negatywnych emocji Ryszarda C. Ale trudno nie przyznać również, że ta walka jest w pewnym sensie sztuką dla sztuki, że w znikomym stopniu napędzają ją alternatywne programy, a w znakomitym stopniu czyste emocje, że jest to tylko i aż walka o samą władzę, obrosła emocjonalnymi uprzedzeniami. W polskiej polityce emocje od dawna wzięły górę nad jakimikolwiek programami czy racjami merytorycznymi. Dlatego też to głównie emocje spływają z naszej „klasy politycznej” do społeczeństwa. I zaczynają stanowić zarazem matrycę i wzmacniacz dla emocji żywionych przez samo społeczeństwo, a zwłaszcza przez najbardziej sfrustrowane jednostki.
Polityka jest dla przeciętnego zjadacza chleba teatrem, w którym nie odnajduje on swoich rzeczywistych problemów. Dlatego może jej nienawidzić en bloc. Zarazem jednak jest sceną, na której odbywa się tworzenie i reżyserowanie społecznych emocji. Dlatego emocjonalny frustrat, zależnie od swoich własnych emocjonalnych priori, zależnie od sytuacji i ostatecznie od przypadku, swoją nienawiść ukierunkowuje – posłuszny tej reżyserii – w taką lub inną stronę. Ryszard C. zabił podrzędnego działacza PiS, bo akurat tak mu w duszy zagrało. Ktoś inny o podobnej konstrukcji psychicznej (podobnym stopniu frustracji i desperacji), a może nawet on sam trochę wcześniej lub trochę później, mógłby zabić lub zamachnąć się na życie przedstawiciela innej partii.
Tyrady i jeremiady Jarosława Kaczyńskiego, uznającego zabójstwo w Łodzi za wynik zorganizowanego „przemysłu nienawiści” wobec PiS, są oczywiście irracjonalne, powierzchowne, a może też zwyczajnie cyniczne. Ale sensowną na nie odpowiedzią nie może być ani obciążanie winą samego PiS, ani ubolewanie nad morderczym konfliktem PO-PiS albo nad uogólnioną brutalizacją naszego życia politycznego i społecznego. Sensowna odpowiedź powinna zawierać refleksję nad pytaniem, dlaczego negatywne emocje jednostek tak łatwo przybierają kostium polityczny. To znaczy refleksję zarazem nad przyczynami, dla których można nienawidzić „klasy politycznej” w ogóle, jak i nad przyczynami, dla których polityka w dzisiejszym kształcie indukuje, reżyseruje i wzmacnia same tylko emocje, i to przede wszystkim te negatywne.
Ryszard C. jest niewątpliwie przypadkiem patologicznym. Wydaje się jednak ze wszech miar wskazane, by w tej jednostkowej patologii dostrzec symptom ogólniejszych problemów. Ale także, by tych ogólniejszych problemów nie sprowadzać do walki miedzy psychopatą Kaczyńskim a cwaniakiem Tuskiem. Chodzi tu, jak mniemam, o coś znacznie głębszego. O to, najkrócej mówiąc, że polityka stała się oderwanym od życia teatrem, którego funkcja sprowadza się już niemal wyłącznie do reżyserowania złych emocji.
*prof. Małgorzata Kowalska - kierowniczka katedry filozofii na Instytucie Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku, autorka rozpraw i esejów poświęconych francuskiej humanistyce w XX wieku. Zajmuje się przede wszystkim filozofią społeczną i polityczną, niegdyś też angażowała się bezpośrednio w politykę - była jednym z członków-założycieli Unii Pracy. Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...