|
4 października zmarł Claude Lefort. W Polsce mało znany, we Francji, ale także i w świecie anglosaskim od dość dawna, co najmniej od końca lat 80., uchodził za jednego z najważniejszych i najciekawszych współczesnych filozofów politycznych.
Jego filozoficzna i polityczna ewolucja była pod wieloma względami znamienna dla całego pokolenia powojennych lewicowych intelektualistów, nie tylko francuskich, choć tych ostatnich zwłaszcza.
Zaczynał, jeszcze podczas wojny, jako bardzo młody człowiek, od intelektualnego i praktycznego zaangażowania w ruch komunistyczny, konkretniej trockistowski, z którym mimo rosnących wątpliwości pozostał oficjalnie związany do końca lat 40. W roku 1949 wraz z Corneliusem Castoriadisem, którego poznał we francuskiej sekcji IV Międzynarodówki i który na pewien czas stał się jego politycznym mentorem, założył niezależną grupę Socialisme ou Barbarie, funkcjonującą na obrzeżach ówczesnego pola politycznego i mającą głównie ambicje krytyczno-teoretyczne, ale przez pewien czas aspirującą również do odgrywania roli alternatywnej – zarówno wobec stalinowskich komunistów, jak wobec trockistów - formacji rewolucyjnej. W roku 1958 rozstał się z grupą, najpewniej z wielu powodów, ale pod pretekstem różnicy zdań w kwestii instytucjonalizacji środowiska jako „organu rewolucyjnego” (był takiej instytucjonalizacji przeciwny). Jego odejście zapoczątkowało rozpad grupy. Parę lat później odszedł od niej również Jean-François Lyotard, stając się z czasem głównym przedstawicielem filozoficznego „postmodernizmu”, a wkrótce sam Castoriadis został filozoficznym „singlem”, rezygnując z aspiracji do tworzenia intelektualno-politycznego przedsięwzięcia grupowego. Rozpad środowiska SouB miał także i może przede wszystkim wymiar intelektualny, wiążąc się z podejmowanym przez każdego spośród wymienionych myślicieli (by na nich poprzestać) rozrachunkiem z marksizmem. Nade wszystko z utratą ich wiary w sens komunistycznej rewolucji – także takiej, która w założeniu miałaby być pod wieloma względami przeciwieństwem historycznej rewolucji bolszewickiej. Najkrócej rzecz ujmując, rozpad SouB, zapoczątkowany przez wycofanie się Leforta, odpowiadał ogólniejszemu schyłkowi marzeń o Rewolucji Prawdziwej (prawdziwie proletariackiej, a nie partyjnej, prowadzącej do społeczeństwa prawdziwie socjalistycznego,a nie biurokratyczno-totalitarnego, naprawdę kładącej kres wyzyskowi człowieka przez człowieka, naprawdę otwierającej nową erę równości, wolności, braterstwa itp.).
Młody Lefort był oczywiście marksistą. Choć jednocześnie, od początku (podobnie jak Castoriadis) antystalinistą i zdecydowanym krytykiem sowieckiej wersji komunizmu. Nawet w trockizmie przeszkadzało mu (podobnie jak całej grupie SouB) zbyt mało radykalne odcięcie się od nieszczęsnego przebiegu radzieckiej rewolucji. To, co uznawał za marksizm, kazało mu z jednakowym ogniem przeciwstawiać się zachodniemu kapitalizmowi i jego sowieckiej alternatywie.
Prawda, że ten marksizm był od początku „zachodni”. Co znaczy także, a w porządku intelektualnym przede wszystkim, że był od początku „przepuszczany” przez inne inspiracje filozoficzne. W przypadku Leforta inną inspiracją stała się przede wszystkim fenomenologia. Od czasów licealnych jego filozoficznym nauczycielem, a potem także przyjacielem był Maurice Merleau-Ponty, w tym czasie także silnie marksizujący i komunizujący. Marksizm Leforta był zatem, podobnie jak marksizm Merleau-Ponty’ego, marksizmem „subiektywnym”, fenomenologicznym i egzystencjalnym. Marksizmem odrzucającym obiektywne prawa historii, a w centrum uwagi stawiającym przeżycia i projekty ucieleśnionych podmiotów. I sam komunizm pojmującym jako egzystencjalny projekt, ugruntowany na subiektywnym i intersubiektywnym doświadczeniu niesprawiedliwości.
Ale nawet od tak rozumianego marksizmu Lefort ostatecznie odszedł. Podobnie jak Merleau-Ponty, a może jeszcze dalej. W każdym razie bardziej wprost kwestionując marksizm jako filozofię polityczną. I przeciwstawiając mu inną filozofię polityczną.
Ta inna filozofia polityczna zrodziła się przede wszystkim z refleksji nad opozycją, jaką dojrzały Lefort uznał za podstawową dla nowoczesnej polityki, tj. opozycją totalitaryzmu i demokracji. A także i ostatecznie z refleksji nad rolą i naturą samej polityczności. Podstawowym zarzutem, jaki, poczynając od lat 70., Lefort stawiał nie tylko obiegowemu marksizmowi, ale także myśli samego Marksa, był zarzut niezrozumienia podstawowej roli, jaką dla organizacji ludzkich społeczeństw pełni nie taki czy inny stan sił wytwórczych, ani nawet kształt stosunków produkcji, lecz polityczność rozumiana jako ustanawianie formy społeczeństwa w zbiorowej wyobraźni. To nie ekonomiczna baza determinuje politykę – twierdził Lefort – lecz, przeciwnie, pewien rodzaj projektu politycznego, opartego na zbiorowych wyobrażeniach, decyduje o takim lub innym kształcie samej „bazy”. A dla sposobu, w jaki wyobrażamy sobie społeczeństwo, podstawowe znaczenie ma sposób, w jaki postrzegamy miejsce władzy. Nie ma społeczeństwa bez władzy i nie ma wyobrażenia społeczeństwa o sobie samym bez wyobrażenia miejsca, jakie zajmuje w nim władza. O tym, czy społeczeństwo jest demokratyczne, czy totalitarne (lub zagrożone totalitaryzmem) decyduje w ostatniej instancji właśnie sposób, w jaki wyobrażamy sobie władzę i jej miejsce. W totalitaryzmie, twierdził Lefort, miejsce władzy jest postrzegane/projektowane jako trwale zajęte przez określoną grupę, która stanowi „wcielenie” społeczeństwa i którą ostatecznie ucieleśnia osoba wodza. W demokracji, przeciwnie, miejsce władzy wyobrażane jest jako z istoty „puste”, to znaczy takie, którego nikt – żadna grupa, a tym bardziej żadna jednostka – nie może trwale zająć, z którym nikt nie może się utożsamić, którego nikt nie może „ucieleśnić”. Dlatego w demokracji władza jest stawką zalegalizowanych konfliktów. Do tymczasowego zajęcia jej z istoty pustego miejsca pretendować mogą de iure każdy i wszyscy. Dlatego też demokracja, w przeciwieństwie do totalitaryzmu, niema żadnych, ani doktrynalnych, ani ekonomicznych, ani nawet prawnych (poza podstawowymi prawami obywatelskimi) trwałych podstaw. Jej fundamenty są nieokreślone, jej konkretny kształt (tzn. kształt demokratycznego społeczeństwa) stale się zmienia i jej normalny stan można uznać wręcz za „dziki”.
Ostatecznie to właśnie demokracja stała się dla Leforta jedynym możliwym synonimem rewolucji, i to rewolucji permanentnej. Takiej, która w żadnym razie nie wyklucza zdobyczy socjalnych, kolejnych generacji praw człowieka, w szczególności praw pracowniczych, edukacyjnych, zdrowotnych, kulturalnych itd., ale też nigdy ich nie gwarantuje, nie daje „raz na zawsze”. Nigdy bowiem nie usuwa społecznych konfliktów, przeciwnie, właśnie je uprawomocnia. Od nas zależy, jaki z tej możliwości uczynimy użytek.
Samemu Marksowi Lefort zarzucał ostatecznie to, że nie zrozumiał on rewolucyjnego i emancypacyjnego znaczenia nowoczesnej (a więc liberalnej) demokracji, uznając ją tylko za nadbudowę kapitalistycznych stosunków produkcji, tym samym zaś „nolens volens otwierając drogę do rozwoju wyobrażeń totalitarnych. W ujęciu Lefortsa totalitaryzm jest stałym wewnętrznym zagrożeniem demokratycznej formy społeczeństwa. Stałą pokusą, by położyć kres nieokreśloności, niepewności i „dzikości”. By dogmatycznie określić „niezbywalne fundamenty” demokracji – ekonomiczne, narodowe, religijne, prawne czy jakkolwiek jeszcze zdefiniowane. Totalitaryzm nazistowski i stalinowski należą, daj Boże, do historii. Ale groźba upadku w totalitaryzm jest od demokracji nieodłączna. Albowiem konstytutywne dla demokratycznego porządku/nieporządku wyobrażenie władzy jako „pustego miejsca” jest wprawdzie wyzwalające, ale również egzystencjalnie nieznośne. Totalitarne tęsknoty i zapędy tkwią zatem nie tylko i nie tyle w rozmaitych pretendentach do władzy, ile – i przed tym zwłaszcza przestrzega Lefort – w nas samych, w nas wszystkich. Demokratyczna „matryca symboliczna”, demokratyczna wyobraźnia społeczna są wprawdzie historycznym faktem, ale pozostają nieodmiennie kruche.
Z Leforta filozofią polityki, w tym także z jego filozofią demokracji można oczywiście polemizować. Na początek warto jednak ją sobie przyswoić. Warto też zastanowić się bez uprzedzeń nad jego intelektualno-polityczną ewolucją, a wreszcie - last but not least - przemyśleć historię powstania i rozpadu intelektualno-politycznej grupy Socialisme ou Barbarie.
Uczmy się od zmarłych. To nie jest nekrofilia.
—
*prof. Małgorzata Kowalska - kierowniczka katedry filozofii na Instytucie Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku, autorka rozpraw i esejów poświęconych francuskiej humanistyce w XX wieku. Zajmuje się przede wszystkim filozofią społeczną i polityczną, niegdyś też angażowała się bezpośrednio w politykę - była jednym z członków-założycieli Unii Pracy. Członkini zespołu „Krytyki Politycznej”.
W Krytyce Politycznej nr 20-21 opublikowaliśmy esej Claude’a Leforta „Manifest komunistyczny” czytany po latach.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...