Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kowalska: Uniwersytet marzeń - autonomiczny i zaangażowany |
|
|
prof. Małgorzata Kowalska
|
|
15.12.2008 |
Statystyczna prawda o uniwersytecie (bynajmniej nie tylko naszym, białostockim) jest dziś taka, że nie jest on ani autonomiczny, ani zaangażowany. Jest to prawda smutna dla tych i tylko dla tych (ale wolno mieć nadzieję, że trochę ich jeszcze zostało, a także, że ich przybędzie), którym marzy się uniwersytet inny, uniwersytet z prawdziwego zdarzenia. To znaczy: zarazem autonomiczny i zaangażowany. A nawet autonomiczny właśnie o tyle, o ile zaangażowany i zaangażowany właśnie dlatego, że autonomiczny.
Czy wypisuję jakieś herezje? Bawię się w paradoksy? Bynajmniej. Tylko przy powierzchownym rozumieniu terminów „autonomia” i „zaangażowanie” są one przeciwieństwami, a ich związek wydaje się sprzeczny. Płytko rozumiana autonomia jest synonimem niezależności, ta zaś, również płytko rozumiana, synonimem braku zaangażowania. Z kolei płytko rozumiane zaangażowanie najczęściej oznacza po prostu zaangażowanie o charakterze ideologiczno-politycznym albo wprost partyjnym. I tylko przy takim rozumieniu rysuje się alternatywa: albo autonomia, albo zaangażowanie. Skoro jednak mówimy o uniwersytecie, a więc instytucji powołanej do wykształcania pogłębionej wiedzy i pogłębionego rozumienia, nie zadowalajmy się powierzchownym sensami pojęć i sięgnijmy trochę głębiej.
Autonomia dla prawdy
Autonomia znaczy dosłownie (z greckiego) „nadawanie sobie prawa”. Jest więc przeciwieństwem podlegania prawu narzucanemu nam przez jakąś zewnętrzną instancję czy siłę. Autonomiczni jesteśmy wtedy, kiedy sami decydujemy o tym, jakie prawa mają rządzić naszym postępowaniem. Ale kiedy już o tym zdecydowaliśmy, nasze prawa są dla nas samych wiążące. Angażujemy się zatem podwójnie: w ustanawianie praw, a następnie w ich przestrzeganie. Z tego punktu widzenia autonomia nie ma nic wspólnego z niezależnością rozumianą jako niepodleganie czemukolwiek, jeszcze mniej z obojętną neutralnością.
Jakież to prawa ustanawia uniwersytet? W idei autonomii uniwersytetu tak starej jak sam uniwersytet nie chodzi przecież o wyłączenie jego działalności spod ogólniejszych praw społecznych i państwowych. Jako instytucja działająca na terenie określonego państwa uniwersytet siłą rzeczy podlega ustawodawstwu ogólnemu. Zarazem jednak od czasów średniowiecza, gdy powstawały pierwsze uniwersytety, przyznawano im względną wprawdzie, ale i faktyczną autonomię w zakresie ustanawiania ich wewnętrznego porządku, treści i metod nauczania, a także i przede wszystkim w zakresie określania tego, co można nazwać powołaniem lub misją badań naukowych i nauczania.
Zatrzymajmy się przez chwilę nad tym ostatnim punktem, bo ma on kluczowe znaczenie. Mówiąc najogólniej i w sposób, co nieuchronnie, trochę patetyczny, za misję badań naukowych i nauczania, a więc działalności, której służyć ma uniwersytet, od wieków, od zawsze uznawano dociekanie prawdy. Dla tych, którzy nie są zainteresowani prawdą, a jedynie, powiedzmy, wygodnym lub bujnym życiem (karierą, pieniędzmi, władzą, sławą itp.), nie powinno być miejsca w uniwersytecie - ani wśród nauczających, ani wśród studentów. Nie wynika stąd, że dociekanie prawdy wyklucza osiąganie innych, bardziej przyziemnych dóbr, ale wynika na pewno, że owe inne dobra są z punktu widzenia zasadniczej misji uniwersytetu traktowane jako podrzędne. Ludziom związanym z uniwersytetem - nauczającym i uczącym się - powinno chodzić przede wszystkim o prawdę: oto aksjomat i podwalina uniwersyteckiej autonomii.
Wszystkie konkretne przejawy autonomii uniwersytetu (poczynając od prawa do suwerennego obierania swoich władz i ustalania statutu aż po zakaz wstępu funkcjonariuszy policji na teren uniwersytecki bez zgody rektora) są tylko konsekwencją przyjęcia tego aksjomatu. Skoro w uniwersytecie chodzi przede wszystkim o dociekanie prawdy, to żaden zewnętrzny czynnik, żadna zewnętrzna władza czy siła nie powinny przeszkadzać realizacji tej misji. Zasada autonomii uniwersytetu jest w kulturze europejskiej niczym innym jak wyrazem przekonania, że prawda jest wartością fundamentalną.
Dociekanie prawdy nie oznacza jej posiadania - to ważna różnica. Już starożytni Grecy podkreślali, że posiadać prawdę może jedynie Bóg, śmiertelnicy zaś mogą do niej tylko dążyć. Dążenie to ma zaś tym więcej szans na częściowy sukces, im bardziej poszukująca myśl jest krytyczna i otwarta na konfrontację z innymi myślami, z myślami innych ludzi. Dlatego tak ważna w tropieniu prawdy jest wolna dyskusja. Dlatego uniwersytet jako miejsce badań i nauczania od początku był także miejscem sporów i debat. Warto przypomnieć, że jedną z podstawowych dyscyplin nauczanych w średniowiecznym uniwersytecie była dialektyka rozumiana właśnie jako sztuka dyskusji - choćby nad tym (przykład wielokroć obśmiany, ale czy słusznie?), ile diabłów może się zmieścić na łebku od szpilki…
Podstawowym prawem, jakie ustanawia uniwersytet zgodnie ze swoim powołaniem, jest więc prawo do swobodnej dyskusji na każdy temat. Nie dla retorycznych popisów, ale z myślą o wypracowaniu takiego stanowiska, które będzie możliwie najbardziej zbliżać się do prawdy.
Zaangażowanie bez dogmatyzmu
Z rozważań na temat autonomii uniwersytetu wynika już, czym jest - czym powinno być - jego właściwie rozumiane zaangażowanie. Ostatecznym przedmiotem tego zaangażowania pozostaje prawda. W szerokim sensie słowa prawda oznacza także słuszność. Od zawsze na uniwersytetach dyskutowano nie tylko o tym, jaki jest świat, ale również o tym, jaki być powinien i w jaki sposób można by go uczynić lepszym, niż jest. Dyskutowano o tym również w czasach, które takiej dyskusji nie sprzyjały. Dlatego, od średniowiecza poczynając, uniwersytety były postrzegane przez władzę (państwową, kościelną) jako miejsca tyleż godne szacunku, co niebezpieczne. Szerszym lub cieńszym strumieniem płynęła z nich przecież wolna myśl, kontestując, a przynajmniej poddając w wątpliwość odgórnie narzucane dogmaty. Dlatego uniwersytety nigdy w historii nie miały łatwo, a zakusy na ich autonomię były nagminne i niezliczone.
Zaangażowanie w prawdę byłoby podniosłym, ale pustym sloganem, gdyby nie przejawiało się konkretnie jako wysiłek podejmowania różnych badań szczegółowych i dyskutowania o wielu różnych kwestii. Także, a nawet przede wszystkim takich, które są uznawane za ważne dla całego społeczeństwa, dla człowieka w ogóle. A więc również - jakże by inaczej? - kwestii w szerokim sensie politycznych. Ponieważ autonomia uniwersytetu w żadnym razie nie oznacza obojętności wobec świata ani lunatycznego oderwania, nie tylko nie wyklucza zaangażowania w sprawy publiczne, ale wręcz go wymaga. Jest rzeczą oczywistą, że tylko ze świata, także świata społecznego i politycznego, ludzie uniwersytetu mogą czerpać materiał do badań Ale równie bezsporne jest to, że świat społeczny i polityczny jest ostatecznym adresatem, do którego kierują oni wyniki swoich badań, swoją wiedzę. Nie chodzi wszak o to, by prawdę - albo to, co uważamy za prawdę - trzymać pod korcem. Chodzi, przeciwnie, o to, by ją upubliczniać. W tym sensie uniwersytet nieuchronnie jest i być powinien społecznie, a nawet politycznie zaangażowany.
To zaangażowanie musi jednak spełniać warunek związany z podstawową misją uniwersytetu. Można go nazwać warunkiem krytycyzmu. Albo, co na jedno wychodzi, warunkiem otwartego, niedogmatycznego myślenia. Zaangażowanie właściwe uniwersytetowi opiera się na krytyce, wymaga zdolności do krytyki: krytyki dotychczasowego stanu wiedzy i spraw świata, krytyki tego, co uważamy za fałsz, i tego, co uważamy za zło, wreszcie - ale to bardzo ważne - zdolności do samokrytycyzmu. Uniwersytet to ostatnie miejsce dla dowolnej maści fanatyków tolerujących tylko jedną, własną albo partyjną nazwę prawdy.
Uniwersytet na rynku
Teoretycznie żyjemy dziś w czasach, kiedy uniwersytety mają więcej autonomii niż kiedykolwiek. Po krachu komunizmu zdjęto z nich polityczno-ideologiczny kaganiec. Mogło to i powinno doprowadzić do rozkwitu uniwersyteckiej wolnej myśli i krytycznego zaangażowania. Teoretycznie. W rzeczywistości kondycja uniwersytetu, zwłaszcza jeśli mierzyć ją stopniem realizacji jego tradycyjnej misji, prezentuje się dzisiaj dość marnie. Przyczyn tej marności jest na pewno wiele; w tym miejscu wspomnę tylko o jednej, która wydaje mi się zarazem najogólniejsza i najważniejsza.
Natura, jak wiadomo, nie znosi próżni. Nic więc dziwnego, że miejsce po upadłych idolach minionego systemu rychło zostało zajęte przez nowe bożyszcze, jakim stał się rynek wraz z towarzyszącą mu ideologią. Umieszczony w „przestrzeni rynkowej” i postrzegany przez pryzmat rynkowej ideologii uniwersytet funkcjonuje dziś coraz bardziej (i takie są wobec niego oczekiwania) jako rodzaj przedsiębiorstwa produkcyjno-usługowego. Produktem jest wiedza, usługą - nauczanie. W samym określeniu wiedzy i nauczania w ten sposób nie byłoby jeszcze nic zdrożnego, gdyby nie idące za tym konsekwencje. Na rynku każdy produkt powinien stać się także towarem. Ergo: wiedzę należy traktować jak towar i to taki, z którego sprzedaży można osiągnąć jak największe zyski. Korzyść powinna być w miarę możliwości obopólna: zyska ten, kto towar sprzedaje, i ten, kto go kupuje (a potem odsprzedaje albo od razu przerabia na inny towar, na przykład nowy model silnika albo napoju gazowanego). Jeżeli wszyscy, a przynajmniej większość zyskuje, to w czym problem? - zapyta ktoś. Ano chociażby w tym, że nie każda wiedza daje się przerobić na produkt materialny i nie każda ma cudowną zdolność przeobrażania się w brzęcząca monetę. Podobnie nie każde nauczanie jest usługą znajdująca dość szeroki popyt, by można ją było korzystnie sprzedać. Pomijając już taki drobiazg jak to, że nie wszystko, co się dobrze sprzedaje, ma jakąkolwiek wartość (inną niż sama wartość rynkowa).
Jako przedsiębiorstwa produkcyjno-usługowe uniwersytety muszą produkować przede wszystkim to, co można bez problemu „rzucić na rynek”, na co jest popyt i co przynosi bezpośredni, wymierny zysk (do pewnego stopnia samemu niezbędny, aby przetrwać w warunkach skąpego finansowania z państwowego budżetu). Sprzedawana wiedza nie może być zbyt skomplikowana ani, broń Boże, zbyt teoretyczna; powinna być, przeciwnie, jak najbardziej „praktyczna”, to znaczy zwiększać rynkowe szanse tego, kto zechce ją kupić. Klientem jest z jednej strony student (marzący o świetnie płatnej pracy w dobrej firmie), z drugiej strony jakiś partner rynkowy: inne przedsiębiorstwo, a czasem instytucje państwa zainteresowane rozwojem gospodarczym kraju. Oczekiwania studentów-klientów są ściśle związane z oczekiwaniami rynkowych partnerów, i koło się zamyka. W tym rynkowym kole uniwersytet jest tak pochłonięty produkowaniem i sprzedawaniem towaru, że nie wystarcza mu już czasu, sił, a w końcu przekonania do wypełniania jakiejkolwiek misji. Samo słówko „misja” zaczyna brzmieć trochę śmiesznie. Podobnie jak słówko „prawda”. Cóż po prawdzie, jeśli nie służy do tego, by interes się kręcił?
Reforma instytucji nauki i szkolnictwa wyższego zapowiedziana przez obecną ekipę rządzącą ma na sztandarach poprawę jakości polskiej nauki i polskich uniwersytetów. Wszystko jednak wskazuje na to, że jakość nauki i nauczania reformatorzy rozumieją w pierwszym rzędzie jako ich wartość rynkową. Reforma w zapowiedzianym kształcie pogłębi i tak bardzo już zaawansowane urynkowienie uniwersytetów.
Chcę być właściwie zrozumiana. Po pierwsze, powyższy obraz współczesnego uniwersytetu jest oczywiście przerysowany. Chodzi mi jednak o ukazanie rzeczywistej tendencji. Po drugie, nie postuluję bynajmniej, aby do funkcjonowania nauki i uczelni w ogóle nie stosować kategorii rynkowych. W jakiejś mierze są one również tutaj potrzebne i pożądane. Ale jeżeli wiedza, nauka, uniwersytet mają wciąż zasługiwać na swoje miano, nie mogą funkcjonować wyłącznie ani przede wszystkim jako elementy rynku. Muszą także i przede wszystkim „produkować” to, co ma wartość samą w sobie (wartość poznawczą, moralną, estetyczną) i co często nie prowadzi do żadnych innych korzyści. I odwrotnie: jeżeli uważamy, że wartości tego rodzaju są mętne, niepewne i mało użyteczne, to dajmy sobie spokój z uniwersytetami i zastąpmy je przyzakładowymi (przybiznesowymi) szkołami zawodowymi. A garść dziwaków, którzy wciąż chcieliby zajmować się poezją, historią starożytną, filozofią albo czystą matematyką, ześlijmy do rezerwatu.
I co dla nas z tego wynika?
Zróbmy jednak optymistyczne założenie, że na świecie, w Europie i w Polsce jest jeszcze dość ludzi (wśród wykładowców, studentów, ale także we wszystkich innych grupach społecznych), dla których idea uniwersytetu autonomicznego i krytycznie zaangażowanego pozostaje albo stanie się bliska. Zróbmy jeszcze bardziej optymistyczne założenie, że takich ludzi jest wystarczająco wielu w Białymstoku.
Co miałoby z tego wynikać? Ano, że czas najwyższy, by ludzie ci zabrali się do roboty i nadali uniwersytetowi ducha. Duch ten nie zrodzi się w najpiękniejszych nawet murach, ani w samym tylko tłumie studentów, nie wyłoni się też z samej ilości szczegółowych badań i szczegółowych publikacji. Narodzić się może tylko z poczucia wspólnej odpowiedzialności za kształt uniwersytetu i za jego znaczenie w społeczeństwie. Inkubatorem tego ducha są dyskusje - nie tylko na tematy fachowe i wąskie, związane z taką czy inną specjalnością naukową, ale również na tematy ogólniejsze, dotyczące całego uniwersytetu, całego społeczeństwa, kraju, regionu, wreszcie miasta, w którym żyjemy. Sprężyną tego ducha są natomiast krytycznie zaangażowane inicjatywy, w obrębie uniwersytetu i poza nim. Inicjatywy podejmowane nie na zlecenie czy zamówienie, nie jako ściśle wyceniona usługa, lecz z własnej woli i z własnego przekonania zainteresowanych - autonomicznie.
Uniwersytet w Białymstoku jest młody. To niewątpliwie jego słabość, ale to także jego możliwa siła. Wszystko jeszcze przed nim. Może stać się uniwersytetem z prawdziwego zdarzenia, a Białystok miastem akademickim w pełnym tego słowa znaczeniu. To znaczy miastem, w którym nie tylko jest dużo studentów, ale w którym także i przede wszystkim istnieje życie akademickie (inne niż towarzysko-rozrywkowe), w którym rozwija się nauka, wrą dyskusje i kipią inicjatywy.
Ma się rozumieć, że możliwość takiej fantastycznej przyszłości zależy nie tylko od nas, choćbyśmy mieli najlepszą wolę i najbardziej się wysilali. Ale coś, i może wcale niemało, jednak od nas - ludzi z naszego uniwersytetu, naszego miasta i regionu - zależy. W każdym razie warto spróbować. Taką próbą była środowa debata o uniwersytecie. Czy dała zapłon, który „chwyci”? Chciałoby się w to wierzyć.
Tekst ukazał się w białostockim dodatku do „Gazety Wyborczej” z 12 grudnia 2008.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.12.2008 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...