|
Zmiany czuć w powietrzu, i to nie od dziś. „Niewidzialna ręka rynku” zmaterializowała się w środku kryzysu, żeby połknąć miliony wyciągnięte z kieszeni biedniejących podatników, Warren Buffet i kilku innych milionerów chcą płacić wyższe podatki, a w Polsce właśnie ukazało się tłumaczenie książki Duch równości, która dowodzi, że świadome zmniejszanie różnic ekonomicznych i społecznych może nam przynieść więcej korzyści niż ślepe podążanie za ciągłym wzrostem gospodarczym. No i wybory za nami!
Można się było spodziewać, że – choćby przy okazji kampanii wyborczej – w przestrzeni publicznej pojawią się dyskusje na temat tego, jak powinno być urządzone nasze życie, jakiej polityki gospodarczej i społecznej chcemy dziś i w przyszłości, jak radzić sobie z rosnącymi nierównościami w obliczu kryzysu i w jaki sposób reagować na globalne procesy, takie jak deindustrializacja i skutki niekontrolowanego przepływu kapitału. Niestety, wszystko wskazuje na to, że w Polsce wciąż panuje neoliberalny paradygmat, który zakłada, że przypływ jednakowo podnosi wszystkie łodzie, więc jeśli pozwolimy bogatym bogacić się bardziej, to i naszą skromną łódeczkę ów przypływ gotówki poniesie gdzieś na rajską plażę, jak z niegdysiejszych reklam OFE.
Zdecydowana większość komentatorów i tzw. specjalistów od ekonomii i gospodarki (forma męskoosobowa nie jest tu przypadkiem) zatrzymała się na etapie uwielbienia dla wolnego rynku, tyle że do hasła „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” dodają, że najlepiej, by była to praca bez stałej umowy, bo nic tak nie zabija przedsiębiorczości jak pracownicy, których nie można w każdej chwili zwolnić. Dlaczego? Upraszczając cały problem, można powiedziec, że taką mamy debatę, jakich ekspertów. Panowie, którzy brylują w mediach głównego nurtu i w przestrzeni publicznej, niemal całkowicie się ze sobą zgadzają. I kilka rodzynków w tym zakalcu tej sytuacji nie zmienia. Spójrzmy na przykłady z ostatnich tygodni.
Po publikacji raportu Młodzi 2011, opracowanego przez zespół kierowany przez szefa doradców premiera Michała Boniego, media odkryły, że młodzi ludzie w Polsce nie mogą znaleźć pracy, a jeśli ją znajdą, to zatrudniani są na tzw. śmieciowe umowy, niegwarantujące żadnych praw pracowniczych. Jednym słowem – kanał i brak widoków na przyszłość. Co na to eksperci? Ano że trzeba dalej liberalizować prawo pracy, a wtedy wszystko się ułoży.
Wiktor Wojciechowski z Forum Obywatelskiego Rozwoju przekonywał w TOK FM, że źródłem problemu jest brak równowagi między kompletnym brakiem zabezpieczeń socjalnych w przypadku „umów śmieciowych” a relatywnie dużym poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje umowa na czas nieokreślony. Stąd wysnuł wniosek, że czas „uelastycznić” także umowy na czas nieokreślony, tak by pracodawca mógł zwalniać pracownika łatwo, szybko i bez zbędnych formalności. Logika tych wywodów poraża: lekarstwem na niestabilną sytuację młodych ludzi na rynku pracy ma być… zwiększanie niestabilności. Jednym słowem, dżumę leczmy cholerą. Nie bardzo, co prawda, wiadomo, jak miałoby to pomóc młodym osobom, które zdaniem Wojciechowskiego są dziś dyskryminowane przez banki ze względu na brak stałej umowy o pracę. Czy banki bardziej polubią młodych klientów, gdy będzie można wszystkich wyrzucić z dnia na dzień na bruk?
Identyczną tezę przedstawili też Mirosław Barszcz z BCC oraz Jeremi Mordasewicz z Lewiatana w programie EKG (TOK FM, 30 sierpnia 2011). Stwierdzili zgodnie – nie po raz pierwszy zresztą – że receptą na wszystkie problemy jest dalsza liberalizacja kodeksu pracy. Żaden się nie zająknął, że ostatni kryzys ekonomiczny pokazał wyraźnie, iż mantra neoliberalnych ekonomistów „elastyczność jest dobra na wszystko” to mit. Co więcej, mit szkodliwy, który wpycha kolejne kraje w jeszcze większe problemy, tak ekonomiczne, jak i społeczne.
Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że cięcie kosztów i podatków oraz skrajna liberalizacja rynków, w tym rynku pracy, nie są bynajmniej gwarancją dobrobytu. Żaden z „ekspertów” nie policzył też, ile będzie kosztowała pomoc socjalna dla ludzi, którzy pracując przez lata na umowę-zlecenie, dostaną potem głodową emeryturę. Żaden też nie zwrócił uwagi, że sporo pieniędzy wycieka z ZUS właśnie dziurą o nazwie „umowy śmieciowe”, a doraźne oszczędności mogą oznaczać duże kłopoty w przyszłości.
Z kolei podczas debaty Państwo – opiekun czy partner?, zorganizowanej przez „Gazetę Wyborczą”, okazało się, że polityka społeczna to to samo co pomoc społeczna i że powinna się ona ograniczać do działań niezbędnych, tak by ciężko chorzy i trwale niesprawni nie umarli z głodu. Nie była to niestety jedyna światła myśl, którą podzielili się z nami paneliści. Można było też usłyszeć receptę na sytuację polskiej wsi oraz brak tanich mieszkań w miastach – według Jeremiego Mordasewicza wystarczy przenieść jakieś 2 – 3 miliony młodzieży ze wsi, gdzie nie ma infrastruktury, do miast, gdzie ta infrastruktura już istnieje, a zasoby mieszkaniowe uwolnić, przenosząc z kolei starszych ludzi na wieś.
Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, przekonywał, że głównym problemem są politycy, którzy nie pozwalają Polakom się bogacić i zasilać grona milionerów. Bo wystarczy takiego Polaka czy Polkę wyeksportować do Wielkiej Brytanii a od razu pracuje wydajniej i dzietność mu się poprawia. Tu sala nie wytrzymała i podpowiedziała, że Polki chętniej rodzą w Wielkiej Brytanii właśnie ze względu na poczucie bezpieczeństwa, jakie dają stałe umowy o pracę, zasiłki oraz dostępność żłóbków i przedszkoli.
Sadowskiego to bynajmniej nie zbiło z tropu, zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie zgadzają się z założeniami, tym gorzej dla faktów. Nic dziwnego, że przykładem rozwiązań idealnych są dla niego wciąż Stany Zjednoczone. A dlaczego? Bo tam wzbogacić się może każdy, w przeciwieństwie do takiej choćby Szwecji. Dowód? Jeśli sprawdzimy, kto był milionerem w obu krajach sto lat temu i dziś, to okaże się, że w USA są to zupełnie inni ludzie, a w Szwecji wciąż ci sami. Biedni Szwedzi!
Wspomniany już Wiktor Wojciechowski dodał, że badając nierówności społeczne, trzeba uwzględniać nie tylko poziom dochodów, ale także siłę nabywczą. Byłoby to odkrywcze, gdyby nie fakt, że inni już dawno na to wpadli. Raport UNDP (Agendy ONZ ds. Rozwoju) Wykluczone dzieci z 2010 roku uwzględnia takie czynniki jak poziom dochodów, dostęp do podstawowych zasobów edukacyjnych (posiadanie m.in. biurka, spokojnego miejsca do nauki, komputera i podręczników) oraz warunki lokalowe. I wciąż się okazuje, że nierówności wśród polskich dzieci są bardzo duże. Polska jest na 21 miejscu na 24 kraje OECD pod względem sytuacji materialnej, edukacji i zdrowia dzieci.
Jacek Żakowski próbował ratować sytuację, mówiąc o długofalowych skutkach nierówności, o tym, że posiadanie dzieci to nie tylko kwestia przyszłych zysków dla budżetu, ale też poczucia szczęścia, ale był to głos wołającego na puszczy. A na komentarze Agnieszki Graff i Ewy Rumińskiej-Zimny, że pomijanie w takiej debacie kobiet w roli panelistek oraz kwestii takich jak nieodpłatna praca kobiet i cała sfera opieki to skandal, usłyszeliśmy rytualne: „Przepraszam, że nie jestem kobietą, następnym razem wyślemy jakąś panią”.
W kontekście całości debaty te kilka sensownych uwag, jakie padło, jak choćby ta wygłoszona przez Mordasewicza, że za swą luksusową rezydencję powinien płacić wyższy podatek niż sąsiad za swój zakład szewski, wyglądało na wypadek przy pracy.
Można oczywiście zapytać: po co iść na debatę, która odbywa się w takim gronie? Ja jednak pytam: jak wiodąca gazeta, która szczyci się swym pluralizmem i intelektualnymi ambicjami, może patronować takiej debacie? Jak może firmować tak dramatyczną intelektualną mizerię? Ale właściwie czemu tu się dziwić – eksperci PKPP Lewiatan, Forum Obywatelskiego Rozwoju i Centrum im. Adama Smitha brylują w mediach od dawna, wywierając ogromny wpływ nie tylko na opinię publiczną, ale i politykę rządu.
Trzeba jednak uświadomić sobie, że w efekcie nie tylko brakuje nam debaty o tym, do czego jest potrzebne państwo, czym powinna być polityka społeczna i w jakim systemie chcemy żyć. Nie mamy też języka, za pomocą którego można by wyrazić nasze potrzeby. Choćby potrzebę sprawiedliwości społecznej, która nie jest przecież utopijną ideą rodem z PRL. Jest głęboko ludzkim pragnieniem i – w coraz większym stopniu – koniecznością, bo rosnące nierówności dotyczą nas wszystkich, a nie tylko tych, którzy wypadli z grona „wygranych transformacji”.
Za pomocą dostępnego nam języka neoliberalnej elity „ekspertów” możemy powiedzieć, że edukacja, opieka nad dziećmi czy ochrona zdrowia to dobra inwestycja, a równość się opłaca, bo pracujące kobiety zapłacą wyższe podatki. Ten język nie pozwala nam jednak mówić o naszych doświadczeniach, pragnieniach i marzeniach. Nie pozwala zbudować wizji przyszłości, w której moglibyśmy się odnaleźć wszyscy – nie tylko wąska elita „wygranych” – i w którą wszyscy moglibyśmy uwierzyć. A przede wszystkim nie pozwala mówić o zasadniczych zmianach systemu i możliwych kierunkach tychże zmian; spycha głosy krytyczne na margines debaty i narzuca zgodę na założenie, że nie ma alternatywy. Czy rzeczywiście jej nie ma?
*dr Elżbieta Korolczuk – socjolożka, kulturoznawczyni. Członkini
nieformalnej organizacji feministycznej Porozumienie Kobiet 8 Marca,
współorganizatorka manif w Warszawie. Obecnie stypendystka Fundacji Morza Bałtyckiego i Szwedzkiej Rady Naukowej.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...