NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Korolczuk: Chcemy nowego języka Drukuj
Elżbieta Korolczuk   
11.10.2011

Zmiany czuć w powietrzu, i to nie od dziś. „Niewidzialna ręka rynku” zmaterializowała się w środku kryzysu, żeby połknąć miliony wyciągnięte z kieszeni biedniejących podatników, Warren Buffet i kilku innych milionerów chcą płacić wyższe podatki, a w Polsce właśnie ukazało się tłumaczenie książki Duch równości, która dowodzi, że świadome zmniejszanie różnic ekonomicznych i społecznych może nam przynieść więcej korzyści niż ślepe podążanie za ciągłym wzrostem gospodarczym. No i wybory za nami!

nie_widz_nie_sysze_nie_mwirob_gallop.jpgMożna się było spodziewać, że – choćby przy okazji kampanii wyborczej – w przestrzeni publicznej pojawią się dyskusje na temat tego, jak powinno być urządzone nasze życie, jakiej polityki gospodarczej i społecznej chcemy dziś i w przyszłości, jak radzić sobie z rosnącymi nierównościami w obliczu kryzysu i w jaki sposób reagować na globalne procesy, takie jak deindustrializacja i skutki niekontrolowanego przepływu kapitału. Niestety, wszystko wskazuje na to, że w Polsce wciąż panuje neoliberalny paradygmat, który zakłada, że przypływ jednakowo podnosi wszystkie łodzie, więc jeśli pozwolimy bogatym bogacić się bardziej, to i naszą skromną łódeczkę ów przypływ gotówki poniesie gdzieś na rajską plażę, jak z niegdysiejszych reklam OFE.

Zdecydowana większość komentatorów i tzw. specjalistów od ekonomii i gospodarki (forma męskoosobowa nie jest tu przypadkiem) zatrzymała się na etapie uwielbienia dla wolnego rynku, tyle że do hasła „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” dodają, że najlepiej, by była to praca bez stałej umowy, bo nic tak nie zabija przedsiębiorczości jak pracownicy, których nie można w każdej chwili zwolnić. Dlaczego? Upraszczając cały problem, można powiedziec, że taką mamy debatę, jakich ekspertów. Panowie, którzy brylują w mediach głównego nurtu i w przestrzeni publicznej, niemal całkowicie się ze sobą zgadzają. I kilka rodzynków w tym zakalcu tej sytuacji nie zmienia. Spójrzmy na przykłady z ostatnich tygodni.

Po publikacji raportu Młodzi 2011, opracowanego przez zespół kierowany przez szefa doradców premiera Michała Boniego, media odkryły, że młodzi ludzie w Polsce nie mogą znaleźć pracy, a jeśli ją znajdą, to zatrudniani są na tzw. śmieciowe umowy, niegwarantujące żadnych praw pracowniczych. Jednym słowem – kanał i brak widoków na przyszłość. Co na to eksperci? Ano że trzeba dalej liberalizować prawo pracy, a wtedy wszystko się ułoży.

Wiktor Wojciechowski z Forum Obywatelskiego Rozwoju przekonywał w TOK FM, że źródłem problemu jest brak równowagi między kompletnym brakiem zabezpieczeń socjalnych w przypadku „umów śmieciowych” a relatywnie dużym poczuciem bezpieczeństwa, jakie daje umowa na czas nieokreślony. Stąd wysnuł wniosek, że czas „uelastycznić” także umowy na czas nieokreślony, tak by pracodawca mógł zwalniać pracownika łatwo, szybko i bez zbędnych formalności. Logika tych wywodów poraża: lekarstwem na niestabilną sytuację młodych ludzi na rynku pracy ma być… zwiększanie niestabilności. Jednym słowem, dżumę leczmy cholerą. Nie bardzo, co prawda, wiadomo, jak miałoby to pomóc młodym osobom, które zdaniem Wojciechowskiego są dziś dyskryminowane przez banki ze względu na brak stałej umowy o pracę. Czy banki bardziej polubią młodych klientów, gdy będzie można wszystkich wyrzucić z dnia na dzień na bruk?

Identyczną tezę przedstawili też Mirosław Barszcz z BCC oraz Jeremi Mordasewicz z Lewiatana w programie EKG (TOK FM, 30 sierpnia 2011). Stwierdzili zgodnie – nie po raz pierwszy zresztą – że receptą na wszystkie problemy jest dalsza liberalizacja kodeksu pracy. Żaden się nie zająknął, że ostatni kryzys ekonomiczny pokazał wyraźnie, iż mantra neoliberalnych ekonomistów „elastyczność jest dobra na wszystko” to mit. Co więcej, mit szkodliwy, który wpycha kolejne kraje w jeszcze większe problemy, tak ekonomiczne, jak i społeczne.


Przykład Stanów Zjednoczonych pokazuje, że cięcie kosztów i podatków oraz skrajna liberalizacja rynków, w tym rynku pracy, nie są bynajmniej gwarancją dobrobytu. Żaden z  „ekspertów” nie policzył też, ile będzie kosztowała pomoc socjalna dla ludzi, którzy pracując przez lata na umowę-zlecenie, dostaną potem głodową emeryturę. Żaden też nie zwrócił uwagi, że sporo pieniędzy wycieka z ZUS właśnie dziurą o nazwie „umowy śmieciowe”, a doraźne oszczędności mogą oznaczać duże kłopoty w przyszłości.

Z kolei podczas debaty Państwo – opiekun czy partner?, zorganizowanej przez „Gazetę Wyborczą”, okazało się, że polityka społeczna to to samo co pomoc społeczna i że powinna się ona ograniczać do działań niezbędnych, tak by ciężko chorzy i trwale niesprawni nie umarli z głodu. Nie była to niestety jedyna światła myśl, którą podzielili się z nami paneliści. Można było też usłyszeć receptę na sytuację polskiej wsi oraz brak tanich mieszkań w miastach – według Jeremiego Mordasewicza wystarczy przenieść jakieś 2 – 3 miliony młodzieży ze wsi, gdzie nie ma infrastruktury, do miast, gdzie ta infrastruktura już istnieje, a zasoby mieszkaniowe uwolnić, przenosząc z kolei starszych ludzi na wieś.

Andrzej Sadowski, wiceprezydent Centrum im. Adama Smitha, przekonywał, że głównym problemem są politycy, którzy nie pozwalają Polakom się bogacić i zasilać grona milionerów. Bo wystarczy takiego Polaka czy Polkę wyeksportować do Wielkiej Brytanii a od razu pracuje wydajniej i dzietność mu się poprawia. Tu sala nie wytrzymała i podpowiedziała, że Polki chętniej rodzą w Wielkiej Brytanii właśnie ze względu na poczucie bezpieczeństwa, jakie dają stałe umowy o pracę, zasiłki oraz dostępność żłóbków i przedszkoli.

Sadowskiego to bynajmniej nie zbiło z tropu, zgodnie z zasadą, że jeśli fakty nie zgadzają się z założeniami, tym gorzej dla faktów. Nic dziwnego, że przykładem rozwiązań idealnych są dla niego wciąż Stany Zjednoczone. A dlaczego? Bo tam wzbogacić się może każdy, w przeciwieństwie do takiej choćby Szwecji. Dowód? Jeśli sprawdzimy, kto był milionerem w obu krajach sto lat temu i dziś, to okaże się, że w USA są to zupełnie inni ludzie, a w Szwecji wciąż ci sami. Biedni Szwedzi!

Wspomniany już Wiktor Wojciechowski dodał, że badając nierówności społeczne, trzeba uwzględniać nie tylko poziom dochodów, ale także siłę nabywczą. Byłoby to odkrywcze, gdyby nie fakt, że inni już dawno na to wpadli. Raport UNDP (Agendy ONZ ds. Rozwoju) Wykluczone dzieci z 2010 roku uwzględnia takie czynniki jak poziom dochodów, dostęp do podstawowych zasobów edukacyjnych (posiadanie m.in. biurka, spokojnego miejsca do nauki, komputera i podręczników) oraz warunki lokalowe. I wciąż się okazuje, że nierówności wśród polskich dzieci są bardzo duże. Polska jest na 21 miejscu na 24 kraje OECD pod względem sytuacji materialnej, edukacji i zdrowia dzieci.

Jacek Żakowski próbował ratować sytuację, mówiąc o długofalowych skutkach nierówności, o tym, że posiadanie dzieci to nie tylko kwestia przyszłych zysków dla budżetu, ale też poczucia szczęścia, ale był to głos wołającego na puszczy. A na komentarze Agnieszki Graff i Ewy Rumińskiej-Zimny, że pomijanie w takiej debacie kobiet w roli panelistek oraz kwestii takich jak nieodpłatna praca kobiet i cała sfera opieki to skandal, usłyszeliśmy rytualne: „Przepraszam, że nie jestem kobietą, następnym razem wyślemy jakąś panią”.

W kontekście całości debaty te kilka sensownych uwag, jakie padło, jak choćby ta wygłoszona przez Mordasewicza, że za swą luksusową rezydencję powinien płacić wyższy podatek niż sąsiad za swój zakład szewski, wyglądało na wypadek przy pracy.

Można oczywiście zapytać: po co iść na debatę, która odbywa się w takim gronie? Ja jednak pytam: jak wiodąca gazeta, która szczyci się swym pluralizmem i intelektualnymi ambicjami, może patronować takiej debacie? Jak może firmować tak dramatyczną intelektualną mizerię? Ale właściwie czemu tu się dziwić – eksperci PKPP Lewiatan, Forum Obywatelskiego Rozwoju i Centrum im. Adama Smitha brylują w mediach od dawna, wywierając ogromny wpływ nie tylko na opinię publiczną, ale i politykę rządu.

Trzeba jednak uświadomić sobie, że w efekcie nie tylko brakuje nam debaty o tym, do czego jest potrzebne państwo, czym powinna być polityka społeczna i w jakim systemie chcemy żyć. Nie mamy też języka, za pomocą którego można by wyrazić nasze potrzeby. Choćby potrzebę sprawiedliwości społecznej, która nie jest przecież utopijną ideą rodem z PRL. Jest głęboko ludzkim pragnieniem i – w coraz większym stopniu – koniecznością, bo rosnące nierówności dotyczą nas wszystkich, a nie tylko tych, którzy wypadli z grona „wygranych transformacji”.

Za pomocą dostępnego nam języka neoliberalnej elity „ekspertów” możemy powiedzieć, że edukacja, opieka nad dziećmi czy ochrona zdrowia to dobra inwestycja, a równość się opłaca, bo pracujące kobiety zapłacą wyższe podatki. Ten język nie pozwala nam jednak mówić o naszych doświadczeniach, pragnieniach i marzeniach. Nie pozwala zbudować wizji przyszłości, w której moglibyśmy się odnaleźć wszyscy – nie tylko wąska elita „wygranych” – i w którą wszyscy moglibyśmy uwierzyć. A przede wszystkim nie pozwala mówić o zasadniczych zmianach systemu i możliwych kierunkach tychże zmian; spycha głosy krytyczne na margines debaty i narzuca zgodę na założenie, że nie ma alternatywy. Czy rzeczywiście jej nie ma?

*dr Elżbieta Korolczuk  –  socjolożka, kulturoznawczyni. Członkini nieformalnej organizacji feministycznej Porozumienie Kobiet 8 Marca, współorganizatorka manif w Warszawie. Obecnie stypendystka Fundacji Morza Bałtyckiego i Szwedzkiej Rady Naukowej.

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
viking   |12.10.2011 11:36:58
Neoliberalizm mamy w Polsce dlatego, że eksperci od ekonomii są mężczyznami! To
jest rzeczywiście niesamowicie przenikliwy intelektualnie wniosek.
Na salonie24
przeczytałem natomiast, że mamy kryzys, bo bankowcy z reguły są Żydami.
I tak
się zastanawiam: jaka jest różnica pomiędzy tymi wnioskami, poza tą, że wniosek,
który prezentuje Korolczuk jest trendy a ten drugi nie.
Można oczywiście
powiedzieć, że Żydzi jako grupa przeżyli masowe prześladowania a mężczyźni jako
grupa nie, w związku z czym antysemityzm jest niebezpieczniejszy niż
androfobia.
Zgadzam się z takim punktem widzenia, ale uważam, że nie zmienia on
faktu, iż odwołanie się do cechy podstawowej człowieka (takiej jak rasa, płeć,
pochodzenie, orientacja itp.) po to, by dyskwalifikować jego poglądy, jest
niesamowicie słabe intelektualnie.
Używając stwierdzenia autorki, jest to
"tak dramatyczna intelektualna mizeria", że aż przysłania wiele
słusznych myśli, które w tym artykule występują.
wtret  - Panowie bezstronni   |12.10.2011 12:09:04
Najśmieszniejsze jak w jakiejś audycji Mosza, jest trzech ekspertów, wśród
których dwóch siedzi na wysokich stołkach w korporacjach. To oczywiśnie
znakomita rękojma ich bezstronności w ocenianiu procesów makroekonomicznych.
Spokojny  - @ Viking & Autorka   |12.10.2011 14:01:43
Myślę, że zdanie o mężczyznach którzy nieprzypadkowo są tu wywołani do tablicy
można rozumieć jeszcze w inny sposób. Bo rzeczywiście nieprzypadkowo tematem
tekstu Autorki są ci właśnie neoliberalni mężczyźni. Ona potrzebuje nowego
języka by wyrażać wobec nich oczekiwania, oni zaś póki co tych oczekiwań nie
spełniają co Autorkę frustruje i ona wyraża to w języku starym jak świat. Bo
mieć język
"za pomocą którego można by wyrazić nasze potrzeby. Choćby
potrzebę sprawiedliwości społecznej" wiele nie trzeba. Wystarczy o tę
społeczną sprawiedliwość zwrócić się do ekspertów, którzy nieprzypadkowo są
akurat mężczyznami i tu spokojnie można się zwrócić po polsku, choćby na takim
portalu jak ten. Trudniej jednak wymyśleć konkretny sposób, w jaki ta
sprawiedliwość miałaby być zrealizowana w praktyce.
1. Czyja powinna być
własność środków produkcji?
2. Kto powinien być emitentem pieniądza i na jakich
zasadach taka emisja powinna się odbywać?
3. Na jakich zasadach powinno (może
nie powinno?) odbywać się pozyskiwanie środków finansowych do zakupu rzeczy,
których wartość przekracza to, co można zgromadzić w chwili kiedy potrzebujemy
kupić te rzeczy?
4. Czy powinny istnieć jakieś zakresy własności wspólnej?
Jeśli tak, to czy ktoś powinien być z takich zakresów wykluczony? Czy imigrant
nie jest właśnie taką osobą? Jeśli strefa wspólnej własności ma się nie wiązać z
terytorium, to jak dbać o ekologię w oderwaniu od pojęcia terytorium? Kto miałby
to robić, skoro nie ma czegoś takiego jak "terytorium nasze"?
5. Kto
powinien płacić za edukację i leczenie? Jak uniknąć nadużyć?
6. Kto powinien
otrzymywać zyski z innowacji? Jeśli mają one być wspólne, to jak zapobiec
uciekaniu osób zdolnych do tworzenia innowacji do miejsc, gdzie zyski z
innowacji będą należeć tylko do nich? Jeśli zyski z innowacji mają być prywatne,
to jak to pogodzić z zasadą sprawiedliwego dostępu?
7. Jeśli własność środków
produkcji ma być prywatna, a właściciele tych środków mają z zysków pokryć
koszty leczenia, edukacji itd. to jak sprawić, by nie uciekali do miejsc gdzie
płacą mniej? Jeśli z kolei własność ta ma być wspólna, to jak sprawić, by
zarządzanie wspólną własnością było równie skuteczne jak zarządzanie własnością
prywatną?

Stawiam te pytania bo to są pytania o konkretny projekt.
Twierdzenie, że eksperci (nieprzypadkowo mężczyźni) nie spełniają naszych
(nieprzypadkowo kobiecych) potrzeb zwraca dyskusję po raz kolejny w stronę
tychże ekspertów. Jeśli potrzebujemy jakiegoś języka, to na pewno nie języka
"wyrażania potrzeb" tylko języka projektu.
kot   |12.10.2011 14:21:04
viking, upamiętaj się - tak- wykwintnie się wyrażając.
Autorka wprowadza na
dość mizerną wokandę problemy pierwszej wagi, a Ty
je ignorujesz i czepiasz -
może i słusznie -dupereli. Czy naprawdę nie odróżniasz rzeczy ważnych od takich
sobie.
Postawienie spraw pierwszej wagi w sposób jaki to zrobiła Elżbieta
Korolczuk budzi szacunek i do k. nędzy
wymaga poważnego odzewu
publicystycznego.
-Powaga i pewność siebie z jaką młody Poncyliusz wypowiada
bzdury i ta podobnie, oblepiająca,uciskająca,zwoje mózgowe dominacja osób
publicznych ze świata polityki i mediów. W świecie, który miał istnieć w teorii,
a którego nie ma w praktyce, w którym wszystkie łódki podnoszą się ze wzrostem
PKB, w miarę robienia dobrze bogatym.
viking   |12.10.2011 15:19:38
@ kot

Skoro wymaga "poważnego odzewu" to się "poważnie
odzywaj".
Ty twierdzisz, że artykuł z cyklu "gender w gospodarce",
jest głównie o gospodarce. Ja, że głównie o genderze.
I to jest właśnie
problem, ponieważ wszystko to, co jest niby o czymś a jednak o genderze, zmierza
ku pewnym konkretnym, nieuczciwym intelektualnie, przeideologizowanym wizjom.
O
czym jest tak naprawdę ten artykuł? O tym, że do dyskusji ekonomicznych "nie
dopuszcza się kobiet", które, gdyby do nich zostały dopuszczone, byłyby
socjaldemokratkami i skoncentrowałyby się na największym problemie ekonomicznym,
jakim jest "nieodpłatna praca kobiet i cała sfera opieki".
Tymczasem:

- w budowaniu neoliberalizmu w Polsce kobiety mają wkład proporcjonalny do
mężczyzn. Od Suchockiej, przez Bochniarz po Gronkiewicz-Walc.
- na partie
lewicowe (i ekonomicznie i światopoglądowo) głosowali w tych wyborach częściej
mężczyźni a więc instynktowną lewicowość kobiet, możemy włożyć między bajki
- na
łamach KP, jest to bodaj pierwszy artykuł o ekonomii napisany przez kobietę;
dotychczas tutejsza aktywność kobiet, związana była z, jakby powiedział
Spokojny, tym co "mają one dostać od mężczyzn" (parytet, pomoc w domu
itp.)
- problemy pielęgniarek nie są większe niż problemy górników,
stoczniowców, robotników

Feministyczna ekonomia,wbrew temu co twierdzi, wcale
nie jest symetryczna do innych socjaldemokratycznych dyskursów, lecz jedynie do
dyskursów feministycznych, także tych pro-neoliberalnych.
Tu nie chodzi o to,
by zwrócić uwagę na problemy biednych kobiet jako reprezentantek klasy biednej,
lecz jako reprezentantek klasy kobiet.
Różnicę widać w praktyce. To nie jest
tak, że pani Korolczuk, Środa czy Graff angażują się wraz z ekonomiczną lewicą w
walkę z biedą, którą poszerzają o jakąś "kobiecą perspektywę". Jest
raczej tak, że na wypasionym Kongresie Kobiet, dyskutują sobie razem z Henryką
Bochniarz i Joanną Muchą, gdzie kobiety są w "gorszej pozycji". W tym
dyskursie, problem wyzyskiwanych pracowniczek Biedronki nie jest symetryczny do
problemu górników, lecz do problemu "małej wiary kobiet w ich
przedsiębiorczość" oraz małej ilości kobiet w zarządach spółek.
wtret  - @viking   |12.10.2011 15:35:34
Insynuowanej przez Ciebie w artykule znaleźć niepodobna, więc te ostre słowa o
miernocie intelektualnej są nie na miejscu.
Wojtek_68  - re: Panowie bezstronni   |12.10.2011 15:49:17
wtret napisa?:
Najśmieszniejsze jak w jakiejś audycji Mosza, jest trzech ekspertów, wśród
których dwóch siedzi na wysokich stołkach w korporacjach. To
oczywiśnie znakomita rękojma ich bezstronności w ocenianiu procesów
makroekonomicznych.


Przecież same media już reprezentują konkretną orientację i dobór
ekspertów wynika z efektu jaki chcą uzyskać w swojej audycji.
Niezależność dziennikarzy i mediów jest fikcją. Wystarczyło śledzić
kampanię wyborczą, by się o tym przekonać.
paba  - re: @ Viking & Autorka   |12.10.2011 16:21:44
Spokojny napisa?:
Myślę, że zdanie o mężczyznach którzy nieprzypadkowo są tu wywołani do
tablicy można rozumieć jeszcze w inny sposób. Bo
rzeczywiście nieprzypadkowo tematem tekstu Autorki są ci właśnie
neoliberalni mężczyźni. Ona potrzebuje nowego języka by wyrażać wobec nich
oczekiwania, oni zaś póki co tych oczekiwań nie spełniają co Autorkę
frustruje i ona wyraża to w języku starym jak świat. Bo mieć język
"za
pomocą którego można by wyrazić nasze potrzeby. Choćby
potrzebę sprawiedliwości społecznej" wiele nie trzeba. Wystarczy o
tę społeczną sprawiedliwość zwrócić się do ekspertów, którzy nieprzypadkowo
są akurat mężczyznami i tu spokojnie można się zwrócić po polsku,
choćby na takim portalu jak ten. Trudniej jednak wymyśleć konkretny sposób,
w jaki ta sprawiedliwość miałaby być zrealizowana w praktyce.
1. Czyja
powinna być własność środków produkcji?
2. Kto powinien być emitentem
pieniądza i na jakich zasadach taka emisja powinna się odbywać?
3. Na
jakich zasadach powinno (może nie powinno?) odbywać się pozyskiwanie
środków finansowych do zakupu rzeczy, których wartość przekracza to,
co można zgromadzić w chwili kiedy potrzebujemy kupić te rzeczy?
4. Czy
powinny istnieć jakieś zakresy własności wspólnej? Jeśli tak, to czy
ktoś powinien być z takich zakresów wykluczony? Czy imigrant nie jest
właśnie taką osobą? Jeśli strefa wspólnej własności ma się nie wiązać
z terytorium, to jak dbać o ekologię w oderwaniu od pojęcia terytorium? Kto
miałby to robić, skoro nie ma czegoś takiego jak "terytorium
nasze"?
5. Kto powinien płacić za edukację i leczenie? Jak uniknąć
nadużyć?
6. Kto powinien otrzymywać zyski z innowacji? Jeśli mają one
być wspólne, to jak zapobiec uciekaniu osób zdolnych do tworzenia innowacji
do miejsc, gdzie zyski z innowacji będą należeć tylko do nich? Jeśli
zyski z innowacji mają być prywatne, to jak to pogodzić z zasadą
sprawiedliwego dostępu?
7. Jeśli własność środków produkcji ma być
prywatna, a właściciele tych środków mają z zysków pokryć koszty leczenia,
edukacji itd. to jak sprawić, by nie uciekali do miejsc gdzie
płacą mniej? Jeśli z kolei własność ta ma być wspólna, to jak sprawić,
by zarządzanie wspólną własnością było równie skuteczne jak zarządzanie
własnością prywatną?

Stawiam te pytania bo to są pytania o konkretny
projekt. Twierdzenie, że eksperci (nieprzypadkowo mężczyźni) nie spełniają
naszych (nieprzypadkowo kobiecych) potrzeb zwraca dyskusję po raz
kolejny w stronę tychże ekspertów. Jeśli potrzebujemy jakiegoś języka, to
na pewno nie języka "wyrażania potrzeb" tylko języka projektu.

W pełni się zgadzam z kolegą. To są zasadnicze pytania, na które musi
odpowiedzieć współczesna lewica. Bez kwestii zasadniczych ani rusz! A
to czy to jest artykułowane przez faceta czy kobietę to jest sprawa na
prawdę drugorzędna.
Gra_ce  - rozmawiajmy o banalnych definicjach bez lęku   |12.10.2011 16:58:51
Truizmy i niestety nie kwestionowane "oczywistości" w rozmowach tzw.
ekspertów ekonomicznych są ogromnie szkodliwe. Wmawiają nam, że istnieje coś
takiego jak "wolny rynek". Na każdym etapie, w każdym kraju ZAWSZE są
regulacje i ograniczenia. Większości ograniczeń, które stały się podprogową
oczywistością, wtopiły się w tło, nie są postrzegane świadomie jako wyznaczniki
działań aktorów transferów rynkowych. Co ciekawe, obrona tzw. "wolnego
rynku" następuje w momencie próby zmian reguł, które mogłyby zmienić logikę
tych transferów, i są pobroną nie wolności, ale "starej ustawki".
Potrzebują jej ci, którzy się do niej najlepiej dostosowali. Weźmy na przykład
rynek pracy. Podobno w XIX wieku, gdy walczono o ograniczenie możliwości
eksploatacji pracy dzieci w fabrykach, to jednym z koronnych argumentów
przeciwników, była nietykalność zasad wolnego rynku. Chcą? Niech pracują…
Czy
dziś, nawet ktoś o najbardziej neo-liberalnych poglądach pozwolił by sobie na
twierdzenie, że ograniczenia w pracy dzieci trzeba znieść w imie wolnego rynku?

Listy leków dopuszczonych do obrotu, wymogi sanepidu, patenty, subsydia,
bail-out’y przykłady ograniczeń i regulacji przeciw którym dzisiejsi
neoliberałowie nie odezwą się ani słowem można by mnożyć.

Nie ma co się
łudzić - ekspertom-neoliberałom ekonomicznym nie o wolność chodzi, ale o
korzystne zasady dla tych z którymi chcą się identyfikować - bo może ich
dopuszczą do sutego stołu.
wodnamałpa   |12.10.2011 18:03:07
Panowie dowodzący tutaj równego wkładu kobiet i meżczyzn w neoliberalizm polski
oraz nie dostrzegający związku poziomu bełkotu "ekspertów" z płcią
dowodzą swojej niekompetencji zarówno w dziedzinie matematyki, jak i reguł
wnioskowania.
Liczyć trzeba.
viking   |12.10.2011 20:38:13
@ wodnamałpa

Nie po raz pierwszy się tu wypowiadasz, gdy ktoś krytykuje
feministyczny dyskurs.
Za każdym razem stwierdzasz jedynie, iż ktoś ma
"fałszywą świadomość" lub czegoś nie zna/ czegoś nie potrafi.
Może więc
przedstawisz nam, na czym polegają te "właściwe" reguły
wnioskowania?

Powiem ci, wodnamałpo, jakie logiczne wnioski wysuwam ja.
Otóż
patrzę sobie na najbardziej anty-neoliberalny portal, za jaki uważam ten, na
którym piszę te słowa.
I co widzę? Pod artykułami na temat ekonomii, liczba
komentujących kobiet, nigdy chyba nie przekroczyła 10% a zazwyczaj wynosi 0.
W
tekstach felietonistek KP, neoliberalizm pojawia się jedynie w takim sensie, że
bywa wymieniany jako jeden z filarów "patriarchalnego" myślenia. Obawiam
się jednak, że wykazanie związku pomiędzy tą doktryną ekonomiczną a samczą
mentalnością, to jednak trochę za mało, na podjęcie debaty z Balcerowiczem, czy
Hanną Gronkiewicz-Walc. Do tego potrzebne jest zainteresowanie ekonomią a to
wykazują wśród tutejszych publicystów i czytelników, prawie wyłącznie
mężczyźni.

Jedyny wniosek, który da się z tego wysnuć nie korzystając z wiary w
spiski (banowanie anty-neoliberałek na forach, niepublikowanie kobiecych analiz
ekonomicznych) jest taki:
mężczyźni w ogóle biorą częściej udział w sporach o
ekonomię. A ponieważ w Polsce dominuje neoliberalizm, to częściej są
neoliberałami. Tylko z tego, że "oni" są neoliberałami, nie wynika
automatycznie, że "one" są socjalistkami. Mimo, iż rzeczywiście logika
walki i antagonizmu płci, może prowadzić do tak szalenie przenikliwych wniosków.
Spokojny  - @ Wodna małpa   |13.10.2011 09:06:21
Postawiłem w komentarzach do tego artykułu kilka ponumerowanych pytań. Może
zamiast niewiele wnoszących uwag w rodzaju "liczyć trzeba" spróbowałabyś
napisać, jakie też byłyby te "kobiece" czy też "feministyczne"
odpowiedzi na te konkretne pytania? Chodziłoby mi o projekt. Czy w sprawie
odpowiedzi na którekolwiek z tych pytań istnieje między feministkami, albo
między kobietami zgoda? Jest takie pytanie, co do którego jesteś przekonana, że
gdyby spytać wyłącznie kobiet to wynik będzie jakoś odmienny od wyniku który się
uzyska jeżeli zapytamy wyłącznie mężczyzn? Jeśli tak, to które pytanie to
będzie?
bekorol  - Oni czy one?   |13.10.2011 11:45:30
Viking:
Czy kobiety nie są zainteresowane ekonomią?

Tak się składa, że jestem
współorganizatorką Manif i od co najmniej dwóch lat mówimy głównie i przede
wszystkim o kwestiach ekonomicznych - ostatnio o umowach śmieciowych, jako
problemie społecznym, dotykającym nie tylko kobiety. Dla nas - czyli lewicowej
części środowiska feministycznego - gender nie odnosi się tylko do kwestii płci,
to problem władzy i nierówności nie tylko ze względu na płeć - w Polsce związany
jest też z klasą czy poziomem sprawności, w innych kontekstach także np. z rasą
czy etnicznością.
W ramach Manify była zorganizowana dyskusja dot. ekonomii
feministycznej z udziałem ekspertek, były tekst w gazecie Manifowej (rozdanych
10.000 egzemplarzy), są już świetne publikacje z tej dziedziny, np. Kobiety na
zielonej wyspie czy książka o ekonomicznym wymiarze opieki, są świetne teksty na
think-thanku, itd.

Kongres to nie jest jedyne ani nawet (moim zdaniem)
najważniejsze środowisko feministyczne w Polsce, a Środa i Graff to nie jedyne
feministki ;)

Nie twierdzę ani w tekście ani w życiu, że wszyscy mężczyźni to
neo-liberałowie, a wszystkie kobiety to socjalistki. Nie uważam też jednak, że
to przypadek, iż kwestie ekonomiczne w mediach komentują głównie wciąż ci sami
mężczyźni - neoliberałowie.

Na koniec a propos spisków - nie trzeba w nie
wierzyć, ale mój tekst krytyczny wobec raportu Boniego czeka w GW od ponad
miesiąca, bo jakoś zawsze coś ważniejszego jest do publikacji. Może jest po
prostu słaby, nie twierdzę że nie, ale w takiej sytuacji można było go odrzucić,
prawda?
Spokojny  - @ bekorol   |13.10.2011 15:25:42
To jakie jest po tych dwóch latach dyskusji o gospodarce zdanie uczestniczek
manif na temat przedstawionych przeze mnie pytań?
viking   |13.10.2011 16:14:24
Wydaje mi się, że Pani mnie nie zrozumiała. Odebrała Pani mój wpis, jako krytykę
związków feminizmu z neoliberalizmem. Nie dziwię się, bo często się ją słyszy po
Kongresie.
Ale mnie nie chodzi o to. Nie jestem typowym socjalistą, uważam się
za (socjal)liberała, w związku z czym nie widzę jakiejś sprzeczności między
troską o biednych a promowaniem umiejętności biznesowych.

Tego, że Pani wraz z
koleżankami interesuje się ekonomią też nie neguję. Podobnie jak nie neguję
tego, że ja, mimo, iż jestem mężczyzną, nie interesuję się nią prawie wcale i,
że paru takich mężczyzn, jak ja, dałoby się znaleźć. Tylko te dwie konstatacje
nie zmieniają zasadniczo faktu, iż mężczyźni interesują się ekonomią CZĘŚCIEJ
niż kobiety i, że to "CZĘŚCIEJ" znajduje swoje odzwierciedlenie, tak na
tym forum, jak w panelach dyskusyjnych.
Nawiasem mówiąc, nie zauważyła Pani, że
nawet pod Pani artykułem, swoje poglądy gospodarcze wyrazili, jak dotychczas
sami mężczyźni?

Natomiast przede wszystkim, jak już pisałem, uważam, że wbrew
temu, co się twierdzi wśród zwolenniczek, wyznawanej przez Panią ideologii,
ekonomia albo nie ma płci albo miewa TEŻ tę, którą panie w swoich analizach
pomijają.
Niestety nie mogę się z Paniami zgodzić, co do tego, że dyskryminacja
kobiet przejawia się w niskiej płatności zawodów związanych z opieką. Z tego
powodu, że za największy problem polskiego systemu, uważam fakt, iż pracodawcy
nie zachowują podstawowych reguł BHP, przez co ludzie nie mają, nie tylko
godnych płac, ale także godnych warunków pracy i podstawowego w niej
bezpieczeństwa. A to jest coś, czego ofiarą w przeszło 80% wypadków padają
mężczyźni.
Także popieram chociażby podwyżki dla pielęgniarek, jako grupy
zawodowej. Natomiast nie popieram snucia na kanwie ich niskich płac, opowieści o
permanentnie gorszej sytuacji kobiet.
A taki jest właśnie cel
"feministycznej ekonomii"- marksistowskiego potworka, który, jak
słusznie zauważa szwedzka publicystka, M.Abrahamson po kompromitacji teorii
"walki klas", postanowił spróbować tej samej retoryki w odniesieniu do
płci.
kot   |13.10.2011 19:45:54
Spokojny, podjąłeś wezwanie
-to już coś!
Mało kto ma odwagę
i możliwości.

Nie
zgadzam się zasadniczo
z Twoim wnioskiem końcowym,
piszesz:
"Jeśli
potrzebujemy jakiegoś języka, to na pewno nie języka "wyrażania potrzeb"
tylko języka projektu."
-Mimo że, to twierdzenie wydaje się nie do
zakwestionowania.

Jeżeli język potrzeb
stanie się
świadomością potrzeb
-to
powstaną siły zdolne do dokonania zmian,

Projekt nie poparty siłą
jest utopią,
bezznaczeniem,
natomiast świadomość dobrze zdefiniowanych potrzeb
otworzy
drzwi dla lawiny projektów.
Powszechność demokracji szerszej niż
parlamentarna
będzie zależeć od powszechności uświadomionych
potrzeb.
Kontrowersja zatem dotyczy odwrócenia sekwencji.
kot   |13.10.2011 23:03:19
Pytania Spokojnego - odpowiedzi kota
1. Czyja powinna być
własność środków
produkcji?

- Wszystkie możliwe!

2. Kto powinien być emitentem pieniądza i na
jakich
zasadach taka emisja powinna się odbywać?

-Wszystkie możliwe

3. Na
jakich zasadach powinno (może
nie powinno?) odbywać się pozyskiwanie środków
finansowych do zakupu rzeczy,
których wartość przekracza to, co można zgromadzić
w chwili kiedy potrzebujemy
kupić te rzeczy?

-Tu chyba nic nowego! A jakie Ty
masz propozycje

4. Czy powinny istnieć jakieś zakresy własności
wspólnej?
Jeśli tak, to czy ktoś powinien być z takich zakresów wykluczony? Czy
imigrant
nie jest właśnie taką osobą? Jeśli strefa wspólnej własności ma się nie
wiązać z
terytorium, to jak dbać o ekologię w oderwaniu od pojęcia terytorium?
Kto miałby
to robić, skoro nie ma czegoś takiego jak "terytorium
nasze"?

Odpowiedź jak w p. 1 i 2

5. Kto powinien płacić za edukację i
leczenie? Jak uniknąć nadużyć?

-Państwo.
-Nadużycia zawsze będą i trzeba je
eliminować na tyle na ile sie da skutecznie.

6. Kto powinien
otrzymywać zyski z
innowacji? Jeśli mają one być wspólne, to jak zapobiec
uciekaniu osób zdolnych
do tworzenia innowacji do miejsc, gdzie zyski z
innowacji będą należeć tylko do
nich? Jeśli zyski z innowacji mają być prywatne,
to jak to pogodzić z zasadą
sprawiedliwego dostępu?

-Dostęp powszechny! Ale nie wykluczać tych opartych na
zysku

7. Jeśli własność środków
produkcji ma być prywatna, a właściciele tych
środków mają z zysków pokryć
koszty leczenia, edukacji itd. to jak sprawić, by
nie uciekali do miejsc gdzie
płacą mniej? Jeśli z kolei własność ta ma być
wspólna, to jak sprawić, by
zarządzanie wspólną własnością było równie skuteczne
jak zarządzanie własnością
prywatną?

-Są państwowe instytucje na świeci i w
Polsce państwowe i dobrze zarządzane
Trzeba więc pilnować i dążyć do ich dobrego
zarządzania.
-Koszt edukacji i zdrowia wynikiem właściwej redystrybucji.
Zwracam
uwagę, że np. najlepsza służba zdrowia jest w Holandii
-prywatna(!) ale non
profit, w Kanadzie inaczej nieco, ale też w rękach państwa
kiepska, droga i nie
powszechna w USA.

Stawiam te pytania bo to są pytania o konkretny projekt.

-
Wnioski:
Kapitalizm, tak ale regulowany przez biurokrację państwową
i coraz
szerszą partycypacje zbiorowości lokalnych, które kontrolują biurokrację.
kot   |13.10.2011 23:08:37
Spokojny zwracasz uwagę na ważny aspekt
społeczno-gospodarczy dotyczący
współczesnego systemu finansowego,ale
to bardziej skomplikowana
materia
szczególnie sprawa kreacji pieniądza.
Spokojny  - @ Kot   |14.10.2011 11:36:30
Ale to jest właśnie podstawowy problem. Jeśli się przez dwa lata siedzi,
rozmawia tylko o ekonomii i jedyne co się zdołało wymyśleć, to żeby ktoś płacił
za zmywanie naczyń w domu i wychowywanie swoich własnych dzieci to jaki to jest
projekt działającej ekonomii? Przecież żeby coś takiego postulować trzeba
kompletnie nie rozumieć skąd się biorą pieniądze i jaka jest ich funkcja. Jasna
rzecz - możemy w ogóle wszyscy sobie wszyć takie czytniki do przegubów i każda
rzecz którą wzajemnie robimy będzie się wiązać z przelewem określonej ilości
punktów z jednego przegubu na drugi. Czy dzięki temu nasza ekonomia stanie się
bardziej wydajna?
Kiedy jedna strona rozmawia o tym czego potrzebuje, a druga o
tym co może jak sądzisz która ze stron zbierze głosy obserwatorów? Rzecz jasna
ta, która jest odbierana jako bardziej dorosła. Osoby które domagają się
lepszych warunków pracy, ale jednocześnie nie przedstawiają spójnego, czytelnego
ekonomicznego projektu niczym się nie różnią w odbiorze od rozhisteryzowanego
dziecka. Które może i potrzebuje (któż nie potrzebuje lepszych warunków pracy
zresztą) ale generalnie ono niewiele wie o świecie a już na pewno nie można dać
mu kontroli nad domowym budżetem. Bo ono wie co chce, ale nie wie jak się
zarabia pieniądze. Nie zgłasza projektu założenia biznesu w którym można by
zarabiać na kupno rowerów. Zgłasza projekt kupienia roweru. Ci
"nieprzypadkowo mężczyźni" mówią o deficycie budżetowym, o kredytach, o
inflacji.. Jeśli się nie podejmie dyskusji na tym poziomie, nie zdekonstruuje
TYCH pojęć, to całe "jestem wtedy kiedy krzyczę" domaganie się tego czy
owego może budzić najwyżej politowanie. Ale na pewno nie daje poparcia, bo
ludzie to jednak nie do końca idioci. Jeśli nie masz konkretnego projektu
kreacji pieniądza, alternatywnego do tego co jest to nie masz pomysłu na
załatanie podstawowego problemu budżetowego z którym się obecnie borykają
wszystkie państwa. Może panie specjalistki od dekonstrukcji, nieprzypadkowo
kobiety, mogłyby na najbliższej manifie zająć się dekonstrukcją pojęcia długu
publicznego? Tak, żeby było wiadomo jak zrobić żeby go po zdekonstruowaniu
faktycznie nie było?
sputnik   |14.10.2011 14:12:05
Wrzucanie do jednego worka neoliberalizmu i argumentów o inwestowaniu w kapitał
społeczny (a przez to skrytykowanie tych ostatnich) może być przeciwskuteczne.
Pójście na kompromis, również w dziedzinie języka
viking   |14.10.2011 16:44:18
@ Spokojny

Myślę, że te pojęcia nie zostaną zdekonstruowane z tego powodu,
o którym mówiłem. Feministyczna ekonomia to bardziej "feministyczna" niż
"ekonomia".
W związku z tym, występuje w niej takie postmodernistyczne
i poststrukturalne myślenie, iż wszystko, co złe (dyskryminacja, nierówność,
klasowość) ma swą przyczynę w języku. Ale nie w konkretnym języku konkretnych
terminów fachowych, które można rozliczyć z ich zawartości prawdy, lecz w
języku, jako dyskursie. A więc pewnej, tak a nie inaczej ukształtowanej
historycznie formacji. I tu, to KTO go ukształtował jest istotniejsze niż
polemika z nim.

Ile to myślenie jest warte w praktyce, pokazuje sprawa
legalizacji aborcji, o której dyskutowano w ten sam sposób.
Problem tkwi w
"dyskursie" i w tym, że ten "dyskurs" jest zdominowany przez
mężczyzn a więc nie uwzględnia "potrzeb kobiet".
Tymczasem właśnie mamy
w parlamencie partię, która jako pierwsza od lat, tak wyraźnie opowiadała się w
swej kampanii za legalizacją aborcji. Nie dość, że tworzą ją typowi pragmatycy,
prawdopodobnie nie wiedzący nawet co to jest "dyskurs", to jeszcze - co
za ironia! - jest to najbardziej "zdominowana przez mężczyzn" partia w
parlamencie, nie mówiąc o tym, że częściej przez mężczyzn popierana.
kot  - Projekty i siły polityczne   |14.10.2011 22:16:18
potrzebne do ich realizacji.
Spokojnemu -http://kot-blogkota.blogspot.com
bekorol  - zamiast podsumowania   |25.10.2011 00:33:41
Musze powiedzieć, że głosy vikinga i spokojnego potwierdziły moje wrażenie, że z
feminizmem jest jak z polskimi filmami - wiele osób uważa, że w ogóle nie muszą
ich oglądać, bo i tak wiedzą, że są denne.

Charakterystyczna dla tej postawy
jest wypowiedź spokojnego "feministki są jak dzieci, bo nie mają pojęcia o
czym mówią, tylką krzyczą: chcę, chcę, chcę!" Jednym słowem, roszczeniowe
pindy. Brakuje tylko rytualnego przywołania mitu, że to pewnie dlatego, że
jesteśmy postkomunistycznymi złogami ;)

Nie ma sensu, żebym robiła w tym
miejscu wykład i przekonywała, że owszem, feministyczne ekonomistki mówią o
budżecie, PKB, deficycie budżetowym i wielu innych kwestiach, a dekonstrukcja
nie polega na tym, że w jej wyniku coś znika - wręcz przeciwnie, w efekcie
dekonstrukcji widzimy poszczególne elementy, które się składają na dane zjawisko
znacznie wyraźniej. Odsyłam do literatury - całkiem sporo jej już jest.

Tak
się tylko zastanawiam co do budżetu. On zawsze jest za mały. A jednak z naszego
wspólnego budżetu wydaje się co rok miliardy, np. na kościół katolicki i
zbrojenia, które trudno uznać za inwestycję. Ciekawe dlaczego…
Twórzmy idee, nie CO2   |25.10.2011 02:04:08
@ bekorol

Ależ nie ma się co za wiele zastanawiać. Odpowiedź jest prosta i
zawiera ją aż samo Twoje pytanie. Kobiety u władzy po prostu tak samo wspierają
datki czy to na kościół czy to na zbrojenia, ni mniej ni więcej, taka Condolezza
choćby tego przykładem, a jeśli myślisz, że zaciekawienie Hilary Clinton filmem
z egzekucji Kadafiego, filmem nagranym z ukrycia, było objawem nie-kobiecego
zaciekawienia i satysfakcji to się mylisz. Mężczyźni u władzy to jedno, ale co
ta władza robi z mężczyznami czy kobietami, to drugie, na równi z tym pierwszym.
Fakt, Spokojny z Vikingiem tworząc swoje wizje nt feminizmu mają wiele
wspólnego, ale nie zapominaj, że całe departamenty utrzymujące feministki na
uniwersytetach, płacąc im pensje, stypendia i wyjazdy, nie wpłaciły jednocześnie
ani na kościół katolicki ani na zbrojenia. Jak już twory feministek zaczną się
sprzedawać jak Hamlet wówczas pogadamy inaczej. Więc Ty także nie przerysowuj,
podaj lepiej jakąś dobrą literaturę, o której mówisz, że jest jej tak sporo.
I
tyle w temacie.
Spokojny   |25.10.2011 09:08:51
Rzeczywiście nie mam o feminizmie dobrego zdania. Myślę, że jest czymś w rodzaju
etnocentyzmu opartego na wyobrażeniu odwiecznej krzywdy własnej grupy i żądaniu
nieskończonych odszkodowań. W tę odwieczną krzywdę kobiet ja nie wierzę.
Ostatnio miałem kolejny przykład rozmowy z osobą która posługiwała się tą
perspektywą. Tym razem krzywda polegać miała na tym, że kobiety po osiągnięciu
pewnego wieku mają większą trudność ze znalezieniem seksualnego partnera niż ich
rówieśnicy płci męskiej i ich potrzeby seksualne bywają większe niż możliwości
ich realizacji. Odpowiedziałem na to, że być może kobiety w tym wieku mają
wreszcie okazję dowiedzieć się jak się czują mężczyźni przez całe życie, bo
nasze potrzeby seksualne są zawsze większe niż możliwości ich realizacji.
Dowiedziałem się, że moja rozmówczyni nigdy nie myślała o tym w ten sposób.
Jakoś mnie to nie dziwi. Stąd nie wierzę, by był w stanie wypracować rozwiązania
uniwersalne. Oczywiście gdybyś napisała cokolwiek o tych wypracowanych przez
feministki rozwiązaniach i teoriach ekonomicznych mógłbym zmienić zdanie. Ale
uprzedzam, że dla mnie koncepcja zamiany wszystkich relacji międzyludzkich w
pracę zarobkową nie jest koncepcją ekonomiczną.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 13.10.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.11292 Seconds