|
W polityce zdarzają się wydarzenia, które wydają się nielogiczne. Nikt ich nie oczekuje, ale na wszelki wypadek analitycy i eksperci zarezerwowali dla nich określenie: mało wiarygodne. Coś takiego stało się w Mińsku 19 grudnia, między godziną 20.00 a północą.Kontekst tegorocznych wyborów był inny niż poprzednich – w 2006 roku. Wtedy białoruska opozycja była zjednoczona i miała poparcie Zachodu. Łukaszenko mógł przeciwstawić jej skonsolidowaną władzę, niezłą sytuację ekonomiczną i niezawodne poparcie Rosji. Ale nawet w takiej sytuacji represje były mniejsze i rozciągnięte w czasie.
W 2010 roku sytuacja gospodarcza się pogorszyła, Białoruś stała się bardziej zależna od poparcia z zagranicy. Stosunki z Rosją weszły w fazę poważnego kryzysu, chociaż formalnie poprawiły się na kilka tygodni przed wyborami. W stosunkach z Zachodem, odwrotnie, widać było znaczący postęp, polityczna izolacja została zniesiona, a kredyt z Międzynarodowego Funduszu Walutowego stał się decydujący dla stabilizacji sytuacji ekonomicznej w 2009 roku. Odnowa oficjalnej współpracy z Zachodem odbywała się na tle nieznacznego zmniejszenia represyjności białoruskiego reżimu. Jednocześnie, już na początku 2010 roku wielu członków UE dawało do zrozumienia, że zauważają demokratyczny „postęp” na w Białorusi i przewidywali owocną współpracę w wielu sferach. Zabezpieczenie minimalnych swobód politycznych stało się dla białoruskich władz kwestią finansową.
W ciągu całego 2010 roku trudno było spotkać białoruskiego lub zagranicznego analityka, który wątpiłby w zwycięstwo Łukaszenki. Prawie nie było ekspertów, które zakładaliby, że zwycięstwo będzie demokratyczne, ale jednocześnie wierzono, że „względny postęp” będzie widoczny i otworzy nowe perspektywy dla współpracy międzynarodowej. Dlatego wystarczyłoby nie używać brutalnej siły (nawet nie siły po prostu, ale właśnie brutalnej siły). Zdawało się, że przemoc nie ma żadnego sensu – opozycja jest maksymalnie rozbita, stale dzieląc się na dysydenckie grupy, a politycy biorący udział w kampanii wyborczej 2010 roku, nie mogli konkurować z Łukaszenką ani pod względem popularności, ani rozległości bazy społecznej.
Po raz pierwszy od wielu lat kraje zachodnie odmówiły bezpośredniego wsparcia białoruskiej politycznej opozycji, co spowodowało jej kryzys – nikt z kandydatów nie miał wystarczających funduszy, by prowadzić szeroką kampanię. Nawet całkowite zjednoczenie nie rozwiązałoby problemu. Sprawiło to, że oponenci władz stali się względnie łatwym przeciwnikiem i, jak się wydawało, niewielkim politycznym problemem. Ale zwykłe fałszerstwa wyborcze, które nie dają możliwości ustalanie, ile głosów oddano na obecnego prezydenta, skończyły się niespodzianym w tym kontekście wydarzeniem – brutalnym rozpędzeniem demonstracji w centrum miasta i represjami przeciwko politycznej opozycji.
Jeśli nie odwoływać się do teorii spiskowych, to brutalne represje nie miały żadnego sensu. Ani politycznego, ani ekonomicznego, ani moralnego. Ciężko sformułować scenariusz, według którego akcja 19 grudnia zagrażałaby stabilności władzy czy mogłaby istotnie kwestionować jej legalność. Akcja przypominała plusk, a perspektywa ciągłych protestów była dość wątpliwa. Ale represje ze strony władzy były brutalne i na dużą skalę. W następnych dniach, kiedy emocje opadły, zaczęły się kolejne represje – aresztowania, zwolnienia z pracy, z uniwersytetów.
Wydarzenia po 19 grudnia zadziwiają swoją nieracjonalnością, jeśli oczekujemy od obecnego kierownictwa białoruskiego państwa logiki działań. Negatywne skutki tych wydarzeń dla władz, a tym bardziej dla kraju, są oczywiste: pogorszenie stosunków z Zachodem pozbawia zewnętrznego politycznego balansu i alternatywnych źródeł finansowych, Rosja dostaje wyjątkowe możliwości dyktowania warunków Mińskowi; obniżenie zaufania ze strony partnerów zagranicznych; pogorszenie klimatu inwestycyjnego; zwiększenie politycznego napięcia i braku zaufania w kraju etc.
Możliwe pozytywne efekty trudno sformułować. Wydarzenia te pokazują, że osobiste fobie, emocje i arbitralne życzenia kierownictwa Białorusi stoją ponad polityczną racjonalnością, prawami, a nawet interesami gospodarczymi. To nie tylko stawia pod znakiem zapytania niezawodność białoruskich władz jako partnera w stosunkach międzynarodowych, ale też każę wątpić w stabilność jakichkolwiek projektów współpracy regionalnej.
Tłumaczenie z białoruskiego: Oleksiy Radynski
Andrei Kazakiewicz - dyrektor Instytutu Badań Politycznych (Mińsk, Białoruś), redaktor naczelny pisma „Sfera Polityczna” (www.palityka.org)
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...