|
Znamienne, że o kandydaturze Wrocławia do ESK 2016 prawie się nie mówiło. Chyba żaden ze znanych mi głosów nie typował jego zwycięstwa. Właściwie można było zapomnieć, że jest on jednym z kandydatów. Oczywiście najwięcej wiem o przygotowaniach warszawskich, ale dochodziły do mnie też wieści z Katowic, gdzie np. wydano gazetę w formie komiksu, z Gdańska, który mimo antyspołecznej polityki mieszkaniowej i nie tylko kulturę jednak stara się wspierać, czy z Lublina, gdzie powstała cała masa niewielkich inicjatyw, które pewnie nie zaistniałyby, gdyby nie ten konkurs. A jednak wygrał Wrocław. I to wygrał w strasznie słabym stylu. Trudno nie czuć rozczarowania.
Trudno też nie czuć gniewu. Arogancja ministra kultury, który na kilka dni przed rozstrzygnięciem konkursu o ESK postanawia poinformować opinię publiczną, że Wrocław dostanie 100 mln na de facto rozbudowę infrastruktury kulturalnej, wydaje się oszałamiająca. A jednak stała się faktem. To był zresztą pierwszy moment, gdy cała Polska przypomniała sobie o kandydaturze Wrocławia. Można właściwie podejrzewać, że Zdrojewski musiał wywołać ten skandal, bo inaczej jurorzy przeoczyliby jego alma mater. Fakt, że minister kultury zdecydował się przekazać wyciągniętą z magicznego kapelusza Unii Europejskiej dotację miastu, którego przez dziesięć lat był prezydentem, dodaje jeszcze pikanterii całej sytuacji. Ale przecież jest ministrem kultury, a nie ministrem ds. równego traktowania.
I psu na budę, że raptem miesiąc wcześniej prezes rady ministrów Donald Tusk podpisał Pakt dla kultury, którego jeden z postulatów brzmi: „Wydatkowanie środków publicznych musi odbywać się zgodnie z zasadą powszechnego i równego dostępu do kultury”. A ponieważ psu na budę, to Obywatele Kultury się trochę wkurzyli i napisali list protestacyjny składający się głównie z pytań retorycznych. Obywatele pytają: „Czy minister musiał ogłaszać dokładnie w dniu wizytacji członków europejskiej komisji ds. Europejskiej Stolicy Kultury, że instytucje wrocławskie dostaną dodatkowe 100 mln zł? Czy nie rodzi to, jak twierdzą intelektualiści z Lublina – sygnatariusze listu do Premiera podejrzeń o nieuprawniony lobbing? O nadużywanie uprawnień?”. A ja pozwolę sobie odpowiedzieć. Minister nie musiał i nie powinien. Nie tylko rodzi to podejrzenia, ale jest dowodem na nieuprawniony lobbing i nadużywanie uprawnień. Tym bardziej, że Wrocław na ten tytuł nie zasłużył.
Ośmiomiesięczne badania prowadzone przez zespół DNA Miasta przy wsparciu ekspertów z Centrum Studiów nad Demokracją SWPS „pokazują, że są dwie mocne kandydatury – miasta, dla których ESK nie jest tylko kolejnym konkursem, lecz elementem szerszej wizji strategicznej. Są to Lublin i Gdańsk”. Pewnie dlatego wygrał Wrocław. Dla Lublina zwycięstwo mogłoby nieść prawdziwą zmianę. Dla Wrocławia zmiana polega na tym, że Brave Festiwal będzie się teraz nazywał Europejski Brave Festiwal. Lublin potrzebował takiego wzmocnienia. Dla Wrocławia będzie to jedynie kolejne trofeum. Gorszym wyborem mogłaby być chyba tylko Warszawa, której urzędnicy bardzo się starali, żeby stolica nie miała w konkursie na ESK żadnych szans. Na szczęście to nie urzędnicy robią warszawską kulturę. Nad Wrocławiem znęcają się też Andrzej Zwoliński i Bartosz Wawryszuk. Zresztą nie trzeba się specjalnie znęcać. Wystarczy zacytować fragmenty prezentacji wrocławskiej oferty. Myślę, że dowiadujemy się z niej, dlaczego wygrał. A wygrał, gdyż: „Historyczna polisemiotyczność Wrocławia nieuchronnie rzuca cień enigmatyczności na jego współczesną tożsamość”. Ciekawi pewnie jesteście też, kto we Wrocławiu dyktuje warunki organizacji wydarzeń kulturalnych. Nie są to bynajmniej lokalni politycy, ani nawet centralni. „Na Dolnym Śląsku natura dyktuje warunki organizacji wydarzeń kulturalnych, czy to przez srogie zimy, czy deszczowe i chłodne wiosny, które sprowadzają ze sobą niebezpieczne powodzie”.
Śmiało możemy więc powiedzieć, że oddaliśmy ESK 2016 w ręce przyrody. To chyba pierwszy przypadek w historii tej nagrody, że o kulturze będzie decydować natura. A w zasadzie już zdecydowała. Np. natura Zdrojewskiego, żeby trzeba dać Wrocławi sto milionów bez konkursu. Całe szczęście, że Opera to nie Krytyka Polityczna, bo już dawno Igor Janke by dzwonił, a minister przepraszał. Sto czterdzieści tysięcy w konkursie dla lewackiej gazety wzbudza uzasadnione wątpliwości. Miliony dla Opery, od tak, to żaden powód do dyskusji. Właściwie można by sobie darować cały ten konkurs, skoro natura Wrocławia jest taka, że musiał wygrać, a natura Zdrojewskiego taka, że nie mógł pozwolić Wrocławiowi przegrać. Tylko trochę smutno, że arogancka natura wygrała konkurs na stolicę kultury.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...