|
31 sierpnia Sejm uchwalił nowelizację, która przewiduje karę grzywny i możliwość konfiskaty towaru za handel poza miejscami wyznaczonymi do tego celu. Wiele osób pewnie ta zmiana w prawie ucieszy. Wreszcie znikną nielegalne stragany, stoiska ze sznurówkami, pudła pełne dziwnych przedmiotów. Straż miejska wyrzuci sprzedawców książek, którzy z uporem rozkładają się na zewnętrznych oknach kamienic przy Nowym Świecie albo na placu Zbawiciela, jakby nie rozumieli, że czasy się zmieniły i książki kupuje się w eleganckim klubokawiarniach, empikach i trafficach albo się ściąga z internetu w postaci e-booka. A jak ktoś ma ochotę na kontakt ze starym papierem, to wciąż jeszcze istnieją biblioteki i kilka antykwariatów, które ostały się niezrozumiałą siłą inercji.
Po nowelizacji straż miejska nie tylko wyczyści chodniki, ale będzie też mogła odholować, a przynajmniej zamknąć paki żuków i vanów zamienionych w mobilne stragany, w których dotychczas można było kupić warzywa. Wprawdzie większość takich żuków i vanów w centrum stoi w strefie parkowania, więc dokładają się do kasy miasta, ale to nie ma znaczenia. Na ich miejsce znajdzie się zapewne dużo innych chętnych.
Nowelizacja ustawy ma rzekomo na celu ukrócenie szkodliwych praktyk. Jej autorzy argumentują, że nielegalny handel uliczny pociąga za sobą wiele negatywnych skutków: wprowadzanie do obrotu towarów niewiadomego pochodzenia, łamanie prawa związanego ze spokojem i porządkiem publicznym, nieuczciwą konkurencję oraz zakłócanie estetyki i harmonii przestrzeni publicznej.
Nie sposób zaprzeczyć, że sytuacja właścicieli sklepów czy budek na targowisku jest inna niż osób sprzedających na ulicy. Jednak niekoniecznie musi to być dużo bardziej zyskowne. W końcu to sprzedaż sezonowa, a pogoda w Polsce jest dość kapryśna. Trzeba mieć dużo zacięcia, żeby sprzedawać przy deszczu i chłodzie. Jeśli ktoś się na to decyduje, zapewne nie ma innego wyjścia. W końcu nie każdy może założyć własny sklep. Sporo osób spotykanych na rogach ulic to indywidualni rolnicy, którzy przyjeżdżają do miasta z jednym gatunkiem jabłek i kilkoma warzywami.
Co więcej, sprzedawcy uliczni są raczej udogodnieniem niż przeszkodą na drodze. Zwykle stoją w miejscach, gdzie w promieniu dziesięciu minut spaceru nie ma żadnego targowiska ani warzywniaka (bo czynsze są za wysokie dla indywidualnych handlarzy). W wielu miejscach, gdy znikną lokalne stragany z warzywami, będzie się można zadowolić jedynie Żabką czy innym dyskontem sprzedającym po kilka warzyw, z których każde kosztuje złotówkę i wygląda, jakby nigdy nie widziało światła. Może łatwiej jest oszacować wtedy końcową cenę, ale na pewno nie jest ani smaczniej, ani taniej. Nowa ustawa bije więc nie tylko w sprzedawców, ale również w konsumentki i konsumentów.
Zwolennicy wygonienia nielegalnych sprzedawców z ulic mówią często, że przecież w Warszawie i innych miastach są już bazarki i targowiska. Wprawdzie w Warszawie wciąż jest ich za mało, ale planowane jest otwarcie kolejnych. Jeszcze chwilę to potrwa, ale to nie powód, żeby choćby do tego czasu chronić handel uliczny. Co więcej, powstają targowiska jednodniowe, które popiera w Warszawie 68% pytanych mieszkanek i mieszkańców. Jestem wielką fanką jednodniowych bazarków, ale wolałabym mieć możliwość kupienia świeżych warzyw częściej niż raz w tygodniu.
W końcu nielegalne stragany mają zniknąć, bo estetyka miasta jest ważna. Oczywiście, ale czy najważniejsza? Czy nie lepiej szukać rozwiązań, które – jak Bazaromat proponowany przez Olę Wasilkowską – wychodziłyby z założenia, że skoro te samorodne stoiska się pojawiły, to znaczy, że istnieje jakaś potrzeba wynikająca z rytmu miasta i życia jego mieszkanek i mieszkańców? I ta potrzeba powinna zostać rozpoznana i zaspokojona. Efemeryczne punkty sprzedaży są wygodne i pełnią taką funkcję jak kioski. Jest ich odpowiednio dużo i są po drodze.
Nie jest również oczywiste, że lekki nieporządek na ulicy szkodzi miastu. Czasami jest wręcz przeciwnie – nadaje mu życie. Sprawia, że ludzie nie tylko przechodzą z jednego budynku do drugiego, ale również zatrzymują się na rogu, zamieniają dwa zdania. Stoiska, także nielegalne, ożywiają ulicę. Czasami żyją ze sobą w symbiozie, jak na placu Zbawiciela, gdzie z kawiarni wychodzi się za róg po truskawki lub śliwki, a po drodze można w ostatniej chwili kupić komuś kwiaty. I co z tego, że łubianki i wiadra z tulipanami utrudniają przejście. Ulice i chodniki to coś więcej niż ciągi komunikacyjne.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...