|
Większość europejskich polityków nie wykazuje entuzjazmu na myśl, że kolejną prezydencję w UE obejmie jeden z krajów nowej dwunastki. Nie dlatego, że nie lubią nowych państw członkowskich. Po prostu chcą wiedzieć, na czym stoją. Po 2005 roku mieliśmy spokojną i pozbawioną fajerwerków prezydencję europejskiego prymusa – Słowenii. Spokój brukselskich i strasburskich gabinetów rozwiała (używając określenia Andrzeja Stasiuka) radosna „słowiańska rozpierducha” w wydaniu czeskim. Z perspektywy czasu oraz pierwszego w historii UE kryzysu kompetencyjnego (po wiosennej dymisji premiera Mirka Topolánka) stało się jasne, że jedynym przemyślanym i konsekwentnie zrealizowanym projektem czeskiej prezydencji była słynna Entropa Davida Černego. Do dziś mam w pamięci scenę, jak na posiedzeniu jednej z komisji Parlamentu Europejskiego konserwatywny szef czeskiego MSZ Karl Szwarcenberg bronił prawa do wolności wypowiedzi artystycznej Černego przed atakującym go szwedzkim europosłem.
2010 rok powitała prezydencja węgierska. Nie towarzyszą jej wielkie oczekiwania. Ambicja węgierskich konserwatystów, by przyśpieszyć procedury akcesyjne wobec Chorwacji, również może okazać się na wyrost – UE najchętniej myśli o rozszerzeniu w czasie koniunktury, a wciąż nie wiadomo, gdzie znajduje się dno obecnego kryzysu.
Przypomnijmy najpierw, czym jest prezydencja: formalnie kraj, który ją obejmuje, przewodniczy pracom Rady UE, wpływając na jej agendę. Nieformalnie rola ta jest znacznie większa, gdyż daje tytuł do reprezentowania Unii w kontaktach zewnętrznych oraz pełnienia roli mediatora w unijnej polityce wewnętrznej. Rzecz wydaje się prosta, ale żeby wykorzystać polityczną siłę, którą daje prezydencja, trzeba mieć dobrą reputację oraz pole manewru, również w polityce wewnętrznej. I tu dochodzimy do polskich problemów.
Donald Tusk zdecydował, że nie skróci kadencji parlamentu, działania Polski będą więc podporządkowane przypadającym w trakcie prezydencji wyborom. Rząd, w obawie przed dyskusjami prasowymi czy kontrowersyjnymi publikacjami, które mogłyby zaszkodzić jego wizerunkowi, nie będzie poruszał jakichkolwiek drażliwych czy skomplikowanych kwestii. Tymczasem przeprowadzenie wyborów wiosną umożliwiłoby zaplanowanie ambitniejszego programu prezydencji. Pozwoliłoby też samemu Tuskowi wypaść poważniej w oczach zachodnioeuropejskich partnerów – trudno bowiem widzieć wiarygodnego przywódcę w człowieku, który nerwowo odlicza dni do wyborów. Trudno też brać na serio proponowany przez niego program, skoro w razie wyborczego niepowodzenia na jego miejscu może znaleźć się ktoś inny. Z drugiej strony jednak pokusa usadowienia się w wyborczym okresie w centrum uwagi mediów może popychać Tuska do bardziej zdecydowanych działań.
W ostatnich tygodniach przed inauguracją kolejnej prezydencji instytucje UE i jej otoczenie starają się ocenić wiarygodność nowego przywództwa – od lobbystów szacujących kierunek ewentualnej legislacji na potrzeby swoich klientów, przez europosłów planujących swoją aktywność, po Komisję Europejską i setki akredytowanych dziennikarzy. Z tego względu siłą każdej prezydencji jest jej przewidywalność oraz polityczna reputacja, która pozwala adekwatnie reagować w sytuacjach niezaplanowanych.
Pamiętamy, jak o wiele silniejszy politycznie od Tuska Nicolas Sarkozy, szef francuskiej prezydencji, zaakceptował wyjaśnienia Rosji, która w konflikcie z Gruzją powoływała się na podejrzenie czystek etnicznych. Wzbudziło to głębokie zażenowanie, a Sarkozy zaprzepaścił w ten sposób szansę na nagłośnienie tragedii gruzińskich cywilów, zyskując w zamian wątpliwy wizerunek twardego polityka, który potrafi współpracować z Rosją. Takie scenariusze dla zestresowanego przedwyborczą awanturą Tuska mogą być jeszcze groźniejsze, i nie potrzeba do tego konfliktu na skalę gruzińskiego. Wystarczy drobne spięcie z Chinami czy Rosją albo proste pytanie o Kartę Praw Podstawowych. Sprawy, które w Polsce udało się przemilczeć, mogą powrócić na arenie europejskiej, a dotychczasowe odpowiedzi nie wystarczą, bo pytać nie będą już wyrozumiali i często podobnie myślący dziennikarze TVN24.
W upublicznionych materiałach dotyczących naszej prezydencji znajdują się zachowawcze postulaty budżetowe, co jest zrozumiałe z punktu widzenia polskich interesów. Drugim filarem polskiego przywództwa ma być kwestia bezpieczeństwa energetycznego. Wspiera ją wieloletni polityczny wysiłek Jacka Saryusza-Wolskiego, szefa delegacji PO w Parlamencie Europejskim, ale może być ona trudna do zaakceptowania na szerokim forum Rady UE. W wizji tej akcent położony jest na różnicowanie źródeł zaopatrzenia, co ma w długiej perspektywie uniezależnić UE od Rosji. W tym kierunku mają być wzmacniane relacje zewnętrzne, co oznacza reanimację zimnowojennego myślenia o strefach wpływów. Dywersyfikacji dostaw energii nie równoważy tu wiarygodny plan systemowego zwiększania wydajności energetycznej. Brak w polskich propozycjach kwestii związanych z wykorzystaniem źródeł energii odnawialnej oraz decentralizacją systemu energetycznego, choć są to tematy poruszane przez europejskich polityków różnych opcji.
Opublikowany na stronach UKiE dokument może momentami budzić rozbawienie – priorytety polskiej prezydencji przypominają brief z wypracowań zadanych ministrom, którzy popuścili wodze fantazji. Znajdujemy tu na przykład zapewnienie (priorytet: Wymiar sprawiedliwości i sprawy wewnętrzne), że „[…] w zakresie współpracy policyjnej kluczowe znaczenie będą miały prace m.in. nad nową Strategią Antynarkotykową”. Biorąc pod uwagę osiągnięcia naszego kraju w tym zakresie, trudno spodziewać się sukcesów. Wyzłośliwianie się nad polskimi deklaracjami jest jednak nie na miejscu – dokument ten ukazuje skalę zaniedbań i zwykłej niekompetencji w polityce wewnętrznej. Zasada liderowania w poszczególnych projektach UE jest bardzo prosta: kupowane są te rozwiązania, które sprawdziły się w rzeczywistości prawnej, politycznej i społecznej kraju prezydencji. Dlatego z uznaniem dla polskiej szczerości muszę przyznać, że w naszym programie nie ma ani słowa o prawach kobiet, polityce równości czy zapobieganiu wykluczeniu społecznemu. Na takiej samej zasadzie w priorytecie Rolnictwo i rybołówstwo nie wspomina się o limitach połowowych krewetek i kalmarów – brzmiałoby to równie egzotycznie.
Moje obawy dotyczące polskiej prezydencji mają więc dwa źródła. Po pierwsze, boję się poświęcenia europejskiego przywództwa na ołtarzu wyborczego PR. Po drugie, wyznaczone przez Polskę priorytety już pokazują, jak wielki dystans – mimo kilku lat obecności w Unii – dzieli dwie części Europy i jak niewiele ta druga ma do zaproponowania. Polscy europosłowie w pierwszej kadencji znani byli głównie z organizowania wystaw historycznych, papieskich czy antyaborcyjnych w budynku Parlamentu Europejskiego. W tej sytuacji jedynym sensownym długofalowym projektem, w którym Polska może odgrywać istotną rolę, jest wzmacnianie partnerstwa w Europie Wschodniej. Niestety, mimo wielu deklaracji, może on zostać podporządkowany kampanii wyborczej, skoro już pierwszy poważny dylemat dotyczący powodzenia prezydencji Donald Tusk rozstrzygnął z wąskiej partyjnej perspektywy.
*Mikołaj Iwański – studiował filozofię i psychologię na UAM, doktorant Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu. W latach 2006 i 2008/2009 odbywał staże w Brukseli – w Parlamencie Europejskim oraz agencji lobbingowej
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...