|
Rok temu Donald Tusk obiecał podniesienie składki zdrowotnej. Było to oczywiste. Nakłady na ochronę zdrowia statystycznego Polaka są bowiem kilkanaście razy mniejsze niż wydatki na zdrowie Amerykanina, kilka razy mniejsze od nakładów na zdrowie przeciętnego Europejczyka i blisko dwa razy mniejsze, niż wydaje się na ochronę zdrowia przeciętnego Czecha. Gdy się o tym pamięta, trudno się nadziwić, że polska służba zdrowia jeszcze w ogóle działa. Bo przecież używa ona z grubsza tych samych lekarstw, urządzeń i procedur, co wszędzie na świecie.
Biorąc pod uwagę relację ceny do jakości, mamy jeden z najbardziej efektywnych systemów służby zdrowia na świecie. Może tynk sypie się ze szpitalnych sufitów, ale jednak za niewielką cenę jesteśmy w miarę przyzwoicie leczeni. Polskie szpitale nie są mercedesami, ale trzeba pamiętać, że płacimy za rower z przerzutką, a w zamian dostajemy - powiedzmy - używanego lanosa. Obietnica Tuska sprowadzała się w zasadzie do tego, że płacilibyśmy za rower z dwoma przerzutkami, a w zamian moglibyśmy dostać nowego lanosa. W tym sensie była to zapowiedź takiego kroku do przodu, na jaki nas dziś stać.
Prawdę mówiąc, od razu podejrzewałem, że pomysł Tuska brzmi jednak zbyt pięknie, aby mógł się ziścić. Ale w najgorszych snach nie przeszło mi przez myśl, że może go zastąpić pomysł tak absurdalny, jak to, co według doniesień medialnych chce nam zaproponować min. Ewa Kopacz, czyli działające w obrębie publicznej służby zdrowia dodatkowe prywatne ubezpieczenia zdrowotne, których koszt można by sobie odpisać od podatku.
Min. Kopacz twierdzi, że dzięki nowym ubezpieczeniom do „systemu” trafią nowe poważne pieniądze. Co by to były za pieniądze? Załóżmy, że obywatel X wyda na ubezpieczenie 100 złotych miesięcznie. Według dr. Adama Kozierkiewicza, eksperta od ubezpieczeń zdrowotnych, firmy ubezpieczeniowe przeznaczają na leczenie średnio ok. 40 proc. składki. 60 proc. idzie na administrację, reklamę, marketing, zyski i rezerwy. Do systemu trafi więc ok. 40 zł. Nie jest jednak prawdą, że te pieniądze popłyną do systemu z kieszeni podatnika. Bo koszt ubezpieczenia będzie on mógł odpisać od podstawy opodatkowania. Z ubezpieczeń będą korzystały głównie osoby zamożne płaczące PIT wysokości 32 proc. Zatem ubezpieczony płacący 100 złotych składki odzyska - 32 złote. Rezultat księgowy będzie z grubsza taki, że za każde 100 złotych składki prywatna ubezpieczalnia dostanie 60 zł, a do służby zdrowia popłynie 32 zł z budżetu (jako odpis podatkowy) i 8 zł z prywatnej kieszeni.
Ale w rzeczywistości korzyści będą jeszcze mniejsze. Bo nowe ubezpieczalnie będą wymagały państwowego nadzoru, którego koszty pokryje oczywiście budżet. Do obsługi nowego systemu służba zdrowia też będzie musiała stworzyć nową administrację zajmującą się negocjowaniem, fakturowaniem, rewindykacją. Na czysto ze stówy zapłaconej przez ubezpieczonego w systemie zostanie może pięć złotych prywatnych pieniędzy. Te pięć złotych zamieszania i złej krwi narobi co niemiara, a niewiele w polskiej służbie zdrowia poprawi. Bo nawet jeśli ubezpieczenia wykupi 5 mln osób, efektywnie dadzą one 25 mln miesięcznie. Przy czterech miliardach, które co miesiąc wydaje NFZ i ponad dwóch, które już dopłacamy z prywatnej kieszeni, będzie to mniej niż pół procentu. Efekt nieporównywalny z 5 mld rocznie, które dałoby zapowiadane podniesienie składki.
Jeżeli więc rząd boi się podnoszenia składki, a budżet stać na to, by dać dodatkowo ubezpieczającym się prawo do odpisu, dużo lepiej by było przelać tę kwotę wprost do NFZ, a resztę pieniędzy zostawić w kieszeniach podatników, zamiast nakłaniać ich do płacenia kolejnego oprócz OFE haraczu na rzecz nowych nieefektywnych molochów sektora finansowego.
Tekst ukazał się w „Gazecie Wyborczej”.
Na podobny temat
|
...to się viking chyba wreszcie poczu...
No to chyba wypadałoby teraz podać te...