|
Zaczęło się to od drobnego, nic na pozór nieznaczącego wypadku natury zdecydowanie prywatnej. Pewnego pięknego listopadowego wieczora na rogu ulicy Vivienne i bulwaru Montmartre Jeannette oświadczyła Pierre’owi, że potrzeba jej nieodzownie wieczorowych pantofelków.
Tak Bruno Jasieński rozpoczynał swoją opowieść o upadku Paryża. Przypominając sobie książkę Palę Paryż trudno uniknąć skojarzenia z tym, co działo się ostatnio na ulicach Londynu. Sam punkt zapalny nie był oczywiście natury zdecydowanie prywatnej. Dwóch policjantów zastrzeliło czarnoskórego 29-latka, Marka Duggana, który ponoć nie stawiał żadnego oporu. Choć to oczywiście tragedia, to w szerszym kontekście nie jest to wydarzenie niespotykane. Ofiary śmiertelne nie są na ulicach Londynu rzadkością. Jednak z jakiegoś powodu ten konkretny przypadek spowodował, że niczym dżuma po ulicach Paryża u Jasieńskiego, tak po Londynie rozlała się fala zamieszek. I po kolei zapłonęły: Tottenham, Edmonton, Hackney… Po trzech dniach trudno znaleźć w mieście dzielnicę, w której nie wybuchł choć jeden pożar lub nie dokonano innych zniszczeń. Do Londynu dołączyły wkrótce inne miasta: Birmingham, Liverpool, Manchester, Leeds, Bristol i Nottingham, czyli wszystkie największe skupiska ludności w kraju.
Zamieszki te mają jedną ciekawą cechę. Orbitują wokół towarów, przedmiotów konsumpcji. Poza kilkugodzinnym niedzielnym protestem niewiele mają już wspólnego ze śmiercią Duggana. Partycypujący, przede wszystkim młodzi ludzie z imigranckich rodzin nie wybiegli na ulicę i nie podpalają budynków, by walczyć z nierównościami społecznymi i segregacyjną polityką państwa (przynajmniej nie świadomie). Przyszli zarobić. Bo zamieszki te oprócz podpalania, dewastowania i walk z policją polegają przede wszystkim na rozkradaniu towarów z okolicznych sklepów. Istnieją zorganizowane grupy, które podjeżdżają samochodem pod wcześniej wybrany sklep, biorą, ile mogą, pakują do bagażnika i odjeżdżają. Niczym niefortunne pantofelki Jeannette, które zniszczyły Paryż, tak teraz telewizory LCD, konsole do gier i markowe ubrania rujnują Londyn.
Administracja Camerona ma ostatnio pełne ręce roboty. Po masowych protestach studentów i związkowców, w których udział brało setki tysięcy ludzi, do głosu dochodzą teraz wykluczeni. Bo tak też należy ich nazwać. W znacznej części bezrobotni, niewykształceni, potomkowie imigrantów z innych niż biała grup etnicznych. Udział w zamieszkach niewiele ich kosztuje, bo niewiele mają do stracenia. Nie boją się utraty pracy, czy komplikacji w przyszłym jej znalezieniu, bo pracy nie mają i nie spodziewają się znaleźć. Nie boją się wyrzucenia ze szkoły, bo do żadnej nie chodzą. Ich źródłem zarobku często bywa handel narkotykami czy drobne kradzieże, których konsekwencje są porównywalne do grożących im teraz za udział w zamieszkach. Wykluczeni są nie tylko z życia społecznego, ale przede wszystkim z udziału w powszechnej konsumpcji, co więcej – mieszkają w Londynie, miejscu, które jest jednym z jej międzynarodowych symboli. System wyparł ich na margines, jednocześnie na każdym kroku kusząc wszechobecnymi reklamami i obiecując lepsze życie.
Cameron w swoim pierwszym po powrocie do Londynu wystąpieniu nie odniósł się do szerszego kontekstu sytuacji. Mówił jedynie o metodach zapobiegania zamieszkom. Uczestnikom groził surowymi karami, uspokajając jednocześnie „praworządnych” obywateli. W gruncie rzeczy trudno mu się dziwić, na pewno jest to najkorzystniejsze z PR-owego punktu widzenia. Poza tym każdy zgodzi się, że kluczowym zadaniem administracji jest w taki momencie ustabilizowanie sytuacji w kraju.
Jednak do tej rozmowy rząd Camerona, jak i całe brytyjskie społeczeństwo, prędzej czy później, będą musiały powrócić. Bać się jednak należy tego, że nie będzie to dyskusja o tym, jak poradzić sobie z rosnącym rozwarstwieniem i społecznym wykluczeniem imigrantów, a o tym, jak poradzić sobie z „dżumą”, która wtargnęła do Wielkiej Brytanii spoza granic Europy, i skończy się to po prostu zaostrzeniem brytyjskiej polityki imigracyjnej. Nie jest to scenariusz trudny do wyobrażenia, gdy widzimy nowych „obrońców Europy”, którzy jak grzyby po deszczu powyrastali w prasie czy na portalach społecznościowych.
Patrząc na zdarzenia w Londynie, można odnieść wrażenie, że w społeczeństwie brytyjskim, zwykle określanym jako konserwatywne, drzemie jakaś olbrzyma, choć niezwykle rozproszona, siła. Podczas ostatnich kilku miesięcy Londyn był świadkiem ogromnej liczby wydarzeń spowodowanych wyjątkową społeczną mobilizacją, której dawno nie widział żaden kraj Zachodu. Niespotykane są na przykład reakcje mieszkańców na zamieszki, którzy oddolnie organizują obywatelską akcję sprzątania miasta czy zakładają strony internetowe mające pomóc w identyfikacji okradających sklepy. Społeczeństwo brytyjskie jest w stanie samo rozwalić pół miasta, a następnie samo po tym wszystkim posprzątać. Tamtejsze władze powinny się chyba cieszyć, że nie znalazł się nikt, kto wskazałby tłumowi jakiś kierunek marszu. Może właśnie dlatego londyńskie Tower jeszcze stoi, Pałac Buckingham pozostał niezdobyty, a żadna z dzielnic Londynu nie proklamowała się jeszcze niepodległą republiką.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...