|
Przypad kowy, niedoinformowany przechodzień poruszając się w czwartkowe popołudnie po centrum Londynu mógłby odnieść wrażenie, że w mieście odbywa się jakaś rewolucja. Na ulice wyszły tysiące ludzi, wszędzie roiło się od policji, a przed budynkiem parlamentu powyrastały namioty i stalowe płoty. W całym tym zamieszaniu dostało się praktycznie wszystkim i wszystkiemu: studentom, policjantom, przypadkowym gapiom, sklepowym witrynom i londyńskim pomnikom. Dostało się nawet parze książęcej i ich luksusowemu Rolls-Royce’owi. Londyn tymczasem sprawiał wrażenie, jakby z demonstracjami nie miał żadnych wcześniejszych doświadczeń. Policjanci pilnujący manifestujących na Parliament Square emanowali raczej przerażeniem, niż zorganizowaniem. Zamiast obstawiać miejsca, na których mógłby skupić się gniew protestujących, bez żadnej bezpośredniej przyczyna rozpoczęli starcie. Skutek: około 35 rannych po obu stronach. Najbardziej jednak w tym dniu dostało się brytyjskim uniwersytetom.
Wszystko dlatego, że Izba Gmin, głównie głosami Konserwatystów, przegłosowała tego dnia ustawę niemal trzykrotnie podnoszącą limit wysokości czesnego na wyższych uczelniach. W obliczu około 80% cięć wydatków budżetowych na wyższą edukację czesne ma się stać głównym źródłem utrzymania uniwersytetów. Dotychczasowe finansowanie zostanie utrzymane tylko dla kilku kierunków. Większość (głównie kierunki humanistyczne i artystyczne) zostanie pozbawiona 100% rządowych subsydiów.
Torysi uruchomili tymi działaniami mechanizm, który w krótkim czasie doprowadzi do upadku brytyjskiego systemu edukacji. Grupa ludzi, która wyższe wykształcenie odbierała za darmo, dla kolejnych pokoleń postanowiła uczynić je dobrem luksusowym. Utrudniony dostęp do niego będą mieli tylko najbiedniejsi, ale praktycznie wszyscy, poza kilkuprocentową warstwą najbogatszych. Fundusze stypendialne w Wielkiej Brytanii praktycznie nie istnieją, a czesne na poziomie 9 tysięcy funtów rocznie jest nie do udźwignięcia prawie dla nikogo. Dalej będzie, co prawda, istnieć system nisko oprocentowanych pożyczek, ale perspektywa 30 tysięcy funtów długu w momencie skończenia licencjatu przerazić może wielu. Pociągnie to za sobą ogromy spadek liczby studentów i zamykanie kolejnych uniwersytetów. W perspektywie kilku/kilkunastu lat oznacza to jeszcze większe pogłębienie nierówności społecznych w kraju, w którym już teraz są one jednymi z największych w Europie, a może wręcz ustanowienie oligarchii.
Koalicja rządząca nie ugięła się pomimo masowych demonstracji studenckich, jakie przetoczyły się ostatnio przez Londynu. W dwóch największych wzięło udział w sumie ponad 70 tysięcy osób. W czwartek dodatkowe 20 tysięcy osób manifestowało swój sprzeciw pikietując pod budynkiem parlamentu w dzień głosowania. Tak masowej mobilizacji przeciwko działaniom rządu Wielka Brytania nie widziała chyba od czasów reform rządu Thatcher w latach osiemdziesiątych. Cameron wygrywał majowe wybory do parlamentu, jako ostoja racjonalizmu mająca przeciwstawić merytoryczne działania 13-letnim, ideologicznym rządom Laburzystów. Jak najbardziej stronił od radykalizmu, był „umiarkowanym Torysem”, „dobrym człowiekiem na złe czasy”, jakiego w tym momencie potrzebowało Zjednoczone Królestwo. Powszechny zachwyt nowym premierem powiększyła w dodatku szybko i sprawnie uzgodniona koalicja z jeszcze bardziej umiarkowanymi i „nieskalanymi” centrowymi Liberalnymi Demokratami. Bardzo szybko okazało się, że Cameron w żadnym razie umiarkowanym być nie zamierza. Wygląda raczej na to, że ma ambicje zostać nową Żelazną Damą. Pęka więc pewnie z dumy, że działania jego rządu spotkały się prawie z takim odzewem jak reformy Thatcher.
Ogłoszone w październiku plany cięć w wydatkach państwowych pozwoliło nam zobaczyć w praktyce to, o czym Klein pisała w Doktrynie Szoku. Torysi wykorzystując największy od wielu lat dług publiczny i rozkręconą jeszcze na długo przed wyborami apokaliptyczną propagandę, rozpoczęli ideologicznie nacechowaną transformację struktury państwa, maskując ją pod przykrywką racjonalnej drogi, jedynego słusznego sposobu poradzenia sobie ze „spustoszeniem”, jakie wywołał kryzys. A droga ta ma na celu demontaż państwa opiekuńczego. Znamienny jest fakt, że w wielkich planach redukcji wydatków obejmujących prawie wszystkie sfery życia, wydatki na zbrojenia i utrzymanie armii pozostały praktycznie nienaruszone. Lub że jedną z pierwszych decyzji przegłosowanych przez parlament po objęciu władzy przez Camerona, Clegga i spółkę było obniżenie podatku dla przedsiębiorstw z 28 do 24%. Trudno takie posunięcia racjonalnie tłumaczyć, zwłaszcza w czasach, gdy tak desperacko potrzebuje się pieniędzy.
Zamiast dotychczas funkcjonujących organów państwa opiekuńczego Konserwatyści zaproponowali brytyjskiemu społeczeństwu bajeczkę o nazwie „Big Society”. Sam pomysł brzmi dosyć ładnie: spontaniczne zaangażowanie i samoorganizacja obywateli na rzecz powszechnej poprawy warunków życia ogółu ma prowadzić do krainy wiecznej szczęśliwości. Trudno się nie uśmiechnąć. Jednak, co do metod wcielenia tego pomysłu w życie, ideolodzy Partii Konserwatywnej na razie wielu pomysłów nie mają.
Trzeba jednak przyznać, że inwencji na innych polach, zwłaszcza odważnych interpretacji rzeczywistości, obu partiom rządzącym nie brakuje. Tym razem nikt na szczęście nie twierdzi, że „nie ma czegoś takiego jak społeczeństwo”. Ale zdarzały się inne śmiałe tezy. Na przykład pogląd wypowiedziany przez kilku działaczy Konserwatystów, że tak naprawdę zaciągnięcie przez studenta kredytu na opłacenie czesnego oznacza, że jest w studia bardziej zaangażowany.
Jeszcze większym przegranym ostatnich wydarzeń, od każdego brytyjskiego studenta, jest lider Liberalnych Demokratów Nick Clegg. Do parlamentu wybrany został, podobnie jak chyba cała jego partia, jako zdecydowany przeciwnik podwyżek czesnego. Podporządkowanie się konserwatystom w tej kwestii doprowadziło jego partie do największego od dawna wewnętrznego rozłamu. Przeciwko podwyżkom było 21 z 56 posłów Lib-Dems’ów, 8 nie wzięło udziału w głosowaniu. Clegg, popierając cięcia budżetowe, strzelił najgorszego samobója w swoim życiu. Podobnie jak jego odpowiednik w Partii Konserwatywnej śnił o wielkości, obecnie utrata przez niego funkcji przewodniczącego Liberalnych Demokratów jest prawdopodobna jak nigdy, nie mówiąc o najniższym sondażowym poparciu partii w jej ponad 25-letniej historii. Cameron tymczasem zapisał się w historii brytyjskiej polityki wielkimi literami, zajął „godne miejsce” w historii premierów z Partii Konserwatywnej, zaraz obok pani Thatcher, w którą wydaje się tak zapatrzony.
Margaret Thatcher, pozbawiona władzy we własnej partii przez byłych współpracowników, skończyła na salonowej kanapie, popijając herbatkę z Pinochetem. Nie mam pojęcia, jak skończy David Cameron, ale oby stało się to jak najszybciej.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...