NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Graff: Równość. Od ulicy i od kuchni Drukuj
Agnieszka Graff   
01.02.2011

Ależ to poszło piorunem. Zaledwie półtora roku temu Kongres Kobiet rozpoczął walkę o parytety, a już Sejm stosowną ustawę przyjął. Co prawda nie parytetową, tylko kwotową, ale nie bądźmy małostkowe. Wydarzenie i tak jest epokowe, a tempo - biorąc pod uwagę stosunek polskiej klasy politycznej do równości płci - oszałamiające. Nie kpię i nie ironizuję. Spodziewałam się, że to potrwa co najmniej dekadę. Że się jeszcze nasłuchamy żarcików o punktach za pochodzenie, pełnych fałszywej troski uwag o tym, jak nas to „upokorzy”, kwaśnych opowieści o kobiecej awersji do polityki. I o tym jeszcze, że wszyscy jesteśmy ludźmi, więc o co właściwie chodzi. Naprawdę myślę, że 35 proc. to więcej niż połowa połowy. Na brakujący kawałek politycznego tortu możemy jeszcze chwilę poczekać. Mamy co robić. 


liczba_35_120.jpgKobiety nie zamierzają czekać bezczynnie, aż kwoty wejdą w życie - pokazały to dobitnie wybory samorządowe. Startowało nas więcej niż zwykle, to było widać gołym okiem. Na słupach i warzywniakach w mojej dzielnicy wisiały tuziny kobiecych twarzy. Jasne, że męskie też wisiały, ale tych kobiecych było jakby więcej. Zaglądałam im w oczy: bystre, rozsądne twarze kobiet w różnym wieku. Kompetentne, sensowne, jak to się mówi - do rzeczy. Coś drgnęło w rajstopach. Nastąpiło pospolite ruszenie kobiet do sfery publicznej. Może to też w jakiejś mierze zasługa Kongresu Kobiet? Uboczny skutek debaty o parytetach? Klimat jakby cieplejszy wokół kobiecych spraw się zrobił. 


Nie wiem, ile z tych kobiet weszło do rad i sejmików, ciekawi mnie jednak, jak to się stało, że zdecydowały się kandydować. Chętnie bym się też dowiedziała, jak wiele z nich na serio liczyło się z tym, że te wybory wygra. A jako mamę dwulatka nurtuje mnie jeszcze jedno pytanie: ile z tych z kandydatek ma małe dzieci? Ile z nich oprócz opiekowania się dziećmi pracuje gdzieś na etacie i traktuje swoją pracę serio? I jak one to zrobią? Bo ja bym nie dała rady. I tak mi doby nie starcza. Na problem udomowienia kobiet i dominacji mężczyzn w sferze publicznej można patrzeć dwojako. Nazwijmy te dwie optyki umownie - od ulicy i od kuchni. 


Od ulicy nieźle nam idzie 


Perspektywę uliczną ćwiczymy intensywnie od kilku lat. I chyba nieźle nam idzie, skoro Sejm przyjął ustawę kwotową ogromną większością głosów. Największe osiągnięcie polskiego ruchu kobiecego polega chyba na tym, że te sprawy przestały budzić śmiech. Zamiast opowiadać głupstwa o kobietach na traktorach i mężczyznach karmiących piersią - a tak się właśnie mówiło o dyskryminacji i równości przez kilkanaście lat - całkiem serio mówi się dziś o marginalnej roli kobiet w polityce, biznesie, nauce. Dlaczego kobiet jest tak niewiele na szczytach? Czemu z takim trudem przyjmuje się ładne przecież słowo ‘polityczka’? Dlaczego mężczyźni tyle wysiłku poświęcają, aby nas stąd wypchnąć, a nasze wysiłki ośmieszyć, strywializować? We własnym gronie kobiety stawiają też pytania mniej dla nas wygodne - o babski autosabotaż i babską niesolidarność. Dlaczego tak skwapliwie pomniejszamy własne osiągnięcia? Czemu unikamy sojuszy z innymi kobietami? 


Znacie odpowiedzi. Mechanizmy dyskryminacji są już dobrze znane, cierpliwie kataloguje się je i powtarza od lat. Katalog liberalny - stereotypy, ciążenie tradycji, szklany sufit. I radykalny - męskie interesy, bractwo rozporkowe, seksizm, szowinizm, mizoginia. Wciąż mnożymy przykłady. Segregacja w świecie zabawek - dla niej lalunia, dla niego kopara. Czytanki o mamie w domu i tacie w samolocie. Cmoknonsens i reklama, w której mamusia obsługuje mężusia i dziateczki, a w tle męski głos zachwala walory serka. Martwe miejsca dla ‘naszych miłych pań’ na listach wyborczych. Niby tajne, ale przecież widoczne gołym okiem układy polityków mężczyzn - którzy dogadują się ponad głowami partyjnych koleżanek. Kłopoty kobiet, które mimo tych pułapek przeszły na drugą stronę - od lat funkcjonują w polityce, mediach, biznesie, ale wciąż są rozliczane z tradycyjnie rozumianej kobiecości. Z urody, gotowania, dzieci. 


Babochłopy i chłopobaby 


Perspektywa ‘od ulicy’ każe podejrzliwie patrzeć na prześmiewcze wizerunki kobiet w życiu publicznym. Konwencje bywają różne, ale przekaz pozostaje: kobiecość i sfera publiczna do siebie nijak nie przystają. Na tym właśnie polega asymetria płci kulturowej - że sukces dodaje mężczyźnie męskości, a kobiecie kobiecości ujmuje. Sto lat temu przeciw postulatom sufrażystek chętnie wytaczano argument o groźbie ‘zbrukania’ lub wręcz ‘stoczenia się’ kobiet. Ostrzegano, że przy urnach wyborczych jest tłok, szerzy się chamstwo i ktoś w wyborczym zgiełku mógłby urazić spragnioną równości niewiastę lub wręcz pozbawić cnoty. Niby to stare dzieje, ale przecież wciąż widać ślady takiego myślenia. Mówi się, że polityka jest brudna i brutalna. I o kobietach - że przyzwoitość, wrażliwość i wrodzona delikatność każe nam od polityki trzymać się z daleka. 


Z kobiety aktywnej w sferze publicznej nadal łatwo niby to żartem zrobić ‘kobietę publiczną’ w zupełnie innym sensie tego słowa - upokorzyć, ośmieszyć, symbolicznie rozebrać. Kiedyś śledziłam częstotliwość, z jaką telewizja pokazuje łydki i pośladki polityczek - zapewniam was, że nie ma męskiego odpowiednika tych ujęć. Zmienia się stylistyka, ale obrazki są od ponad stu lat te same: emancypację kobiet przedstawia się nie jako wyrównanie szans, lecz jako odwrócenie ról. Męskie kobiety i kobiecy mężczyźni. Babochłopy, chłopobaby. Niewiele trzeba, aby w oczach widzów ośmieszyć kobiecą sprawę, a przy okazji zarobić, bo przebieranki świetnie się sprzedają. Kino popularne robi to niemal od początku. W filmie A Busy Day (1914) Charlie Chaplin wciela się w rolę ‘radykalnej sufrażystki’, rozdaje na prawo i lewo kopniaki, podryguje, dźga przechodniów parasolką, aż wreszcie wpada do morza i tonie. Boki zrywać. Albo wystarczy pytanie na plakacie: „Kto tu właściwie nosi spodnie?”. I już wiemy, że żona feministka to kiepski pomysł, nawet tak urocza jak Katharine Hepburn w komedii Żebro Adama (1949). Równość nie służy miłości. 


Jednak babochłop ma swoje sympatyczne strony - jest nawet zabawny i w sumie nieszkodliwy, a bywa seksowny. Grana przez Hepburn prawniczka taka właśnie jest. Podobnie zresztą jak panie z Archeo i Genetix w Seksmisji. Na swój sposób powabna jest też słynna kobieta na traktorze, ta z socrealistycznych plakatów. Bo babochłop to kaszka z mleczkiem przy jego drugiej połowie - chłopobabie, czyli mężczyźnie, który płaci straszliwą cenę za emancypację kobiet. Mężczyzna poniżony. Uległy. Zakrzyczany przez pyskatą żonę feministkę. Sprowadzony do roli nieszczęśliwca, pantoflarza. Przy garach. Mężczyzna - o zgrozo! - z dzieckiem na rękach. Wizerunek upokorzonego faceta to dopiero jest bicz na zwolenników równości płci. Świetnie wiedzieli to przeciwnicy praw wyborczych dla kobiet na początku XX w., autorzy satyrycznych obrazków takich jak ‘Madonna sufrażystek’ - popularna pocztówka z 1910 r. 


Praca kobiet - każda praca traktowana serio, ale szczególnie taka, z którą wiąże się ambicja, widzialność, aktywność w sferze publicznej - budzi niepokój. Warto ośmieszać prześmiewców. Zmuszać mężczyzn, aby się posunęli. To jest wielka praca, praca pokoleń emancypantek, sufrażystek, feministek. Stąd marsze, manify, kwoty i parytety. Ale to nie wystarczy.


Od kuchni jakoś ciemno 


Nie wystarczy, bo jest jeszcze ta druga perspektywa - od kuchni. Optyka mocno zaniedbana w debacie o kobietach i polityce. Także, niestety, przez ruch kobiecy. Szacunek do tej sfery życia zbyt łatwo zostawiamy konserwatystom, księżom oraz pismom kobiecym i poradnikom o pielęgnacji małych dzieci. Czasem pytamy, ile ta praca jest warta, dlaczego jest nieodpłatna i dlaczego mężczyźni nie wykonują jej niemal wcale. Ale to są pytania retoryczne, a nasze rozmowy na ten temat pozostają niekonkluzywne. 


Macierzyństwo nie wyleczyło mnie z feminizmu. Jednak odkąd mam dziecko, myślę jakby bardziej od kuchni, bo też w rozmaitych kuchniach spędzam sporo czasu. I słucham, co mówią kobiety, które nie startują w wyborach i nie jeżdżą na kongresy. Często też od paru lat nie pracują zawodowo - bo nie mają z kim zostawić dziecka. One nie głosują na kobiety, one często w ogóle na nikogo nie głosują. Czują, że ich to nie dotyczy. Czują się zapomniane - przez państwo, przez rynek pracy, a często też przez nas, ruch kobiecy.


Moje znajome mamy to nie są antyfeministki, ale one mówią innym językiem niż Kongres Kobiet. Gadka kuchenna jest inna od tej optymistyczno-parytetowo-biznesowej. Ale też inna od tej z pism i poradników dla matek - sentymentalno-kaszkowo-domowej. Opowieści od kuchni są o kobiecej niewidzialności i rozdarciu. O tym, że żyjemy w świecie, w którym na dzieci jest zawsze za wcześnie lub za późno, w świecie, który unieważnił macierzyństwo.


Od kuchni nie ma czegoś takiego jak „wybór” - prywatne czy publiczne, rodzina czy praca. Tu są same konieczności. Kobiety opowiadają o domowym zaoraniu, o przemęczeniu. O miłości i odpowiedzialności. Często też o wielkiej nieobecności mężczyzn, ale przede wszystkim o niekończącej się i powszechnie lekceważonej pracy kobiet. O zarywaniu nocy, żeby zarobić na rodzinę. O tęsknocie za pracą poza domem. O tym, że jest ona dla nich niedostępna - bo wypadły z obiegu, bo chciałyby wrócić, ale przecież nie na warunkach wymuszanych przez rynek pracy. Na tyle godzin dziennie małego dziecka zostawić się nie da. 


Od kuchni słychać opowieść o kobiecej samotności w świecie skrojonym na męską miarę. O nieważności kobiecych potrzeb i dylematów. O marginalizacji, na którą w naszym rzekomo rodzinnym i dzieciolubnym kraju skazuje się matki małych dzieci.

 

Równość dla kariatyd?


Ostatnio w znajomych kuchniach - a powtórzę, że nie są to kuchnie konserwatywno-patriarchalne - słyszałam ironiczne uwagi o samorządowej kampanii Kongresu Kobiet, o atmosferze entuzjazmu wokół wkroczenia kobiet do polityki. Czyli o feministycznej perspektywie ‘od ulicy’. Jedna z moich znajomych, mama dwóch małych chłopców, polonistka pracującą w domu na umowy-zlecenia i na ćwierć etatu, mówi o tym tak:


- Wkurza mnie Kongres z jego apoteozą kobiety sukcesu. To jest sprowadzanie kobiety do roli białego niewolnika. Nie dość, że urodzi i rewelacyjnie wychowa dzieci, nie wiadomo kiedy i jak zrobi karierę, to jeszcze się zakrzątnie, ogarnie, makijaż poprawi i poleci do samorządu naprawiać kanalizację. To jest równość dla kariatyd. Mamy wejść do patriarchalnej sfery publicznej i działać na jej zasadach. A może by ten patriarchalny świat trochę się do naszych potrzeb dostosował?
Liberalni zwolennicy równości lubią rozprawiać o swobodnym wyborze ról i dróg życiowych. Jednak realne kobiety w większości ani nie chcą, ani nie mogą wybierać - praca lub dom. Chcą mieć i jedno, i drugie, choć niekoniecznie naraz i w pełnym wymiarze czasu. Chcą równowagi. Chcą szacunku i przyzwolenia dla potrzeby budowania więzi z dzieckiem. Od państwa i pracodawcy spodziewają się realnego wsparcia w łączeniu różnych ról. I rozbijają się o mur obojętności. Nie ma w naszym społeczeństwie przestrzeni dla matek małych dzieci, które chętnie „wybrałyby” życie zawodowe. 


Od ulicy mówimy o szklanym suficie i dyskryminacji. Od kuchni widać potężną frustrację i coś w rodzaju błędnego koła: z jednej strony opieka nad dziećmi determinuje brak awansu zawodowego kobiet, z drugiej - zaangażowanie w pracę decyduje o opóźnianiu macierzyństwa. W efekcie Polska jest krajem z dramatycznie niskim przyrostem naturalnym i niższym niż w większości krajów europejskich wskaźnikiem udziału kobiet w rynku pracy.


W Polsce zawodowo pracuje co piąta mama dzieci w wieku 0-3. Państwo nie proponuje jej niemal żadnego wsparcia ani zaplecza. Zapewniają je przede wszystkim jej własna matka i teściowa - czyli inne kobiety, które na rynku pracy traktowane są fatalnie, tym razem z racji wieku. Urlop wychowawczy jest czymś w rodzaju kobiecego zesłania, a często ścieżką ku bezrobociu. Nikomu nie przychodzi do głowy, że w tym czasie kobiety można szkolić, że mogłyby zachować kontakt z pracą. Elastyczne formy zatrudnienia to rzadkość. A co z ojcami? O tym, jak bardzo ceni ich wkład ustawodawca, najlepiej świadczy to, że niedawno wprowadzony płatny urlop ojcowski trwa tydzień (od 2012 r. będą już „docelowe”dwa tygodnie). Żłobków i przedszkoli wciąż brakuje. Media donoszą, że w tej sferze wreszcie coś drgnie - ale dlaczego tak późno? 


Rynek pracy niby mamy zaprasza, ale - jak czytamy na billboardach w ramach kolejnych równościowych kampanii - to dlatego, że jesteśmy „dobrze zorganizowane”, a równość w pracy się „opłaca” pracodawcom. Chcesz pracować, zorganizuj to sobie sama. Cóż, może ci się to opłaci, a może nie. Przekonasz się, gdy sprawdzisz, ile w twojej okolicy płaci się opiekunce. Opłacalne, wybieralne
Nie wystarczy zachęcać kobiety, aby szły do polityki, pracowały. Nie wystarczą kwoty. Musimy dać im na to czas. Odciążyć. Zmienić reguły gry w rodzicielstwo. Zmusić państwo, aby przestało spychać na babcie to, co winne jest matkom. Zaprosić - a może lekko popchnąć? - mężczyzn do sfery prywatnej, opiekuńczej, domowej. Wciąż słyszę, że to kwestia indywidualnych wyborów, hierarchii wartości, że Polacy są po prostu konserwatywni. Ja jednak myślę, że ludzie wybierają to, co im się wydaje sensowne i opłacalne. W obecnym systemie przeciętnej polskiej rodzinie najczęściej opłaca się kilkuletnie udomowienie kobiety, ale nie jest to jedyny możliwy system. Ojcowie na urlopach wychowawczych to w Polsce przypadki sporadyczne (ok. 2 proc.). W Szwecji, gdzie urlop ten jest płatny, a 60 ojcowskich dni przepada, jeśli nie wykorzysta ich mężczyzna, na urlop wychowawczy idzie ponad 40 proc. ojców. Polityka społeczna polega na stwarzaniu dla ludzkich wyborów stosownych ram, poszerzaniu tego, co wybieralne.
Jeśli chcemy, aby kobiety współrządziły Polską, aby nasza obecność nie była „rodzynkowa” i liczyły się kobiece interesy oraz doświadczenia, musimy nauczyć się patrzeć od ulicy i od kuchni jednocześnie. Podział na publiczne i prywatne, kobiece i męskie musi stać się bardziej płynny. Czy to się da zrobić, dowiemy się zapewne niebawem - gdy zaczną działać kwoty.

 


Tekst ukazał się w „Wysokich Obcasach”.  

Komentarze
Dodaj nowy
Spokojny   |01.02.2011 00:38:58
Liczebność kobiet w polskich partiach politycznych to nie więcej niż 20% stanu
osobowego. Jeśli dwudziestu procentom stanu daje się 35% udziału na listach
wyborczych, to to jest dyskryminacja pozostałych. A co będzie gdy zaczną działać
kwoty? Do Nowiny Konopczyny i Elżbiety Jakubiak dołączą kolejne uzdolnione
panie.
viking   |01.02.2011 03:44:17
Autorka artykułu uważa parytet za niedyskutowalną i niekwestionowaną
oczywistość. A jak ktoś miałby cokolwiek przeciw to sprawa jest jasna :
naoglądał się Seksmisji, jest wrogiem kobiet, wydaje z siebie obrzydliwy rechot
i jeszcze do tego zupełnie nie rozumie martyrologii kobiet, która została tu tak
spektakularnie opisana za pomocą kuchennej metafory.
To bardzo praktyczny
sposób rozmawiania o parytecie. Jeśli w danej partii jest 20 % kobiet (a pewnie
w większości nie ma nawet tyle) to 35 % na listach jest uprzywilejowaniem
kobiet, które de facto może dotknąć poszczególnych mężczyzn.
Teraz już wiadomo
jak uciszyć ich ewentualne wątpliwości. Najpierw zaklasyfikować ich jako
patriarchalne ,,bractwo rozporkowe", które nie chce poświęcać własnych
karier dla walki z patriarchatem i nie oddaje dobrowolnie swych stanowisk (jak
to się mówi : ,,nie chce się posunąć") a potem ułożyć poetycką prozę o
umęczonej Matce Polce, która odczuwa brak mężczyzny w swej kuchni.

Powiem
szczerze, że zawsze wydawały mi się głupotą przesądy w rodzaju ,,gotowanie to
kobieca sprawa" lub ,,facet musi zarabiać". Ale im więcej czytam takich
artykułów tym bardziej zaczynam sympatyzować z tradycyjnym podziałem ról. Dziś
wymaga się od mężczyzny, dokładnie jak 50 lat temu, żeby miał kasę i pozycję. I
nie wymaga tego abstrakcyjny ,,patriarchat" tylko realne kobiety. Jedyna
różnica polega na tym, że dawniej jak już sobie zapracował na swą pozycję,
przynajmniej był szanowany. Dziś czeka go nieuchronnie podejrzenie, iż jest
rozporkowym patriarchą oraz pretensje o to, że spędza mało czasu z żoną w
kuchni.
Współczesny mężczyzna musi być multifunkcyjny: mieć dobrą pracę, ale
też dużo czasu dla żony, być twardy, ale też uczuciowy, robić karierę, ale
ochoczo zatrzymywać się też w drodze do niej, gdy trzeba, gdzieś ustąpić miejsca
kobietom. Szwedzka dziennikarka, Anna Ekelund, napisała kiedyś, że biorąc pod
uwagę wymagania współczesnych kobiet, dziwi się, że mężczyźni nie zostają masowo
,,gejami z wyboru". Coś w tym jest.
wtret  - pytanie do Pani Graff   |01.02.2011 04:51:45
Czy rownouprawnienie nie prowadzi do samotnosci? Wyemancypowane kobiety,
zarabiajace tyle samo czy wiecej czesto maja problem ze znalezieniem sobie
pasujacego im partnera - bo wydaje mi sie, ze faceci maja powody do ‘strachu
przed silnymi kobietami’, one im po prostu postawia wielkie wymagania albo
najpewniej ich rzuca. Bo zwiazki, w ktorych kobieta jest wyzej prawie zawsze sie
rozpadaja.

Pewnie to i lepsze niz zycie w domu z alkoholikiem lub/i
skonczonym leniem dyrygujacym calym domostwem. Ale epidemia singielstwa to moj
najwiekszy problem z rownouprawnieniem.
Mandark   |01.02.2011 05:35:02
Ogólnie wypowiedź vikinga ciekawa, ale samych parytetów tyczy się tylko początek
:)

Parytety nie mają nic wspólnego z walką o prawa zwykłej kobiety. To jest
dążenie wąskiej kobiecej elity do wyszarpnięcia części miejsca u władzy dla
siebie. Ot, dosyć powszechne zjawisko, kiedy niewielka uprzywilejowana grupa
manipuluje świadomością mas dla zrealizowania własnych interesów (nie mam tu na
myśli personalnych, tylko raczej klasowe). Być może nie do końca
świadomie.

Pomijam fakt, że parytety przeczą podstawom współczesnej demokracji
parlamentarnej (oznaczają raczej regres do sytuacji, kiedy poszczególne stany
miały własną, zagwarantowaną reprezentację). Nie rozumiem po prostu, dlaczego
taką oczywistością jest, że kobiety muszą masowo uczestniczyć w polityce? Bo
przecież nie dlatego, że dzięki temu będą stały na straży równości swojej płci
(wiele posłanek udowadniało już, że tak nie jest). Parytety nie mają im tego
umożliwić, bo już teraz nic nie stoi na przeszkodzie; parytety mają wymusić na
partiach działania mające na celu aktywizację polityczną kobiet. Tylko po co?
Spokojny   |01.02.2011 08:19:07
Najprostszym sposobem "popchnięcia panów" do kuchni i dzieci jest
preferowanie przez panie takich panów, którzy nie mają kasy i pozycji za to
gotowi są siedzieć w kuchni i wychowywać dzieci. Jeśli kobiety za takimi się
zaczną uganiać a tych z dużymi samochodami będą traktować z politowaniem i
pogardą, to panowie szybko się dostosują. Podobnie w polityce. Jeśli władza i
pozycja mężczyzny stanie się dla kobiety aseksualna, panowie szybko ją paniom
oddadzą. Nie trzeba będzie wojny w sejmie, wystarczy zacząć od siebie.
Michal  - Kwoty parytety itd   |01.02.2011 11:52:19
Ciekawy artykul i wiele trafnych uwag.
Odniose sie do komentarzy Spokojnego i
vikinga.
Po pierwsze to zauwazmy, ze wiekszosc komentarzy negatywnych
dotyczacych parytetow i rownouprawnienia kobiet pochodzi od mezczyzn. Niby to
oczywiste ale wydaje mi sie ze warto to wyraznie podkreslic. Mam tez wrazenie,
ze glowny argument przeciwko parytetom, kwotom i ogolnie rownouprawnieniu kobiet
(czesto to argument ubrany w logike oparta o bledne zalozenia) to teza iz
mezczyzni zostana pokrzywdzeni jesli panstwo "na sile" wprowadzi zasady
zblizajace Polskie spoleczenstwo do ucywilizowania. Popatrzmy na komentarz
Spokojnego. Wprowadzenie systemu kwot "zdyskryminuje pozostalych", i.e.,
mezczyzn. Viking z kolei, pisze o braku kompatybilnosci swiata w ktorym panuje
rownouprawnienie z zawyzonymi wymaganiami kobiet wobec mezczyzn. Ja nawet troche
sympatyzuje z tym co pisze Viking bo sam bylem wychowany w Polskim srodowisku
patriarchalnym i wiem, ze nie jest latwo zerwac z tradycyjnym mysleniem. Zostaje
jednak proste pytanie: czy te nasze meskie "cierpienia", cierpienia
wysoko uprzywilejowanej grupy spolecznej (uprzywilejowanej na przyklad
spolecznym standardem wychowywania dzieci - to kobieta jest odpowiedzialna za
wychowanie), nie sa warte spoleczenstwa, w ktorym zyja rownouprawnieni ludzie,
po prostu ludzie? Mam nadzieje, ze jest to pytanie retoryczne.
Powtorze, ze wiem
ze nie jest latwo zerwac z tradycyjnym mysleniem. Dominacja mezczyzny jest dla
Polaka czyms bardzo naturalnym i bardzo trudno zmienic myslenie. W moim
przypadku, po wyjezdzie do US, gdzie panuje mniej konserwatywna atmosfera jesli
idzie o rownouprawnienie (przynajmniej w srodowisku w ktorym ja sie
"obracalem"), bylem bardzo zdezorientowany. Szczegolne problemy istnialy
na plaszczyznie flirtu i romansu (tutaj przypomina mi sie "Bialy"
Kieslowskigo ale prosze nie sprowadzac mojej mysli do fizycznej impotencji). To
myslenie w kategoriach meskiej dominacji (znowu, prosze tego nie splycac; mowie
tutaj o plaszczyznie intelektualnej) bylo absolutnie niedopuszczalne, po prostu
odrzucalo ode mnie kobiety. Oczywiscie potrzeba bylo czasu na to zeby zmienic
myslenie i nie bylo to proste. Na wlasnym przykladzie moge powiedziec, ze to
cale rownouprawnienie, te babochlopy chcialy zabrac ode mnie moja meskosc. W
pewnym momencie jednak przychodzi refleksja: a co to tak naprawde jest meskosc?
To chyba najwazniejsze pytanie, ktore winni sobie stawiac mezczyzni w kontekscie
tematu rownouprawnienia.
Jesli idzie o wymagania kobiet to przeciez to jest
wynik lat zycia w spoleczenstwie patriarchalnym. I nie chodzi tylko o
"kase". Przeklada sie to przeciez na poziom emocjonalny. Mezczyzni sa
podobno zimni a kobiety bardzo emocjonalne. Wezmy przyklad. Ogolnie rzecz biorac
to w porzadku jezeli kobieta uwiedzie faceta i sie z nim przespi, jemu i tak
emocjonalnie nic sie nie stanie bo to "zimny facet". Nie jest jednak
"moralne" jezeli to facet uwiedzie kobiete i "ja wykorzysta". To
jest okropna asymetria, ktora wydaje mi sie, jest takze produktem ukladu
patriarchalnego i gleboko zakorzenionych rol mezczyzn i kobiet.
Podsumowujac,
te meskie cierpienia to mala cena za ucywilizowanie
spoleczenstwa.
Pozdrawiam
Mezczyzna
ania  - parytet do sejmu i do kuchni   |02.02.2011 23:12:36
czy kongres kobiet nie powinien zaczac od parytetu w urlopach macierzynskim,
ojcowskim i wychowawczym - zeby konsekwencje dla matek i ojcow na rynku pracy
byly identyczne? wtedy okazaloby sie zapewne, ze nie musi juz tak bardzo walczyc
o parytet w sejmie.
Spokojny   |04.02.2011 16:17:34
Pierwszy argument, ze większość komentarzy przeciwko pochodzi od mężczyzn.
odpowiadam:

po pierwsze to większość komentarzy tutaj na jakikolwiek temat w
ogóle pochodzi od mężczyzn. Jeśli kobiety sie tu odzywają, to wyłącznie w
sprawach dotyczących feminizmu. W innych bardzo sporadycznie. Zresztą tak jest
na wszystkich forach poświęconych polityce - kobiet tam nie ma ani 35% ani nawet
20%. To się zmienia jedynie wtedy kiedy tematem jest to,co sie należy kobietom
od męzczyzn. Wtedy następuje jakieś uaktywnienie. Jak nie wierzysz, to sobie
możesz wejść na jakiekolwiek forum i to po prostu policzyć. Ja policzyłem.
Stosunek aktywnych męzczyzn do kobiet na forach poświęconych polityce to około
25 do 1. To nawet nie jest 5%.
Wejdź sobie na google trends i porównaj ilość
wywołań dwu haseł:
women’s right i dowolnym innym - aerobic, marriage, fat
burning to będziesz wiedział o czym mowa.
Po drugie wiele komentarzy przeciwko
(akurat rzadko tutaj ale generalnie tak jest) pochodzi od kobiet i wiele
komentarzy "za" także od męzczyzn, czego jestes szlachetnym przykładem.
Po trzecie wreszcie teza którą przemycasz należy do niewywrotnych, o czym sie
szybko przekonamy jak tylko przeanalizujesz liczby z forów i google trends, bo
oczywiście wtedy odpowiesz, że winne sa tysiąclecia zbrodniczego patriarchatu
które wyprały kobietom mózgi. To samo być powiedział gdyby wiekszość komentarzy
przeciwko pochodziła od kobiet - że winien jest patriarchat i wytworzona przez
niego fałszywa świadomość. czyli nie ma sytuacji,która by cie przekonała do
czegoś czego już wcześniej nie założyłeś.

Kolejny argument, ze moj komentarz
jest bezzasadny bo mówię o dyskryminacji męzczyzn. W partiach politycznych jest
niecałe 20% kobiet. To jest fakt. możesz to albo przyjąć, albo odrzucić podając
mi inną liczbę. Jeśli nie ma kobiet w partiach poniżej 20%, to ile ich jest w
partiach według ciebie? I dalej - jeśli jest ich niecałe 20% a domagają się na
listach 50%,to według mnie jest to dyskryminowanie pozostałych powyżej 80%
składu tych partii. Jeśli według ciebie to nie jest dyskryminacja, to co by nią
było? Czy jeśli w partii jest tylko jedna kobieta, to cała lista powinna liczyć
dwie osoby?

Podajesz przykłady swoich doświadczeń z kobietami z USA. Czy
chcesz powiedziec, że dla kobiet z USA kasa i władza męzczyzny przestały sie
liczyc i wrażliwy feminista zatrudniony jako portier bije powodzeniem na głowę
dentystów i dyrektorów banków? Kobiety na party nie interesują się tym co
robisz? Obchodzi je jedynie to jaki masz stosunek do parytetu? A jesli jednak
obchodzi je tam twoja kasa, to jak to zestawić z tym o czym ty piszesz? Z jednej
strony tysiąclecia potwornosci patriarchatu nie poruszyly ich finansowych
preferencji, z drugiej jednak dały im swiadomość tego kiedy są nadużywane? Jak
to zestawić w spójną całość? Bo mnie się zestawia w jeden prosty sposób -
kobiety stały sie po prostu bardziej roszczeniowe i feminizm zwyczajnie tę
roszczeniowość napędza.

Piszesz Michale o asymetrii ról płciowych. jakze
patriarchalne jest to pojecie wykorzystania przez męzczyzne według ciebie. W
pełni się zgodzę. A co z natrętnym patrzeniem w autobusie? Jeśli kobieta patrzy
na mnie natrętnie, czy czuję się wykorzystany? Ndużyty? Zaatakowany? A jeśli ja
patrzę natrętnie w autobusie na amerykańską feministkę czy ona czuje się
nadużyta? Zaatakowana? Wykorzystana? Jeśli tak to czy jest to patriarchalne czy
nie jest?
viking   |05.02.2011 02:48:29
Parytet ma sens, ale tylko wtedy, kiedy przyjmiemy kilka założeń, których
nie da się zweryfikować inaczej niż ideologicznie.

Po pierwsze musimy uznać, że pomiędzy mężczyznami jako grupą i kobietami jako grupą,
nie ma żadnych statystycznych różnic w preferencjach zawodowych i
dążeniach życiowych, motywowanych seksualnością, biologią itp.
Po drugie musimy uważać, że jeżeli kobiety i mężczyźni nie robią dokładnie tego
samego to jest to jakiś problem sam w sobie, którego w idealnym
systemie by nie było.
Tu oczywiście feministki powiedzą, że chodzi
jedynie o to by kobiety miały taki sam wpływ i taką samą władzę a nie by
robiły to samo co mężczyźni. To bardzo wygodne założenie, bo jak widać
w statystykach, mężczyźni wykonują zarówno te najlepsze prace, jak i te
najgorsze.
Tylko, naprawdę nie wiem dlaczego moją empatię
miałby bardziej pobudzać fakt, że tylko 20% polityków to kobiety niż
np. to, że jakieś 90% osób ginących w wypadkach zawodowych to
mężczyźni.
Musimy, więc po trzecie, uznać, że część nierówności między płciami obchodzi nas bardziej niż
inne.
Czwarte założenie jest natomiast takie, że człowiek chcący coś osiągnąć, dąży
przede wszystkim do wspierania swojego interesu grupowego.
Każdy facet, który robi karierę w polityce robi ją albo po to, żeby
wspierać patriarchat albo też wspiera go nieświadomie swoim do tejże
kariery dążeniem. To ryzykowna teoria, powiedziałbym, że
wręcz spiskowa.

Dla mnie jest trochę za dużo pięter w tej
ideologicznej konstrukcji.
Spokojny   |06.02.2011 13:12:29
Feminizm jest projektem społecznym o charakterze totalnym. Nigdy w historii nie
było projektu tak radykalnego, który by zakładał tak głęboką i absolutną
przemianę dokładnie wszystkiego. I samo w sobie by to nie było żadnym zarzutem,
bo nigdzie nie jest powiedziane, że to źle zmieniać. Rzecz w tym, że jeśli się
tworzy projekt który ma ingerować i kompletnie zmienić takie sfery jak:
-
relacja między parą
- sposób wychowywania dzieci
- sposób podziału i
wytwarzania dóbr
- podstawowe sensy całej istniejącej religijności
- politykę
-
sposób rozumienia historii
i wiele jeszcze innych rzeczy, to należałoby wyjść od
czegoś, co jest naprawdę mocną bazą. Na przykład od jakiejś spójnej, dobrze
udowodnionej teorii człowieka. Takiej która by wyjaśniała na podstawie jakichś
dobrych badań:
- jak się tworzy ludzka seksualność
- co decyduje o rodzaju
- co
decyduje o preferencjach
- co decyduje o agresywności i jak ona się tworzy
-
jakie są realnie rozwojowe potrzeby dzieci i jak one zmieniają się w czasie
I
taka teoria powinna się opierać na jakichś naprawdę trudnych do obalenia
wieloletnich badaniach, możliwych do powtórzenia przez innych badaczy
niezależnie od ich światopoglądu, niezależnych od miejsca i czasu.
Weźmy ten
przykład z polityką. Feministki odkrywają, że w polityce jest mniej kobiet i
rzeczywiście mają rację, bo jest ich mniej. Ale one zakładają natychmiast, że ta
mniejsza ilość kobiet wynika z tego, że są one dyskryminowane. Czyli milcząco
zakładają, że kobiety pragna być w polityce tylko nie mogą. Oczywiście można coś
takiego założyć, ale pytanie czy jest na to jakiś dowód?
Podobnie z różnicami
ról wychowawczych. Odkryto, że ojcowie mniej czasu spędzają z dziećmi niż matki.
I to jest prawda. Spedzają go mniej. Ale żeby założyć, że jest to przejaw
dyskryminacji musimy przyjąć milcząco kilka innych założeń:
- dziecko potrzebuje
dokładnie tyle samo czasu z matką co z ojcem
- kobiety i mężczyźni mają taką
samą instynktowną skłonność (lub taką samą niechęć) do przebywania z dziećmi
-
role kobiety i mężczyzny są doskonale wymienne

Te zalożenia oczywiście można
przyjąć, ale pytanie, na jakich dowodach to się opiera. Czy to ktoś zbadał? Czy
ktoś dokonał niezależnych porównań?

No jak mozna zaryzykować projekt
społecznej inżynierii prowadzącej do totalnej zmiany bez jakichkolwiek podstaw?
Michal  - re: Spokojny   |08.02.2011 18:08:55
Do Spokojny
1. Teza ze mezczyzni sa bardziej aktywni na forach dotyczacych
polityki
i ogolniej, ze mezczyzni sa bardziej zainteresowani polityka niz
kobiety.

Teza ta jest poparta obserwacja Spokojnego, ktory pisze ze
policzyl
ilosc komentarzy od mezczyzn i od kobiet na "forach
politycznych" i
okazalo sie ze tylko 5% kobiet bierze udzial w dyskusjach.
Ja mam z tym
kilka problemow.
Po pierwsze to musielibysmy zdefiniowac co to jest
"forum polityczne".
Czy jest to forum dotyczace czysto politycznych
przepychanek personalnych na wysokich szczeblach wladzy? Czy moze forum
polityczne obejmuje tez
dyskusje na temat ilosci dni wolnych od pracy, ilosci
zlobkow w Polsce,
czy jakosci Polskiej edukacji?
Nastepny problem rowniez
dotyczy metodologii. Czesto na forach podpis
internautow wcale nie sugeruje
plci. Slysze juz mysli Spokojnego, ktory
pewnie bedzie argumentowal ze mozna
polegac na sformulowaniach w
pierwszej osobie w tekstach internautow zeby
wywnioskowac plec wiec
pewnie sie czepiam. Moze i sie czepiam, ale zeby
rzeczywiscie dyskutowac
sensownie warto byloby miec jakies solidne dane na ten
temat. Bijac sie w piersi ten sam
argument musze zastosowac do mojego
spostrzezenia w poprzednim komentarzu,
mianowicie ze wiekszosc osob
krytykujacych idee parytetow to mezczyzni.
Oczywiscie nie mam na to solidnych
danych wiec przyjmuje krytyke
Spokojnego. Rzeczywiscie, to moje spostrzezenie
nie powinno miec zadnego wplywu na dalsza dyskusje.
Trzeci problem to przyklad
Spokojnego dotyczacy ilosci trafien hasel typu "women’s rights" i
"fat burning". Spokojny tego nie napisal, ale chodzi mu, mysle, o to ze
"women’s rights" ma duzo mniej trafien niz "fat burning". Dalej,
nienapisany przez Spokojnego wniosek jest chyba taki, ze kobiety nie sa
zainteresowane polityka tylko nieistotnymi, powierzchownymi rzeczami jak
odchudzanie. Po sprawdzeniu ww hasel na google trends okazalo sie ze
rzeczywiscie jest tak jak pisze Spokojny: "fat burning" bije na glowe
"women’s rights" w ilosci trafien. Nie wiemy niestety czy te trafienia
byly wygenerowane przez kobiety czy mezczyzn. Zalozmy jednak ze wiekszosc
trafien byla rzeczywiscie wygenerowana przez kobiety. Czego to dowodzi? Pewnie
jest to wniosek podobny do wniosku Spokojnego, i.e., ze kobiety sa bardziej
zainteresowane odchudzaniem niz sprawami rownouprawnienia. Zgoda. Porownajmy
wiec teraz "BMW" i "peace process". Mam nadzieje, ze mozemy
teraz zalozyc iz to mezczyzni wygenerowali wiekszosc tych trafien. Okazuje sie,
ze "BMW" bije na glowe "peace process". Jesli nasze wczesniejsze
zalozenie jest sluszne, wniosek jest oczywiscie taki, ze mezczyzni sa bardziej
zainteresowani drogimi samochodami niz waznymi i "naladowanymi" polityka
procesami pokojowymi na swiecie. W obu przypadkach, i.e., w przypadku
kobiet i
mezczyzn, okazuje sie wiec ze tematy zwiazane blisko z
polityka,
rownouprawnieniem, pokojem sa mniej popularne niz tematy
zwiazane z
powierzchownymi rzeczami jak odchudzanie czy samochody. Ale
co z tego? Czy
dowodzi to wiekszego zainteresowania mezczyzn polityka w
porownaniu do
zainteresowania kobiet? Ja doszedlem do wniosku, ze nie.

Ale wroce do ogolnej
tezy, ktora zdaje sie wylaniac z komentarza Spokojnego (prosze mnie poprawic
jesli sie myle). Teza ta jest mysle taka, ze kobiety sa zdecydowanie mniej
zainteresowane polityka niz mezczyzni. Te teze mozna jednak sprawdzic i
przytoczyc pewne statystyki. Ciekawe jest na przyklad to, ze na podstawie
raportu OBOPu "Kobiety i mężczyźni o rożnych sprawach" z 2000 roku
(przyznaje ze to dosc stare) 64% kobiet deklarowalo brak zainteresowania
polityka a jednoczesnie "tylko" 52% mezczyzn deklarowalo podobnie.
Roznica 12% nie jest wiec przepascia, ktora sugeruje Spokojny. Dodatkowo, jesli
idzie o gotowosc udzialu w wyborach jest ona zdecydowanie podobna u kobiet i
mezczyzn (a nawet czasem kobiety wyrazaja wieksza gotowosc udzialu w wyborach,
e.g., "Badania opinii publicznej na temat politycznej reprezentacji
kobiet" M. Fuszary ze stycznia 2010 roku wskazuje, ze kobiety sa nieco mniej
biernie politycznie niz mezczyzni). Musze tutaj napisac wyraznie, ze te dwa
argumenty ktore tutaj przytoczylem maja na celu tylko i wylacznie obalenie tezy
Spokojnego, i.e., tezy iz kobiety sa duzo mniej zainteresowane polityka niz
mezczyzni, a nie potwierdzenie tezy ze nie ma roznic miedzy zainteresowaniem
kobiet i mezczyzn AKTYWNA DZIALALNOSCIA w partiach politycznych. Ja nie
podejmuje sie wygloszenia tej ostatniej tezy.

2. "Kolejny argument, ze moj
komentarz
jest bezzasadny bo mówię o dyskryminacji męzczyzn."

Nie
napisalem, ze komentarz jest bezzasadny. Wyrazilem tylko moja opinie. Mam
nadzieje, ze ponizszy tekst rozwieje jakiekolwiek watpliwosci.
Spokojny
przytacza ilosc kobiet w polskich partiach politycznych - ponizej 20%. Parytety
idealnie beda wymagac zeby na listach wyborczych bylo 50% kobiet. Spokojny
osiaga szybko oczywisty wniosek, iz okolo 80% czlonkow partii politycznych
bedzie dyskryminowanych. Tak, to prawda. Zgadzam sie z wnioskiem, ze okolo 80%
czlonkow partii politycznych bedzie dyskryminowanch. Ja tylko powtorze to co
pisalem wczesniej, czyli moja opinie: uwazam ze te niewielkie
"cierpienia" i dyskryminacje ktorych mezczyzni doswiadcza podczas
wprowadzenia parytetow i innych przepisow ktore maja prowadzic do
rownouprawnienia sa warte celu, ktorym jest kraj ucywilizowany.
Ta moja opinia
powstala na fundamencie podobnych dzialan spolecznych w historii swiata. Choc to
nie ten sam kaliber mozna przytoczyc chocby brak rownouprawnienia czarnoskorych
w USA po 2giej wojnie swiatowej i ruchu spolecznego, ktory dazyl do
implementacji zapisow prawnych ktore to rownouprawnienie zapewnialy. Mozna
powiedziec, i ja sie z tym zgodze, ze np. biali wlasciciele sklepow w
poludniowych Stanach Zjedn. byli dyskryminowani, lub tez ich konstytucyjne prawo
do wolnosci bylo gwalcone przez nakaz prawny iz musza oni wpuscic do swojego
sklepu i obsluzyc czarnoskorych. Zreszta ten argument konstytucyjny byl nie raz
przytaczany (i jest zdecydowanie poprawny logicznie) przez politykow
amerykanskich w tamtych czasach. Barry Goldwater byl jednym z glosnych
przeciwnikow wprowadzenia zapisow prawnych dt rownouprawnienia czarnoskorych
(nie podpisal the Civil Rights Act w 1964). Jego glownym argumentem byla wlasnie
konstytucyjnosc takich zapisow prawnych, ktore w zasadzie ograniczaly wolnosc
bialych amerykanow w poludniowych stanach. Gdybysmy dzisiaj spotkali sie z
przykladem wygnania czarnoskorej osoby z publicznego miejsca ze wzgledu na kolor
skory powiedzielibysmy (mam nadzieje) ze to barbarzynstwo. Mysle sobie, ze mamy
teraz takie spojrzenie na ten problem, iz miedzy innymi te zapisy prawne
ucywilizowaly spoleczenstwo amerykanskie. Jeszcze raz wiec powtorze:
jakiekolwiek "cierpienia" i "dyskryminacja" mezczyzn ktore mozna
przewidziec jako skutki wprowadzenia parytetow sa warte celu, czyli
ucywilizowanego kraju.

3. "Podajesz przykłady swoich doświadczeń z
kobietami z USA. Czy
chcesz powiedziec, że dla kobiet z USA kasa i władza
męzczyzny przestały sie
liczyc i wrażliwy feminista zatrudniony jako portier
bije powodzeniem na głowę
dentystów i dyrektorów banków?"

Nie chce
powiedziec, ze pieniadze, wladza i status spoleczny nie licza sie dla kobiet w
USA. Oczywiscie ze sie licza. Prosze, nie sprowadzajmy dyskusji do rozwazan nad
swiatem czarno bialym. To nie jest przeciez tez tak, ze w Polsce wszystkie
kobiety wybieraja partnerow w oparciu o "kase" i "wladze".
Przepraszam jezeli zabrzmi to protekcjonalnie, ale swiat jest przeciez pelen
odcieni szarosci a nie tylko czarno-bialy.
Nie wiem czy wrazliwy feminista
portier bedzie mial "wieksze wziecie" niz mezczyzna z wladza i kasa. Nie
mam w tym wzgledzie zadnych doswiadczen. Pytanie Spokojnego jest, jak mysle,
retoryczne. Oczywistym wydaje sie, ze ow portier bedzie na samym dole piramidy i
kobiety nie beda nim zbyt zainteresowane. Wedlug mnie to jest straszne
uproszczenie. Zalozmy rzeczywiscie ze mamy tego portiera i ma on poglady
feministyczne i nie zarabia zbyt duzo pieniedzy. Czy to sa jedyne kryteria
ktorymi kieruja sie kobiety? A co na przyklad z tak powierzchowna
charakterystyka jak wyglad? Dodatkowe pytanie, czy ow portier, kawaler jak
mniemam, ma jakies dalsze plany na zycie czy zatrzymal sie na pozycji portiera?
Czy ma jakies ambicje? Niekoniecznie zawodowe, byc moze jest dzialaczem
spolecznym, lub artysta? Znowu zabrzmi to chyba protekcjonalnie ale czlowiek
jest duzo bardziej zlozona istota niz ta ktora wzial za przyklad Spokojny.
To o
czym ja pisalem to moje spostrzezenia dotyczace USA i innego "odcienia
szarosci" ktory tam dominuje, bardziej cywilizowanego jak mi sie wydaje.
Przede wszystkim jakze Polskie zalozenie, ze kobieta jest mniej inteligentna niz
mezczyzna jest tam conajmniej faux pas. To zalozenie powoduje, ze w Polsce
pewnie zdaza sie tak ze mezczyzni traktuja kobiety protekcjonalnie, na przyklad
nie podejmuja prawdziwej dyskusji, itd. Dodatkowo, mysle ze sporo mezczyzn w
Polsce (ja bylem zdecydowanie jednym z nich) nie wyobraza sobie bycia z
partnerka ktora jest w oczywisty sposob inteligentniejsza od owego mezczyzny.
Ciekawe do jakich przystosowan kobiet musi to prowadzic…
Dodam jednak jeszcze
raz, ze to tylko moje doswiadczenia w bardzo specyficznej grupie ludzi,
statystyki dotyczace ogolnej populacji USA pewnie mowia cos odmiennego. Moze
jest wiec tak, ze przypadkowo trafialem na takie a nie inne kobiety w USA.
Przytoczylem te doswiadczenia zeby wskazac na zmiane mojego sposobu myslenia,
myslenia polskiego mezczyzny, ktora nie byla prosta.

4."Piszesz Michale o
asymetrii ról płciowych. jakze
patriarchalne jest to pojecie wykorzystania przez
męzczyzne według ciebie."

Chodzilo mi raczej o to, ze w patriarchalnym
spoleczenstwie mezczyzna jest postrzegany jako istota niezbyt emocjonalna -
"twardy facet". Przytoczylem przyklad z "wykorzystaniem" zeby to
zobrazowac. Uwazam, ze okropne jest to, iz reakcja na sytuacje w ktorej to
mezczyzna jest uwiedziony i wykorzystany przez kobiete sprowadza sie do
stwierdzenia ze to i tak "zimny" facet bez emocji wiec nic sie nie
stalo. Prawda jest jednak czesto inna. Mezczyzni nie moga jednak pozwolic sobie
na podobne do kobiet wyrazenie emocji bo w spoleczenstwie patriarchalnym model
mezczyzny na to nie pozwala. Przeciez facet bylby wtedy mieczakiem. Przytoczylem
ten przyklad tez po to zeby wskazac na to, ze mezczyzni tez traca na
spoleczenstwie patriarchalnym. Uwazam, ze ten brak mozliwosci wyrazenia wlasnych
emocji nie jest zbyt zdrowy.

"A co z natrętnym patrzeniem w autobusie?
Jeśli kobieta patrzy
na mnie natrętnie, czy czuję się wykorzystany? Ndużyty?
Zaatakowany?"
Tego nie wiem. Nie jestem Toba.

"A jeśli ja patrzę
natrętnie w autobusie na amerykańską feministkę czy ona czuje się nadużyta?
Zaatakowana? Wykorzystana?"
Nie wiem. Jestem pewien ze zalezy to od
kobiety.


"Jeśli tak to czy jest to patriarchalne czy
nie jest?"
Nie
rozumiem pytania "czy jest to patriarchalne?".

Pozdrawiam
Michal
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 01.02.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 16.96714 Seconds