NOWOŚĆ W SKLEPIE KP

Partycypacja_okladka_150px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Graff: O kongresie z perspektywy Drukuj
Agnieszka Graff   
08.03.2011
Pani Agnieszko, ja wychodzę! Mam dość tej akademii! Nie po to się tłukłam przez pół Polski, żeby słuchać jak Ważne Panie mówią do mnie z Wielkiej Sceny! Co wyście z tym Kongresem zrobiły!? To miała być demokratyczna impreza! Chciałam spytać, co konkretnie ją tak wkurzyło. Odpowiedzieć, albo chociaż wymigać się od odpowiedzialności. Nie zdążyłam. Wykrzyczała swój żal i poszła w miasto. Nie mam pojęcia kim i skąd była. Nie pamiętam twarzy, tylko burzę włosów. I własny dyskomfort. Mętne poczucie, że coś jest na rzeczy, że coś ważnego nam się nie udało.
Zanim wyjaśnię dlaczego nie jest dobrze, powiem dlaczego nie jest źle. Po pierwsze: nadal istniejemy. To nie był jednorazowy babski event – to jest coś trwałego. Coś, co się zapisze w historii. Po drugie: istniejemy w ludzkiej wyobraźni. Raz po raz słyszy się w mediach, że Kongres to, a dzięki Kongresowi tamto. Ostatnio czytałam, że znacznie więcej kobiet niż zwykle startuje w wyborach samorządowych i że Kongres się do tego przyczynił. Po trzecie: dzięki nam rozmaite ważne osoby i instytucje zaczęły serio trak­tować kwestię kobiet w polityce. Donald Tusk doznał parytetowego olśnienia w Indiach, ale nikt chyba nie wątpi, że Konges ma z tym coś wspólnego. Nasz sukces to nie tylko paki z podpisami pod projektem ustawy o parytetach, które przy biciu bębnów zanio­słyśmy do Sejmu. Do historii Kongres przejdzie moim zdaniem dzięki czemuś bardziej ulotnemu: oto słowa „równość” i „parytet” przestały w Polsce brzmieć obco i śmiesznie.

Jestem w kłopotliwej sytuacji – poproszono mnie o głos szczery i krytyczny. A ja nie lubię mówić źle o Kongresie. Boję się cenzury – mojej wewnętrznej, broniącej honoru wszystkiego, co prokobiece. Skoro się jednak zgodziłam, to powiem otwartym tekstem. Kobieta, która wygarnęła mi pod Salą Kongresową, nie była wariatką. Nie jest też wyjątkiem. Podobnych wypowiedzi (choć mniej wkurzonych) usłyszałam potem wiele. Pierwszy Kongres wprowadził masę kobiet w euforię, wniósł ferment i nadzieję, urealnił kobiety w polskim życiu publicznym. Drugi nie spełnił pokładanych w nim nadziei. W tym roku coś nie zagrało, albo zagrało fałszywie.

Może tak musi być, że „ten pierwszy raz” jest nie do przebicia, bo rządzi nim logika miłosnego zrywu, a dalej jest już żmudna praca, polityczne kompromisy i nieuchronna szczypta nudy? Mechanizmy działania w grupie są przewidywalne: początkowa jedność i entuzjazm ustępują miejsca znużeniu. Znaczna część osób po ludzku zawodzi, zapo­mina, rozleniwia się. Wśród tych, co wytrwali, dochodzą do głosu konflikty, a ci, co odeszli, stoją z boku, recenzują. I często mają żal: że nie tak miało być, że zostali „zmar­ginalizowani” i „wykluczeni”, że ich nie wysłuchano, a decyzje podejmowano bez nich. Procedury demokratyczne okazują się ciężarem. Jak tu debatować skoro na zebranie przychodzi tylko garstka, a ci co nie przyszli mają za złe? Więc się procedury ogranicza, omija. Aż z demokracji zostaje fundacja, zarząd, rada, etaty i biuro. Notka dla prasy i informacja rozsyłana okólnikiem po „szeregowych członkach”. W dobie internetu są to już tylko szeregi adresów mailowych.

Nie jest to specyfika kobieca – tak mają i ekolodzy i ruchy na rzecz praw rozmaitych mniejszości. Podobnie bywa z partiami politycznymi. Jest pomysł, jest zryw i faza entu­zjazmu i spontanicznego działania, gdy wszystko wydaje się możliwe. A potem zmęcze­nie, wypalenie, frustracja, konflikty. Wreszcie rozpad lub… profesjonalizacja. Czy da się z tym coś zrobić? Wiele zależy od tego, jak ten proces przebiega. Jak długo uda się utrzy­mać stan radosnego entuzjazmu? Na ile formalizacja okaże się skostnieniem? Czy uda się wypracować otwarte formy komunikacji wewnątrz ruchu? Czy aktywistki obrażą się na te, co pojawiają się tylko od święta, czy znajdą dla nich formułę działania? Czy „elita” zacznie podejmować ważne decyzje za plecami reszty? Czy mimo formalizacji działań, zostanie w ruchu atmosfera wspólnoty, wzajemnego szacunku, przyjaźni? Siostrzeństwa?

Mam wrażenie, że w Kongresie – rozumianym i jako ruch i jako doroczne wydarzenie – te procesy przebiegły… jak by to ująć żeby nikogo nie urazić? Zbyt szybko? W sposób niekontro­lowany i nieprzemyślany? Poległyśmy jako ruch społeczny, nie stworzyłyśmy mechanizmów autentycznej partycypacji. Strona internetowa to za mało. Powstało Stowarzyszenie otwarte na nowe członkinie, ale nikt nikogo nie zachęca do przystąpienia do organizacji zwanej Kongresem Kobiet. I Kongres Kobiet dał uczestniczkom wielkie parytetowe zadanie, co wywołało falę aktywności. Ale kiedy przybyły na drugi, obsadzono je w roli biernych słuchaczek.

Jest też bolesna sprawa upartyjnienia Kongesu. Pojawienie się jednego z kandydatów, jego długie przemówienie, udzie­lenie mu poparcia w drugiej turze wyborów – dla wielu z nas to były rzeczy niewybaczalne. Nie dlatego, że chodziło o PO i Komorowskiego, ale dlatego, że jego nominacja na pupilka Kongresu odbyła się bez naszej zgody i wiedzy. Złamano zasady demokracji i jawności. Zlekceważono jedną z kluczo­wych zasad funkcjonowania Kongresu – jego apolityczność, rozumianą jako niełączenie się z żadną partią polityczną. Rozumiem intencje, bo rozumiem emocje. Sama mniej więcej w tym samym czasie tak się przestraszyłam powtórki z IV RP, że napisałam odezwę do środowisk lewicowych, żeby poparły Komorowskiego. Ale takich rzeczy się nie robi w cudzym imieniu.

A Kongres jako wydarzenie… Uff, czy odważę się to powie­dzieć? A niech tam. Był on – przynajmniej w części plenarnej – nudnawy. Mówiono ważne rzeczy, czasem mówiono ciekawie i z ogniem. Jednak pozostał efekt ogólny: Ważne Panie (i paru panów) z Dużej Sceny gada do milczącej widowni. Zgubiły nas panele – drętwa formuła przeniesiona żywcem ze świata nauki. Brak czasu na dyskusję to przepis na alienację. Nic dziwnego, że wiele kobiet odpadło. Dla uczestniczek nie było jasne, skąd się wzięłyśmy i dlaczego tak długo do nich mówimy, a nie chcemy ich słuchać. Ktoś powie, że Sala Kongresowa jest kiepską prze­strzenią do otwartej debaty. Ale skoro tak, to może należy zmie­nić salę i zacząć rozmawiać?

Nie wiem, czy moja rozgoryczona rozmówczyni na dobre pożegnała się z Kongresem, czy poszła w miasto, ochłonęła, po czym wróciła. Może następnego dnia zabrała głos podczas jed­nej z kameralnych i otwartych dyskusji tematycznych? Może poczuła tam powiew kobiecej demokracji? Może teraz startuje w wyborach samorządowych? Jej gniew i rozczarowanie uświa­domiły mi pewną gorzką prawdę: Kongres zmarnował istotny potencjał kobiecego zapału, gotowości do działania. Czy da się te straty odrobić? Czy potrafimy? Czy chcemy? Piszę „my” po namyśle, z pewnym wahaniem, ale przecież nadal czuję się czę­ścią Kongresu. I wciąż wiążę z nim wielkie nadzieje.
 
Tekst opublikowano pierwotnie na stronie http://femka.net/ 

Komentarze
Dodaj nowy
Sherlock   |08.03.2011 14:25:52
Cóż, osoby, które doprowadziły do tego, że KK mniej lub bardziej bezpośrednio
poparł naszego wspaniałego pana prezydenta niewątpliwie cieszą się teraz ze
swojego wyboru. Nie wiem, co mogło dobitniej pokazać, że kobietki w gruncie
rzeczy potrzebują tej opiekuńczej ręki naszych dzielnych łowczych. Mam wrażenie,
że rozmycie, utrata stanowczości i skłonność do prezentowania feministycznych
postulatów w takiej postaci, żeby tylko nikt się nie doczepił ogarnęła już także
manify. W tym roku nie zaobserwowałam żadnych naprawdę budzących kontrowersje w
naszym wspaniałym kato-konserwatywnym kraju idei. Oczywiście, akcentowanie
problemów ekonomicznych i lokalnych jest bardzo pożyteczne, ale z tchórzliwego
unikania postulatów obyczajowych "bo nikt nas wtedy nie potraktuje
poważnie" żadna zmiana się nie urodzi. A o żłobki to może by także
tatusiowie czasem powalczyli? Czy przyznajemy, że to jest tylko nasz problem?
Icy   |08.03.2011 14:48:44
Nie byłam na Kongresie. Nie będę oceniać.
Jedno wiem, zakotwicza feminizm w
naszej magmie. Dziękuję kongres(wo)menkom za kwoty.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89107 Seconds