|
Graff: Baby farms po polsku |
|
|
Agnieszka Graff
|
|
03.06.2010 |
Rok temu na forach internetowych lały się potoki jadu i pogardy. O niepłodnej parze – że to aroganccy bogacze, którzy myślą, że wszystko można kupić. I o kobiecie, która wynajęła im macicę: że chciała to zrobić (dziwka bez serca, surojadka jedna) i że po urodzeniu dziecka już nie chciała (oszustka, suka; wzięła kasę, to niech odda dziecko). Lud przemówił językiem mizoginii, okrucieństwa i wolnego rynku. Zaś eksperckie komentarze wygłaszali głównie księża. Że to grzech. Po obu stronach. A zapłaci zań dziecko.
Ja tam po obu stronach tej historii widzę rozpacz i cierpienie. Z kasą czy bez niej musieli być w desperacji, żeby pójść w coś takiego.
Wynajęcie surogatki, kiedy nie ma się nawet w połowie własnego materiału genetycznego, w kraju, gdzie taka instytucja nie istnieje, to szaleństwo. A konkretnie – adopcja ze wskazaniem, tyle że na zamówienie, za pieniądze i bez zgody matki. Czyli potrójne złamanie prawa. Arogancja bogaczy? Raczej rozpaczliwe pragnienie rodzicielstwa. Co ich nie usprawiedliwia, ale sporo wyjaśnia.
A niedoszła surogatka? Chciała zrobić coś, by wybić się z nędzy, poprawić los swój i dzieci. Zgoda, zabrakło jej wyobraźni. Ale padła też ofiarą wolnoamerykanki, która w Polsce obowiązuje w sferze reprodukcji i leczenia niepłodności.
Pomysł, by biedne kobiety za pieniądze rodziły dzieci bogatym niepłodnym parom, jest zdumiewający… i oczywisty zarazem. A przy tym stary jak świat. Pamiętacie Sarę i Hagar? Abraham obył się bez probówki, ale na jedno wychodzi.
Takie traktowanie ciąży to pomysł potencjalnie dochodowy, ale etycznie ryzykowny. Czyni się z dziecka produkt i własność, a kobieta w ciąży staje się niewolnicą (Hagar była nią dosłownie). Właśnie z obawy przed wyzyskiem i nową formą handlu ludźmi większość państw Europy na surogację się nie godzi.
Łatwo pytać, czy to etyczne, i odpowiedzieć „nie”. Pytanie trudniejsze: czy to nieuchronne? A jeśli tak, to może powinno być legalne? Wedle jakich zasad? We Francji zakaz. W USA – wolny rynek. W Anglii i Australii można, ale za darmo. Czytam brytyjskie ogłoszenia surogatek i mam jednak wątpliwości, czy istotnie chodzi o dar serca. To jak z naszym „AAAGinekolog – pełen zakres”.
Układ idealny: megaprzysługa jednej kobiety dla drugiej, płodność jako dar. Układ realny: kliniki, gdzie ciemnoskóre kobiety rodzą blond bobasy zamożnym Europejkom (w Indiach jest takich miejsc na pęczki, nazywane są baby farms). Hagar miała kłopoty. Jej dziecko miało kłopoty. Europa nie chce kłopotów, więc niepłodne pary szukają surogatek w Azji czy na Ukrainie. Tanio wychodzi.
Brak uregulowań prawnych niczego nie załatwia, nikogo nie chroni, niczemu nie zapobiega. Przydałaby się otwarta debata. Bez jadu, pogardy. Nie odbędzie się. Ludzie, którzy ten proceder obsługują – ci w klinikach i ci w kancelariach prawniczych – wolą tematu nie wypuszczać na szerokie wody, żeby nie budzić licha, czyli Kościoła. Wiadomo, skończy się na pełnym zakazie.
Felieton ukazał się w „Przekroju” nr 21/2010.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 03.06.2010 )
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...