|
15 lipca argentyński Senat zalegalizował małżeństwa par homoseksualnych. Przyjęta przez parlament ustawa zmienia w kodeksie cywilnym formułę „mąż i żona” na „kontrahenci”. Małżonkowie będą mogli adoptować dzieci i korzystać z takich samych praw: ubezpieczenia społecznego, dodatków rodzinnych czy urlopu związanego z życiem rodzinnym. Argentyna nie jest za bardzo krajem macho, a przez to nie jest też homofobiczna (Buenos Aires jest oficjalnie miastem gay friendly). Na ogól nikt się nie kryje, geje mówią wyraźnie, że są homoseksualistami, nikogo to nie obraża, a sami zainteresowani nie są narażeni na nieprzyjemności.
My, kobiety, mamy prawo do głosu od 1948 roku, a od 1991 roku obowiazuje parytet na listach wyborczych (nie mniej niż 30% kandydatek). W ostatnich wyborach prezydenckich kandydowały trzy kobiety i nikogo nie szokowało, że Cristina Fernández de Kirchner została prezydentką (ona zaznacza, że nie jest panią prezydent, ale prezydentką).
Z drugiej strony, chociaż katolicyzm jest oficjalną religią państwa i większość ludności uważa się za katolików, to jednak tylko 3-5 proc chodzi regularnie na msze. Hierarchia kościoła jest skrajnie konserwatywna, ale są też księża bardzo postępowi, bardzo „ludowi”. Jedynie ci mogą liczyć na powszechny szacunek. Ostatnio grupa księży „trzeciego świata” oświadczyła, że są zwolennikami małżeństwa między osobami tej samej płci. Po pierwsze dlatego, że te osoby istnieją i muszą mieć te same prawa, co inni. Po drugie dlatego, że małżeństwo w kościele nie ma nic wspólnego z małżeństwem w magistracie (Bogu co boskie, cesarzowi…). Episkopat nie jest szanowany, między innymi dlatego, że nigdy nie pisnął słowa, kiedy dyktatura torturowała i mordowala 30 tysięcy osób, w tym jednego biskupa, księży i seminarzystów (a żaden z nich nie został beatyfikowany: najwyraźniej dla Watykanu być zamordowanym w Polsce za działalność polityczną, to coś zupełnie innego niż być zamordowanym w Argentynie za działalność społeczną).
Po trzecie, w Argentynie jest już sześć par małżeńskich tej samej płci, dostali przyzwolenie drogą sadową (pierwszy wyrok zapadł na Ziemi Ognistej). Nasi senatorowie wiedzieli, że nawet jeśli projekt nie przejdzie, to tylko opóźni proces, który niezależnie od ustawodawstwa dzieje się w rzeczywistości: można było się spodziewać masy wniosków o prawo do ślubu w sądach. A to też byłaby dyskryminacja, bo nie każdego stać na opłacenie adwokata. Konserwatyści, hierarchia katolicka i inne wyznania – zmobilizowali się, zaczęli szaleć w mediach. W wielu szkołach katolickich wywierano presję na rodziców za pośrednictwem dzieci - skłaniano ich, żeby podpisali protest przeciw projektowi ustawy o małżeństwach gejowskich. Prymas zwołał na wtorek (dzień przed debatą o ustawie w senacie) manifestację. Zebrało się dość dużo osób (ok. 80 tys.), ale organizacje popierające małżeństwa manifestowały od dawna - i to nie tylko homoseksualiści, ale też organizacje na rzecz praw człowieka, feministki, a nawet przedstawicielki ruchu „katoliczki za prawem do decyzji” (Catholics for Free Choice) i po prostu demokraci, ludzie bez szczególnej identyfikacji ideologicznej, ale będący za równouprawnieniem, ludzie, którzy na co dzień nie są zaangażowani, ale jak jest manifa i wydaje się sprawiedliwa, to przychodzą tłumnie.
Media, które chciały wesprzeć konserwatystów, okazały się bardziej szkodliwe niż pomocne, bo argumenty były tak żałosne, że każdy prosty Argentyńczyk zdał sobie sprawę, po której stronie warto być. Senatorowie też.
*Barbara Gill jest Argentynka, tłumaczką i działaczką (zaangazowaną m.in. w walkę z dyktaturą).
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...