Jest zi ma, czas wyjechać na ferie. Najlepiej w góry, w polskie góry, jesteśmy wszak patriotami. Mamy już naszą małą stabilizację, dorobiliśmy się tego i owego, trzeba zatem wybrać kurort odpowiedni dla naszych ambicji. Nowoczesny, 12-piętrowy, zlokalizowany malowniczo w Tatrzańskim Parku Narodowym. Po rozpakowaniu bagaży wsiadamy do naszej nowej terenówki i podziwiając widoki podjeżdżamy dwupasmową serpentyną na Kasprowy. A potem już tylko białe szaleństwo. Na parkingu pod Świnicą przypinamy do kół specjalne płozy i slalomem między dmuchanymi świstakami zjeżdżamy przez Zawrat do McDrive‘a w Dolinie Pięciu Stawów. Żyć, nie umierać!
Kto stoi na drodze tej wizji? „Atakują z ukrycia. Nie widać nawet oczu, zwykle połyskujących metalicznie w mroku. Obserwują otoczenie, a potem wykonują szybki i gwałtowny skok. Ofiara kona długo, boleśnie i powoli. Oni zaś, sycąc się widokiem męczarni, które sprawią ich atak, bezszelestnie wycofują się na swoje pozycje, zbierając siły przed kolejną akcję. Tak, są mistrzami w swojej morderczej profesji”. Pewnie chodzi o wilki? Nie, o ekologów, których tak opisuje Kamil Durczok w „Polska The Times”. To oni, według pana Kamila, zaczajają się w lesie ubrani w „dredy, rzemyki i moro”, polując na każdy przejaw nowoczesności w polskich górach. I przez nich, aby zaznać wywczasu na dobrym poziomie, na urlop trzeba wyjechać na Słowację albo w Dolomity.
Problem w tym, że kto choć raz bawił w kurorcie alpejskim, ten wie, jak ścisłą ochronę krajobrazu się tam stosuje. Na każdym kroku widać, jak bardzo dba się o zachowanie walorów pierwotnego pejzażu. Robi się tak nie tylko z uwagi na lokalne czy unijne prawo, ale po prostu ze zdrowego rozsądku. Wiadomo, w brzydkim otoczeniu nikt nie chce spędzać wakacji. Natomiast pomimo krwiożerczych ekologów, grasujących na południu Polski, w okolicach Zakopanego spotyka się powszechnie takie widoki.
W rejonach turystycznych antropopresja jest szczególnie nasilona. Z budowy pensjonatu czy infrastruktury narciarskiej trzeba szybko wyciągnąć maksymalny zysk. Istnieją jednak pewne granice, o czym przekonał się właściciel hotelu Gołębiewski w Karpaczu. Niedawno zapadła decyzja, że zbudowany niezgodnie z prawem gigant będzie musiał zmaleć o dwa piętra, ponieważ niszczy sudecki krajobraz. Przysięgam, że w tej sprawie „miłośnicy żaby ruchawki i gacka mruczka” nie mieli żadnego tajemnego udziału. Po prostu we właściwy sposób zadziałało prawo.
Przystępując do Unii Europejskiej zgodziliśmy się na przyjęcie takich, a nie innych przepisów dotyczących ochrony środowiska i koniecznego procesu konsultacji społecznych. Tymczasem Kamil Durczok upatruje ratunku w zmianach prawa, ponieważ „narciarskie lobby w Sejmie właśnie się uaktywnia”. Owszem, być może tak się to kiedyś załatwiało. Lobbingiem i wódką. Ale obecnie jakoś nie umiem sobie wyobrazić podważenia unijnych dyrektyw przez grupę kolesi w plastikowych botkach - i to w sposób daleko odbiegający od transparentności.
Zresztą otwarty konflikt zwykle pojawia się tam, gdzie w procesie decyzyjnym argumenty którejś ze stron nie zostały uwzględnione. Nie każdy zauważył, że ekolodzy dawno już wyskoczyli z kurtek moro i rzemyków, porobili doktoraty, wyspecjalizowali się w prawie. Nie wszczynają bójek o byle łączkę. Teraz występują w poważnych postępowaniach środowiskowych, reprezentując nasz wspólny interes do życia według zasad zrównoważonego rozwoju. Dbają, żebyśmy za 10 lat mogli z przyjemnością przyjechać w polskie góry, z których być może zostanie wtedy coś oprócz wyciągów, billboardów i autostrad. Jestem im za to osobiście wdzięczna.
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...