|
Panią Jankę zabrałam w Łasku. Wracałam z pracy, walił śnieg. Ledwo ją zobaczyłam machającą przy drodze. Potrzebowała dojechać do Pabianic, miejscowości na trasie do Łodzi. Nagle rozchorowały jej się dzieci i żeby wykupić recepty musiała odebrać od koleżanki 100 zł. Pani Janka mieszka tuż przy stacji kolejowej w Kozubach, skąd za 30 zł sąsiad podwiózł ją samochodem do uczęszczanej trasy. Tam złapała mnie. Kozuby i Pabianice dzieli dokładnie 34,6 km. Trasę tę można pokonać pociągiem w zaledwie 1 godzinę i 10 minut, jeśli dzieci rozchorują się przed 6.43 lub w 2 godziny, jeśli mają pecha i dostaną gorączki tuż przed 17.56. Tory są stare i innych połączeń nie ma. Nie ma rówież, jak sensownie wrócić.
Na planie europejskich połączeń kolejowych Kozuby znajdują się na linii C-E 65/2. Strona Pkp.pl oznajmia, że trasa ta będzie modernizowana w latach 2014-2020. Lub nawet po 2020. Inne kolorowe kreski na tej mapie pokazują, że mieszkańcy wsi i miasteczek pod Siedlcami, Radomiem czy Kołem mają dużo więcej szczęścia. Ich tory albo właśnie się remontują, albo zaraz będą. Lub nie będą. Bo jak czytamy w „Dzienniku Gazecie Prawnej” rząd właśnie zabiera unijne pieniądze na modernizację kolei, żeby za nie wybudować trasy ekspresowe. Bo drogi z uwagi na dziurę budżetową są obecnie zagrożone utratą środków. W tym celu do Komisji Europejskiej ma udać się specjalna rządowa pielgrzymka, zapewne pod wezwaniem św. Krzysztofa, patrona kierowców. Pielgrzymka ta będzie przekonywać do zmiany inwestycyjnych priorytetów unijnych, bo przecież ten cały zrównoważony rozwój, to parcie na zbiorowy transport i na koleje, to jedna wielka ściema. My Polacy doskonale wiemy, że samochód jest o wiele ważniejszy niż jakiś pociąg. I nauczymy tego całą Unię. No.
Pretekstem do działań rządu mają być spodziewane opóźnienia w niektórych kolejowych inwestycjach. Mam w związku z tym doskonały pomysł. Ku sprawiedliwości przesuńmy na kolej wszystkie środki przeznaczone na spóźniające się budowy dróg. Za kilka lat będziemy mieć najfajniejszą sieć szyn w Europie.
Tych zabranych kolejom pieniędzy ma być całe 7 mld. Kupa kasy. Za nie mamy zbudować świetlane 281 km ekspresówek i wylotówkę z Warszawy na Kraków i Katowice. Mam poważne wątpliwości, czy się to uda, skoro inna świeżo oddana warszawska wylotówka na Poznań kosztowała nas aż 2,27 mld. Za tę sumę zbudowaliśmy 10 km trasy. Słownie: dziesięć kilometrów. Przy takich kosztach łatwo policzyć, co uda się zbudować za wyszarpane kolejom dotacje.
Możliwa utrata wylotówki to u nas wielka rozpacz. To cios w polską modernizację, zdradziecki zamach na zieloną wyspę. Trzeba podnieść larum i czym prędzej podpisać jakąś petycję. Bo inaczej nie da się wylecieć z Warszawy z prędkością 120 km na godzinę i trzeba będzie jeszcze kilka lat postać w korku do Janek. Sama czasem stoję i wiem, jak to boli. Co prawda pociąg wyjeżdża ze stolicy w 10-12 minut. Ale kto by tam jeździł pociągiem, zwłaszcza po niezmodernizowanych torach. Kolej jest przecież w Polsce zła i słaba, szczególnie kiedy (na pewno z winy kolei) na tory spada zimą śnieg. Lub kiedy (oczywiście również z winy kolei) kradnie się jej obiecane fundusze na remonty. Za to pielgrzymka naszego rządu do KE oraz petycja podpisana przez tysiące kierowców na pewno okażą się skuteczne i wkrótce będziemy śmigać sobie po nowej ekspresóweczce. Problem tylko w tym, że - zabierając fundusze z kolei - tak naprawdę zabieramy je pani Jance z Kozub, panu Stasiowi z Łukowa i Bartkowi, który codziennie dojeżdża do liceum na trasie Kruszyna – Radom. To oni poniosą koszty takiego modelu modernizacji, który ze zrównoważonym rozwojem czy choćby minimalną przyzwoitością nie ma zupełnie nic wspólnego. Ale spokojnie. Są przyzwyczajeni. I co najważniejsze - nie piszą żadnych petycji.
[fot. (cc) flickr.com]
Na podobny temat
|
Teraz jest już trochę po ptokach, ale...
Banał. Ludzie funkcjonują dobrze dopó...