Nowość w sklepie KP

kepel72dpi_maly.jpg
1proc-male-1proc.png

Komentarze

Czarnacka: Wielka feministyczna ści
 -Spokojny (6 komentarzy)
Przemoc ma płeć! Apel do posłów i p
 -viking (6 komentarzy)
Platfaszyzm
 -Rylew (12 komentarzy)

CYTAT DNIA

Integrować to nie znaczy wymagać od imigrantów, by dostosowali się do pierwotnie obowiązujących zasad społeczeństwa przyjmującego, integrować to znaczy współpracować nad powszechnym ustanowieniem na nowo zasad rządzących całym społeczeństwem.
Daniel Cohn-Bendit
Advertisement
Gdula: Jałowa gra w autentyczność Drukuj
Maciej Gdula
Maciej Gdula
  
22.01.2010
Artyści to mendy i sadyści - pisze w swoim tekście z ostatnich „Kresów” Jan Sowa. Jeśli akurat nie malują obrazów, które za grubą kasę sprzedadzą mieszczuchom, to zajmują się dręczeniem ludzi, co będąc artystą można robić bez narażania się na zarzuty prokuratorskie. Swoją działalność artyści chętnie podlewają sosem lewicowego zaangażowania, dzięki czemu można trafić na pierwsze strony gazet lub zakryć perwersyjne przyjemności. Gdyby tekst ograniczał się do Sasnala i Żmijewskiego, można by pomyśleć, że to odchylenie jakichś czarnych owiec, ale Sowa, wymieniając ich nazwiska, podaje w wątpliwość cały projekt sztuki zaangażowanej.

Sowa sugeruje, że nawet podobałby mu się projekt sztuki włączonej w przebudowę społeczeństwa tak, aby stało się ono bardziej demokratyczne, równe i otwarte, ale dziś widzi tylko sztukę sprzedającą się burżuazji, która przez złożoną sieć galerii, marchandów i pism włączona jest w proces cyrkulacji bogactwa. Sztuka oprócz dekorowania mieszkań panom tego świata dostarcza im legitymizacji, pokazując, że bogaczom zależy na czymś więcej niż na pieniądzach. Może jest jednak jakiś inny rodzaj sztuki? Sowa pisze: „Owszem, uważam jednak, że model burżuazyjno-rynkowo-korporacyjny jest dominującym idiomem w społecznym i kulturowym funkcjonowaniu sztuki. Oczywiście nie jest to model jedyny. Sztuka dysponuje innymi wzorami i sposobami działania, przez co mogłaby być inna. Ale obecnie nie jest” (s. 178).

Ciężko jednak byłoby w ogóle spełnić oczekiwania Sowy odnośnie szczerej i słusznej sztuki zaangażowanej. Powinien to być projekt awangardowy, umożliwiający partycypację zwykłym ludziom i budujący społeczeństwo obywatelskie. W latach 60. prawdziwi twardziele sztuki zaangażowanej domagali się rozpuszczenia jej w życiu codziennym i chyba tylko to mogłoby uchodzić za projekt postępowy. Z drugiej strony jeśli dziś jakieś działania artystyczne, jak na przykład projekty Joanny Rajkowskiej, zbliżają się do tego modelu, Sowa dezawuuje je twierdząc, że większe znaczenie dla polityki emancypacyjnej ma zakładanie orkiestr dętych i oddziałów ochotniczej straży pożarnej. Można by skwitować tekst Sowy wzruszeniem ramion, gdyby nie to, że jest on przykładem szerszego zjawiska gry w autentyczność z jej podstawowymi bohaterami: potężnym systemem, uwikłanymi w niego pseudorewolucjoniści i prawdziwymi radykałami. Dlatego zamiast polemiki z konkretnymi zarzutami i wymogami, jakie w tekście stawiane są sztuce, lepiej skupić się na formie kierowanej wobec niej krytyki.

Zabierając się za „radykalną” krytykę, trzeba przede wszystkim ustawić się poza systemem, żeby stworzyć wrażenie nieuwikłania i bezstronności. Sowa robi to już na początku tekstu, gdy deklaruje: „Nie jestem artystą, kuratorem, krytykiem, czy nawet teoretykiem sztuki. Z zawodu jestem socjologiem, z przekonania – lewicowcem. Ze sztuką mam kontakt najczęściej w charakterze widza. Czasem zajmuję się nią w pracy naukowej lub dydaktycznej. (…) Od jakiegoś czasu zdarza mi się działać na styku produkcji kulturalnej, refleksji teoretycznej i aktywizmu społecznego. Robiłem to, zanim jeszcze w polskim polu sztuki pojawiła się moda na zaangażowanie i lewicowość (…) tekst ten nie będzie ani peanem na cześć społecznego zaangażowania sztuki ani manifestem domagającym się od artystów większego zainteresowania społeczeństwem, ale próbą spojrzenia na kwestię społecznego zaangażowania sztuki spoza jej pola (…)”. Jest tu wszystko, czego potrzeba, żeby uzasadnić swoją bezinteresowność i czystość: brak zawodowych związków ze sztuką, bycie naukowcem (może nawet obiektywnym?), prawdziwe zaangażowanie w sztukę w roli szlachetnego aktywisty i last but not least długi staż dający glejt autentyczności.

Drugim krokiem jest wskazanie na istnienie systemu, wobec którego należy się dystansować. System utrzymywany jest dzięki mechanizmowi przypominającemu chytrość rozumu. Jego reprodukcja opiera się na pozorowaniu własnej zewnętrzności i wchłanianiu krytyki. Jeśli ktoś twierdzi, że znajduje się poza i w dodatku „robi ze swojego światopoglądu sensację”, to zachować trzeba szczególną ostrożność, bo właśnie ma miejsce odtwarzanie się systemu.

Po takim wstępie można już zacząć krytykować innych, którzy tylko utrzymują pozory czystości: „Nie uważam bowiem, aby sztuka była dziedziną w jakiś sposób wyróżnioną lub wyjątkową. Przekonanie to, będące częścią dziedzictwa romantycznego, jest w Polsce szczególnie popularne i skłania czasem artystów do uznania, że istnieją poza społeczeństwem” (s. 177). Od tego momentu rusza krytyczna maszyneria, której funkcjonowanie aż zbyt łatwo przewidzieć: jeśli ktoś twierdzi, że jest zaangażowany w zmianę systemu, musi mieć w tym jakiś materialny bądź symboliczny interes, który tylko stojący na zewnątrz krytyk posiadający papiery na bezstronność jest w stanie dostrzec i zdemaskować. I tak Sasnal potrzebuje lewicowości, żeby drożej sprzedać swoje obrazy, a Żmijewski robi sztukę społecznie zaangażowaną dla wielkiej kariery.

Żeby było jasne, krytyka ujawniająca ukryte reguły reprodukcji i podważająca oczywistość znaturalizowanych praktyk jest ważnym narzędziem emancypacji i podważania niesprawiedliwych stosunków społecznych, ale jej stosowanie bez formułowania propozycji zmian zbyt łatwo przeradza się właśnie w grę w autentyczność, z której jedynym zyskiem jest poczucie słuszności u krytykującego. W dodatku formuła odgrywania nieuwikłanego w system krytyka może być powtarzana dowolną ilość razy. Wystylizowany Jan Sowa piszący do „Kresów” o ałfhebungach i Deluzach, prowadzący knajpę i mieszkający na rynku w Krakowie z pewnością znajdzie wielu nieuwikłanych krytyków, którzy wykażą, że jego pseudozaangażowanie jest tylko wygodnym dodatkiem do funkcjonowania systemu i tworzeniem kolejnej niszy konsumenckiej. Ten model krytyki umożliwia redukcję ad eremitam, to znaczy do sytuacji, gdy za jedynych, nieprzejednanych radykałów uchodzić mogą tylko samotnicy tak skrajni, że wyrzekają się nawet wychodzenia z domu.

Biorąc pod uwagę niekończącą się grę w wyznaczanie granicy między tymi, którzy się sprzedali a tymi, którzy zachowali cnotę oraz jej bezdyskusyjną nieproduktywność, lepiej w ogóle w nią nie grać i zastanawiać się nad regułami uczestnictwa w systemie. Prawdziwy radykalizm nie polega na snobowaniu się na autentycznego rewolucjonistę, ale na celnym wskazaniu niesprawiedliwych mechanizmów i zaprojektowaniu ich zmiany. Przykład takiego radykalizmu w tych samych „Kresach” dał Kuba Szreder, postulując nowe reguły redystrybucji w polu sztuki, gdzie wielu niedopłaconych producentów (pracowników galerii, krytyków, nieznanych artystów) pracuje nad wytworzeniem wartości, z której owoce przejmują nieliczni.

Projektowanie zmiany systemu ma przewagę nad grą w autentyczność, bo nie mami się wizją niewinnego społeczeństwa, które prawdziwi rewolucjoniści tworzą sobie w głowie. Znajdujemy je także u Sowy: „(…) najlepszym prodemokratycznym i prospołecznym czynnikiem przyczyniającym się do rozwoju społeczeństwa obywatelskiego (a więc pośrednio również do emancypacji, równości i innych spraw kluczowych dla lewicy) jest aktywność niezależnych instytucji w rodzaju stowarzyszeń, grup, klubów i innych tego rodzaju organizacji (nie tylko „trzeciego sektora”, bo do niego zaliczają się struktury sformalizowane, a tu chodzi również o grupy nieformalne, czyli coś, o czym czasem mówi się „czwarty sektor”). Nie ma jednak większego znaczenia czym się zajmują” (s. 179). Niewinne społeczeństwo jest naturalnym sojusznikiem niewinnego krytyka. Problem w tym, że czasem społeczeństwo obywatelskie nie jest takie niewinne i jeśli zakłada na przykład rasistowskie stowarzyszenia kibiców, trzeba odwołać się do pierwszego sektora, aby ograniczył spontaniczną aktywność społeczną. Przywiązanie do mitycznych trzecich, czwartych, a może nawet i piątych sektorów jako mitycznego fundamentu polityki i nadziei na zmianę, jest rodzajem autocenzury, za pomocą której „radykałowie” wyrzekają się wpływu na funkcjonowanie pierwszego i drugiego sektora, czyli państwa i rynku. Projekt sztuki społecznie zaangażowanej jest wartościowy, bo nie wyrzeka się wpływu na rzeczywistość i nie zaprzecza posiadaniu władzy, której trzeba użyć, aby zmieniać świat.

Sowa kończy swój tekst uspokajającym stwierdzeniem, że panująca moda na lewicowość szybko przeminie, jak każda inna moda, która w systemie służy tylko do wygenerowania ruchu umożliwiającego akumulację kapitału. Nie pierwszy raz Sowa udaje, że spadł z Marsa i wie o sztuce niewiele, ale w tym miejscu trochę przesadził bo „modę” na lewicową sztukę zaangażowaną datować można przynajmniej od działań KwieKulik przez wspomnianych przez Sowę Liberę czy Klamana (którym Sowa nie oszczędza żenująco protekcjonalnej uwagi „któż z nas nie jest uwikłany”) po Żmijewskiego i Rajkowską. Ja o lewicową „modę” jestem spokojny, bo nic nie zapowiada, że ona się skończy. Przynajmniej do czasu, gdy nie zniknie dominacja, upokorzenie i nierówności.

Tekst ukazał się w 4/2009 numerze „Kresów”.

Na podobny temat




  Skomentuj

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły.
Zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

Aktualizacja    ( 24.01.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »