Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Gdula: Człowiek z zamrażarki Drukuj
Maciej Gdula   
25.08.2009
Pojawienie się Solidarności należy do tych wydarzeń, które są kwintesencją polityki. Ludzie wystąpili wspólnie, aby zakwestionować panujący porządek i spróbowali przedefiniować go zgodnie ze swoją wolą. W takich momentach wydaje się, że wszystko jest możliwe. Nieprzypadkiem Solidarność budziła na całym świecie nadzieję na przezwyciężenie ograniczeń, jakim poddani byli ludzie zarówno w socjalizmie, jak i w kapitalizmie.

A mimo to historia Solidarności to historia porażki. Prawie 30 lat po Sierpniu praktyka życia społecznego pozostaje niemal całkowicie odcięta od marzeń i nadziei przyświecających ludziom zaangażowanym w tamtą zmianę.

Co zawiodło?

Jeśli Solidarnością kierowała nadzieja na solidarne i równe społeczeństwo, to obecne rozwarstwienie, bieda i bezrobocie są ewidentnym dowodem jej klęski.

Jeśli opierała się na idei samorządności i aktywności społecznej, to dzisiejsze słabe uczestnictwo w instytucjach społeczeństwa obywatelskiego i fatalnie niski poziom społecznego zaufania świadczą dobitnie, że prawie nic z idei samorządności nie pozostało.

Jeśli zapowiadała trzecią drogę między socjalizmem i kapitalizmem, neoliberalne reformy po 1989 r. świadczą o wyjałowieniu naszej polityki z chęci tworzenia alternatywnych modeli życia społecznego.

Naturalnym odruchem jest pytanie, kiedy sprawy przybrały zły obrót, i domaganie się dokończenia solidarnościowego projektu. To jednak pokusa, której należy uniknąć.

Gdy stawia się pytanie, kiedy rzeczy przybrały zły obrót, zakłada się, że niepowodzenie określonego projektu wynikało z przypadkowej konfiguracji okoliczności i/lub działania zewnętrznych czynników. W przypadku Solidarności za porażkę można winić do wyboru: stan wojenny, który rozbił pierwotną siłę ruchu, nieprzeprowadzenie lustracji lub dekomunizacji czy wreszcie zawłaszczenie ruchu przez liberalne elity, dogadujące się z postkomunistami na bazie niechęci do ludu. W ten sposób nie musimy konfrontować się z bardziej dramatycznym pytaniem: jaka wewnętrzna słabość lub defekt zadecydowały o porażce projektu, z którego celami się utożsamiamy?

Pożegnanie z marzeniami

Żeby zrozumieć bezbronność Solidarności po 1989 r., trzeba cofnąć się o 20 lat. W latach 70. dysydenci przedefiniowali zasady uprawiania polityki wobec dyktatur w Europie Wschodniej. Miejsce rewizjonizmu jako lewicowej krytyki systemów realnego socjalizmu zajęła antypolityka, wymierzona już nie w zbiurokratyzowane państwo robotnicze, ale w totalitaryzm. Antypolityka bazowała na przeciwstawieniu społeczeństwa i państwa. Społeczeństwo było czyste, aktywne, autentyczne, spontaniczne i wolne. Państwo i władza komunistyczna były zdegenerowane i opresyjne. To przeciwstawienie okazało się doskonałą platformą zawierania sojuszy między oddzielonymi do tej pory grupami i instytucjami. Wobec totalitarnego państwa wszyscy stawali się równi jako podmioty podlegające uciskowi, niezależnie od tego, czy chodziło o wiarę, wolność twórczą czy warunki ekonomiczne.
Póki trwała „walka z komuną”, pojawiające się różnice przykrywane były przez bieżące wymogi konfliktu, ale już po 1989 r. nic nie mogło zahamować ich ujawnienia. Długie kultywowanie jedności doprowadziło do tego, że kształt powstających podziałów naznaczony był przez tęsknotę za utraconą jednością. I tak różnice ukształtowane przy okazji wojny na górze wykuwane były w atmosferze oskarżeń o zdradę z jednej strony, a z drugiej – obrzydzenia moralnego wobec nielojalności. Nie sprzyjało to refleksji nad odtwarzanym w Polsce kapitalizmem i redukowało debatę na jego temat do problemu umiarkowanego lub radykalnego pozbywania się funkcjonariuszy poprzedniego systemu.

Konflikt wokół prawa do dziedzictwa Solidarności szybko wyczerpał społeczną uwagę. Ludzie byli też rozczarowani utratą jedności – i to chyba było podstawową przyczyną pogodzenia się z rzeczywistością. Nadzieje na lepszy świat dla wszystkich zamieniono stopniowo na akceptację praw rynku i obietnicę osiągnięcia indywidualnego sukcesu.

Sacrum, mit, historia

Ostatecznym mechanizmem zamrażającym Solidarność stało się przekształcenie jej w mit. Podstawową rolę odegrało uznanie jej za źródło naszej rzeczywistości. Hasło: „Zaczęło się w Gdańsku” jest tylko jednym z przykładów umiejscawiania Początku właśnie w pojawieniu się Solidarności. To ona odzyskała naszą wolność, nawet jeśli odbywało się to na raty.

Zmitologizowanie przekształciło Solidarność w byt niemal sakralny. Świadczą o tym choćby wydarzenia związane z 20-leciem wyborów 4 czerwca: spór wokół zlokalizowania uroczystości, będący de facto próbą ożywienia konfliktu wokół prawa do dziedzictwa Solidarności, był powszechnie uznawany za gorszący: zarówno komentatorzy, jak zwykli ludzie deklarowali, że święto organizowane w tym miejscu powinno jednoczyć, a nie dzielić.

Sakralizacja odcięła Solidarność od współczesnych wyzwań. Radykalizm jej żądań sprowadzony został do planu obalenia komunizmu. Solidarność zrobiła swoje i stoi na ołtarzu demokracji. Póki tam spoczywa, cały utopijny ładunek zawarty w jej tradycji służy usprawiedliwieniu obecnego ładu, bo jeśli celem protestu było wyzwolenie od komunizmu, to nie ma się już czego domagać.

Takie wykorzystanie Solidarności wspiera zero-jedynkowe rozumienie wolności, które ogranicza krytykę innych form dominacji i zniewolenia różnych od tych wywodzących się z totalitarnego państwa. Postulaty grup wskazujących np. na kwestie związane z płcią czy orientacją seksualną zbywane są wzruszeniem ramion i delegitymizowane jako niepoważne wobec prawdziwej walki o wolność, jaka stoczona została z komuną.

Polskie modernizacje

Na porażkę Solidarności spojrzeć trzeba szerzej: przez pryzmat polskich zmagań z modernizacją. Dlaczego prawie zawsze skuteczniejsze w kształtowaniu zmian okazują się nie projekty wymyślane lokalnie, ale pomysły i narzędzia wypracowywane gdzie indziej? Od Mieszka (I) do Leszka (Balcerowicza) polskie modernizacje dokonywały się przede wszystkim przez importowanie „sprawdzonych” wzorów. Jak Mieszko opierał swoje działania na normandzkich wojach i chrześcijańskich dogmatach, akuszerami przemian po 1989 r. stali się chłopcy z Chicago i dogmaty neoliberalne.

Nie znaczy to, że nie pojawiały się próby definiowania rzeczywistości na własny rachunek. Gdy rozpadała się monarchia wojenna pierwszych Piastów, na jej gruzach pojawiło się na Mazowszu państwo Masława. Ten dawny cześnik królewski budował je, wracając do starych wierzeń i bogów. Mniej więcej po 10 latach wszystko zostało utopione we krwi przez łacińskie rycerstwo, które Kazimierz Odnowiciel pożyczył od cesarza niemieckiego. Solidarność można umieścić wśród tych nieudanych prób.

Zasadniczą przyczyną jej porażki było przekonanie, że istnieje gotowy fundament, na jakim można się oprzeć przy poszukiwaniu własnej drogi. Masław ufał, że wystarczy wrócić do starych wierzeń. W solidarnościowym projekcie rolę starych wierzeń odgrywa społeczeństwo stawiające opór totalitarnej władzy. Ta wspólnota jest gotową, czystą podstawą, na jakiej może się oprzeć nowy ład. Nie istnieją w niej różnice, które mogą prowadzić do sporu. Nie istnieją też odrębne interesy, bo przecież wspólnota oparta jest na moralności i cnotach, a nie na podziale bogactwa i władzy. Nie ma potrzeby rozpoznania podziałów i zastanawiania się, jak znaleźć modus vivendi między odrębnymi stronami i stanowiskami. Poszukiwanie własnej drogi nie ma w takich warunkach szans stać się prawdziwym projektem, to znaczy zadaniem do wykonania, i stanowi najwyżej antrakt w realizacji importowanych rozwiązań.

Pospieszny i powierzchowny konsens wokół kształtu wspólnoty pozwolił zmobilizować rzesze ludzi i przetrwać skierowane przeciw ruchowi represje stanu wojennego, ale sprawił, że Solidarność okazała się całkowicie bezbronna wobec końca realnego socjalizmu. Brak refleksji nad różnicami nie pozwolił nad nimi zapanować, kiedy już się pojawiły. Oczekiwania co do jedności powodowały rozczarowanie rozpadem i wycofywanie się ludzi z jakichkolwiek wspólnotowych projektów – jeśli wspólnota nie może być jednością, niech nie będzie jej wcale. Dlatego dawna Solidarność prawie bez walki oddała pole ekspertom, którzy zaproponowali dla Polski „prawdziwe i jedynie słuszne recepty”.

Wierność projektowi Solidarności nie polega dziś na celebrowaniu mitu, ale na gotowości krytyki formuły, która stała się przyczyną jej porażki. Jeśli poszukiwanie własnej drogi nie zmierzy się z problemem różnorodności i interesów, zawsze przegra z gotowymi odpowiedziami z importu. Gdy będziemy się oszukiwać, że tworzymy harmonijną i homogeniczną wspólnotę, będziemy też reagować wrogo na istniejące między nami różnice. Nie przyjmując do wiadomości istnienia sprzecznych interesów, będziemy skazani na powiększające się rozpiętości między bogatymi a biednymi. Jeżeli tego nie zrozumiemy, będziemy tylko agregatem konsumentów z określoną siłą nabywczą, częścią obszaru inwestycyjnego Europa Środkowa, kapitałem ludzkim z obiecującym potencjałem mobilności.

Tekst ukazał się w „Tygodniku Powszechnym” z 25 sierpnia 2009.
Komentarze
Dodaj nowy
neoconstantine  - "Solidarność" - nieudana reforna socja   |25.08.2009 11:36:12
"Solidarność" głosiła hasło : "Socjalizm  tak! Wypaczenia 
nie!". Od początku kierownictwo nad "Solidarnością", starali się
przejąć KOR-owcy (owi słynni "doradcy"), w celu realizacji własnej wizji
socjalizmu, która pod koniec lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, zaczęła
nosić nazwę "socjalizmu z ludzką twarzą", a po przemianach ustrojowych,
przybrała postać tzw. "trzeciej drogi". Jak widać jednak, budowa
socjalistycznej gospodarki rynkowej okazała się utopią, bo jak można stosować
wolnorynkowe mechanizmy, w warunkach socjalistycznej biurokracji. To się ze sobą
"gryzie"  co widać po systemie rozmaitych koncesji, już dwóch potężnych
czapach biurokratycznych nad służbą zdrowia (ministerstwo i NFZ). Z jednej
strony rząd chce sprywatyzować stocznie i KGHM, a z drugiej utrzymuje się prawo
związków zawodowych, do oprotestowywania każdej decyzji. To bez sensu  i
dlatego nasza gospodarka, pozostaje w stanie tego swoistego
"bezhołowia". Tym bardziej, że biurokracja w zakładach pracy rozrosła
się do niebotycznych rozmiarów  dany zakład podzielił się na kilkanaście spółek
i teraz, w takim np. Porcie Północnym w Gdańsku, zamiast jednego prezesa, jest w
tej chwili dwudziestu sześciu prezesów  każdy z pensją godną prezesa,
oczywiście. O Polskich Kolejach Państwowych, z litości już nie wspomnę.
Drugi
aspekt powstania "Solidarności". Z różnych stron słychać opinie, że był
to ruch sterowany przez przeciwników ekipy Edwarda Gierka w łonie samej PZPR,
którzy chcieli wykorzystać nabrzmiałe problemy społeczne i gospodarcze, do
odsunięcia go od władzy  podobnie zresztą, jak to sam Gierek uczynił dziesięć
lat wcześniej z Gomułką. Tłumaczyło by to, ową sporą ilość wyciąganych z
archiwów IPN, teczek tajnych współpracowników służby bezpieczeństwa. Według
powyższej teorii, późniejszy rozwój wypadków wymknął się spod kontroli czynników
partyjnych.
maciej  - Fundament?   |25.08.2009 13:12:43
Skąd pomysł u autora, że to akurat na fundamencie Solidarności można
zbudować"Wierność projektowi Solidarności nie polega dziś na celebrowaniu
mitu, ale na gotowości krytyki formuły, która stała się przyczyną jej
porażki" Jedyne, co stale łączy Polaków to festiwal martyrologii. Właśnie
jeden się kończy, we wrześniu zacznie drugi. W grudniu trzeci. Przyszłość nie
istnieje. Są tylko kadencje.
thomas  - Szukanie istoty tam gdzie jej nie ma   |26.08.2009 14:57:09
A mi się zdaje, że Solidarność to po prostu jeden z bardzo licznych ruchów
populistycznych w historii, wcale nie najliczniejszy (ruchy populistyczne w
Indiach bywały liczniejsze, nie wspominając niektórych ruchów z Europy sprzed II
wojny światowej), a jako populistyczny - po prostu tak mgławicowy i
nieokreślony, jak każdy z nich.

Nie traktuję tego jako epitetu bezwzględnie
pejoratywnego, niektórzy populiści są naprawdę zdecydowanie lepsi od
nie-populistów.
kot   |30.08.2009 14:27:52
Interesy i transakcje, to: chleb powszedni i tworzywo funkcjonującego
kapitalizmu.
Transakcja, to zderzenie interesów. Które kończy się wspólnym
sukcesem w wypadku wyrównanych sił, lub w braku równowagi: korzyść ( lub strata
) odwzorowują proporcje sił w nią zaangażowanych. -To elementarz biznesu.

Nie inaczej jest, gdy dochodzi do transakcji między zatrudnionym i
zatrudniającym.
Praca jako koszt, podlega transakcji
minimalizacji/maksymalizacji. Sukcesem zatem może się kończyć tylko w wypadku
równowagi sił w niej uczestniczących. Ideologia neoliberalna tę sytuacje z
premedytacją pomija. Uzasadniając Smithem, że egoizmy znoszą się wzajemnie,
dając wypadkową wspólnego sukcesu. Powołanie na Smitha jest jednak oszustwem
nie tylko poznawczym ale także literalnym, gdyż Smith nie pozostawił jej gołą,
lecz równej uwadze poświęca monopolowi naruszającej równowagę między
uczestnikami transakcji.
Proszę o wnioski!
kot   |30.08.2009 14:33:29
-monopolowi naruszającemu
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 25.08.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.00926 Seconds