Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Sutowski: Faszyzm nie przejdzie… na razie |
|
|
Michał Sutowski
|
|
14.02.2010 |
Tym razem naprawdę nie przeszli. Po raz pierwszy od wielu lat, w rocznicę alianckiego nalotu dywanowego, w centrum Drezna nie było demonstracji skrajnej prawicy. Władze landu i miasta od dawna nie mogą sobie poradzić z problemem na gruncie prawnym i znaleźć podstaw do zakazu faszystowskich marszy – podobnie jak władzom federalnym nie udała się kilka lat temu próba delegalizacji Narodowodemokratycznej Partii Niemiec (NPD).
Każdego roku, 13 lutego na drezdeńską starówkę przybywało kilka tysięcy zwolenników NPD, Niemieckiej Unii Ludowej, Autonomicznych Nacjonalistów, skinheadów i innych zwolenników Niemiec tylko dla „prawdziwych” Niemców. Przemarsze kończyły się starciami z grupami antyfaszystowskiej lewicy, które media głównego nurtu przedstawiały często w konwencji konfliktu radykałów z prawa i z lewa – z niewielkim tylko przechyłem sympatii w stronę młodych anarchistów, Zielonych czy socjalistów.
Tym razem jednak, około pięciu tysięcy faszystów nie zdołało przedrzeć się do centrum miasta. Na rynku głównym mieszkańcy miasta utworzyli żywy łańcuch blokujący do niego dostęp, a liczne grupy kontrdemonstrantów, pokojowo blokujących drogi wokół dworca Neustadt, praktycznie uniemożliwiły przemarsz. Policja – po raz pierwszy od bardzo dawna – stanęła po stronie protestującej lewicy: blokując demonstrację, argumentowała, że „nie może zagwarantować jej bezpieczeństwa”, w związku z czym przemarsz musi zamienić się w… pikietę pod dworcem. Skinheadzi wznosili wrogie policji okrzyki, oskarżając władze miasta o… faszyzm, i domagając się „wolnej przestrzeni dla niemieckiej młodzieży”. Późnym popołudniem większość z nich rozjechała się z powrotem do domów. W czasie pojedynczych starć zatrzymano kilkadziesiąt osób.
Klęska skrajnej prawicy – niewątpliwie. Ale czyj to sukces? Do obywatelskiego wystąpienia na rynku wzywała chadecka burmistrz Drezna, Helma Orosz. Do zgromadzonego tam tłumu-łańcucha mówiła m.in. o konieczności budowy „twierdzy (Festung Dresden) przeciwko głupocie i nietolerancji”, podkreślając, że dla „tamtej bandy nie ma tutaj miejsca”. Apel władz miasta wspomógł lokalny Uniwersytet Techniczny, którego studenci namawiali mieszkańców do uczestnictwa w proteście.
Pokojowe zgromadzenie na starówce to ciekawy przykład obudzenia obywatelskiej świadomości wśród raczej biernych na co dzień, liberalnych członków klasy średniej różnych pokoleń i politycznych orientacji. Doświadczenie polskie pokazuje jednak, że skrajna prawica to przeciwnik stosunkowo łatwy dla liberalnego mainstreamu – zmobilizować statecznych mieszczan do symbolicznego protestu przeciwko faszystom (bądź ich widmu, jak w przypadku projekcji niektórych przeciwników IV RP) naprawdę nietrudno. Tym, co wprowadziło jakościową zmianę do tegorocznych obchodów alianckich nalotów, była postawa radykalnej lewicy.
Demonstranci blokujący (biernie!) faszystowski przemarsz zdecydowali się wreszcie na zorganizowane działanie – związek „Nazi-freies Dresden” zebrał kilka tysięcy osób, które zgromadziły się w węzłowych punktach trasy z dworca do centrum. Byli wśród nich m.in. działacze Die Linke, którzy zorganizowali „publiczne posiedzenie” swej partii. Działania przeprowadzono w taki sposób, żeby w miarę możliwości zapobiec fizycznym starciom – telewizyjny obraz kopanego skinheada zbyt często wzbudzał fałszywe przekonanie o rzekomej „symetrii” działań faszystów i lewicy. Tym razem udało się antyfaszystom pokazać rzeczywisty wymiar politycznego konfliktu i przedefiniować spór z kategorii „porządni obywatele” (czyli siedząca w domu milcząca większość) kontra „uliczni radykałowie” (nieważne, z lewa czy z prawa) na spór lewicy i liberalizmu z faszyzmem i populizmem.
Z wydarzeń w Dreźnie płyną co najmniej dwa wnioski – taktyczny i strategiczny. Jeśli chodzi o ten pierwszy, to widać dobrze, że w ostatnich latach udało się w Niemczech wypracować sensowną formułę pokojowych kontrdemonstracji. Podobnie jak w czasie blokady ksenofobicznego Szczytu antyislamskiego w Kolonii w 2008, nie tylko powstrzymują one wystąpienia faszystów, ale pomagają też zyskać pozytywny rozgłos. Protest symboliczny zyskuje w ten sposób konkretny wymiar i stanowi częściową przynajmniej odpowiedź na groźne, a obecne w europejskiej polityce tendencje (prawicowy ekstremizm skierowany jest głównie przeciw imigrantom, faszystowska żałoba po ofiarach „alianckiego terroru” to czysto instrumentalny kostium historyczny skrywający sprzeciw wobec współczesnej „krzywdy niemieckiej”, której sprawcami mają być przede wszystkim muzułmanie).
Sprawy się komplikują, gdy zastanowimy się głębiej, co właściwie zaszło pomiędzy drezdeńskim rynkiem i dworcem Neustadt. Sukces obu akcji obywatelskiego oporu, tej „mieszczańskiej” na rynku i tej „radykalnej” pod dworcem, może bowiem odwrócić uwagę od realnego problemu. Skrajna prawica to jego symptom, a nie źródło. Rewizjonizm historyczny grupy faszystów nie ma przełożenia na politykę niemiecką głównego nurtu - chadecka burmistrz miasta, składając hołd ofiarom zbrodniczych i (z wojskowego punktu widzenia) bezsensownych nalotów, podkreśliła, że 13 lutego to dzień pamięci o ofiarach, ale „także o tym, kto tą przeklętą wojnę rozpętał”. W tym miejscu należy postawić pytanie o długofalową strategię lewicy.
Upokorzenie liderów NPD i kilku tysięcy skinheadów nie unieważnia źródeł poparcia, jakim cieszy się w Niemczech dyskurs wykluczający część grup ze społeczeństwa. Rosnąca niepewność socjalna w oczywisty sposób mu sprzyja – tymczasem coraz głośniej słychać wezwania do demontażu państwa opiekuńczego i całego modelu społecznej gospodarki rynkowej. Wybitny skądinąd filozof Peter Sloterdijk jeszcze niedawno całkiem bliski lewicy, dziś wieszczy rewoltę „klasy wytwórczej” przeciw armii „nierobów” (w domyśle wszystkich, których w jakiś sposób utrzymuje państwo z podatków klasy średniej). Przed kilkoma dniami szef koalicyjnej FDP Guido Westerwelle rozwodził się nad ciężkim losem klasy średniej. Słusznie wskazując, że jest ona w trudnej sytuacji, winę zrzucił na… system zabezpieczeń społecznych. Jego zdaniem ciężko pracujących Niemców w biedę i niepewność losu wpędza przede wszystkim rozdęte państwo socjalne. Taki liberalny populizm stanowi rewers populizmu ksenofobicznego i faktycznie mu sprzyja – „uwolnienie” rynku pracy zwiększa bowiem, a nie zmniejsza rozwarstwienie społeczne.
Można skutecznie zwalczać faszyzm na poziomie taktyki, a i tak na dłuższą metę kompletnie polec. I choć dzisiejsi ekstremiści wyzywający niemiecką policję od faszystów, budzą raczej politowanie niż grozę, nie zmienia to faktu, że pokłady społecznej frustracji rosną. NPD i DVU to farsowa podróbka NSDAP, RFN to nie Republika Weimarska a Unia Europejska – nie Liga Narodów. Mimo to (a może właśnie dlatego!) inaczej niż kiedyś w Europie (a podobnie jak w USA) lewica na ulicach i w parlamentach musi nie tylko blokować prawicę – powinna wymuszać Nowy Ład. Raczej w stylu Keynesa niż Alberta Speera. Faszyzm nie przejdzie… na razie.
Zobacz: fotorelację z blokady demonstracji
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 18.02.2010 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...