Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Erbel: Ścieżki rowerowe to za mało Drukuj
Joanna Erbel   
19.08.2010

4186798531_3fee4e0b70_s.jpgPrzez ostatnie kilka lat przestrzeń miejska stała się jednym z głównych obszarów zainteresowania grup aktywistek i aktywistów. Walka o przestrzeń dla rowerów i pieszych, prawo do siedzenia na trawie, niskopodłogowe autobusy i tramwaje, ochronę starych budynków czy włączenie do narracji o mieście historii grup mniejszościowych mobilizuje do wspólnej walki o lepsze miasto. Kształt naszej fantazji wyznacza potencjalne sojusze, ale również zasłania fragmenty rzeczywistości, które nie zostały objęte szczególną uwagą. Jeżdząc czy chodząc po Warszawie, Poznaniu czy Katowicach marzymy o Berlinie czy Kopenhadze. O mieszkaniu w mieście, gdzie życie toczy się nie tylko w domach czy różnego rodzaju instytucjach, ale również pomiędzy budynkami. Gdzie przestrzeń otwarta jest przestrzenią publicznie dostępną i wygodną. Zaś pojawianie się sztuki w przestrzeni publicznej jest standardem a nie ekscesem, a miasto inwestuje nie tylko w rozwój infrastruktury, ale również wspiera kulturę i lokalne inicjatywy. 

  

Jednak, jak zauważa na swoim blogu Krzysztof Nawratek, marzenie o siedzeniu na trawie i poruszaniu się rowerem w mieście, mimo że z punktu widzenia wielu władz lokalnych wciąż nieoczywiste (albo traktowane jako trudne do zrealizowania) to znacznie za mało na lewicową wizję miasta. Jest ono jedynie mieszczańskim standardem, który wprawdzie poprawia życie klasie średniej coraz częściej rezygnującej z samochodów i chętniej spędzającej czas w przestrzeni publicznej, ale jako taki nie przeciwdziała społecznemu wykluczeniu grup uboższych. Pisząc o radykalnej wizji miejskiej polityki, Nawratek stwierdza, że „jedyna wizja miasta to wizja miasta egalitarnego, miasta dla wszystkich. Nie miasta, w którym spychamy poszczególne grupy do getta, lecz miasta, w którym różni ludzie uczą się ze sobą współegzystować”. Jednak typ działań prowadzących nas w stronę bardziej egalitarnego miasta, jest kwestią, o której zbyt łatwo zapominamy, marząc o lepszym mieście. 

  

Rower i pikniki na trawie mogą rymować się ze społeczną solidarnością, ale nie muszą. Zielone tereny mogą być egalitarną przestrzenią, dostępną dla wszystkich, ale tylko wtedy kiedy w ich pobliżu będą mieszkać różne grupy społeczne. Podobnie z rowerami: które są dobrym środkiem transportu, o ile mieszka się nie dalej niż w odległości 30 minut jazdy od miejsca pracy. Aby walka o ścieżki rowerowe nie była pierwszym krokiem do gentryfikacji, ale w stronę egalitarnej przestrzeni, konieczne jest spełnienie dodatkowych warunków. Po pierwsze, na poziomie indywidualnym, marząc o lepszym mieście musimy rozejrzeć się dookoła w naszej fantazji, czy aby nie jesteśmy w niej sami albo czy nie otaczają nas jedynie ludzie podobni do nas. Zaś chodząc po mieście pamiętać również o miejscach, których nie zauważamy, bo były od zawsze, ale możliwe, że znikną w ciągu nabliższych kilku lat, jeśli nie zostaną otoczone opieką. Często radośnie witamy nowe knajpy ze zdrowym, ale nie najtańszym jedzeniem, ale umykają nam znikające bary mleczne, kawiarnie z tanią kawą (często parzoną „po turecku”), stojący na rogu rolnicy sprzedający warzywa z żuka, ogródki działkowe w mieście czy przyzakładowe przedszkola. Po drugie, na poziomie strukturalnym konieczne jest prowadzenie polityki miejskiej, która będzie ułatwiała spełnianie marzeń o egalitarnym mieście. Nie wystarczy myśleć o poszczególnych praktykach, takich jak jeżdżenie rowerem czy spacerowanie po mieście oddzielając je od polityki czynszowej, cen żywności czy wydarzeń artystycznych.  

  

Poza punktowymi rozwiązaniami, które są odpowiedzią na postulaty różnych grup interesu dotyczącymi miejskiej infrastruktury (np. rowerzystów czy niepełnosprawnych), trzeba również zastanowić się na czym miałoby polegać w mieście życie dobrej jakości. Zauważyć związek między polityką czynszową, cenami mieszkań, jedzenia, infrastrukturą i dostępem do edukacji czy różnych form rozrywki. Aby było to możliwe, konieczne jest przedefiniowanie kultury i traktowanie jej jako obszaru, który dotyczy nie tylko tradycyjnie rozumianych sztuki i edukacji, ale również wszelkich przejawów kolektywnego spędzania czasu, różnych form rozrywki, jedzenia, wymiany myśli i doświadczeń. Należy uznać, że w obszar kultury wchodzi nie tylko czytanie książek i gazet, oglądanie filmów czy sztuk teatralnych, obcowanie ze sztuką dawną i nowoczesną, ale również towarzyszące im wspólne gotowanie, biesiadowanie, naprawianie rowerów, szydełkowanie i cerowanie, jak również bezinteresowne spędzanie czasu razem, które służy podtrzymaniu więzi społecznych, przekazywaniu życiowego doświadczenia i generowaniu plotek. Pozwoli to wskazać na praktyki życia codziennego różnych grup za obszar, który godny jest uwagi, co od dawna wiedzą antropologowie i antropolożki, a co jeszcze jest bardzo nieoczywiste dla władz miasta. 

  

Poszerzenie rozumienia kultury i decyzja o wspieraniu kultury w mieście powinna również przełożyć się na politykę czynszową. Nieraz bowiem początkowe intencje właścicieli kawiarni czy restauracji, żeby sprzedawać kawę tańszą niż 5 złotych rozbijają się o wysokie czynsze lokali użytkowych. Zaś chęci wspierania lokalnego handlu są uniemożliwione przez likwidację pobliskiego targowiska. Kryterium otrzymania lokalu z preferencyjnym czynszem mogłaby nie tylko być obecność wydarzeń kulturalnych, ale w przypadku lokali z częścią gastronomiczną, również, albo i przede wszystkim oferta, albo część oferty dostępna dla szerokiego grona mieszkańców. Promocja kultury obejmowałaby poza troską o wzrost czytelnictwa, promowanie muzyki Chopina, również dofinansowywanie takich inicjatyw jak kawa dla emerytów za złotówkę, czy sprzedawnie dobrego espresso za 3 złote, kawy parzonej za 2 złote i wspieranie barów mlecznych; oraz tworzenie miejsc, które byłyby nową formą domów kultury - manufakturami wolnego czasu wyposażonymi nie tylko w sale, bibliotekę i salę spotkań, ale również wspólną garkuchnię, warsztat do naprawy i produkcji różnych sprzętów. Gdzie możnaby nie tylko się doedukować, ale również podzielić swoimi umiejętnościami i wiedzą na temat sztuki, nauk ścisłych i społecznych, języków, ale również szycia, recyklingu przedmiotów czy umiejętności gotowania.  

  

Pragnąc modernizacji miasta na wzór zachodnioeuropejski za rzadko stawiamy sobie pytanie o to, czy jedynym rozwiązaniem jest podążenie już sprawdzoną drogą i poniesienie tych samych kosztów społecznych, takich jak gentryfikacja wcześniej alternatywnych i tańszych dzielnic czy wzrost kosztów życia (a zwłaszcza cen żywności). O to, czy chcemy być drugim Berlinem, Kopenhagą (czy innym miastem) czy chcemy aby dobra jakoś życia w mieście była szeroko dostępnym dobrem. Czy zależy nam przede wszystkim na wykorzystaniu dotacji unijnych na wyrównanie standardów, a potem dalszych środków na przeciwdziałaniu społecznemu wykluczeniu, które jest efektem tych zmian? Czy inaczej: chcemy pójść na skróty, własną drogą, wykroczyć poza myślenia o miastach post-socjalistycznych jako niedojrzałej wersji miast kapitalistycznych i zaproponować alternatywny model polepszania jakości przestrzeni miejskiej, w której będziemy korzystać z dotacji rozwojowych, ale tak, żeby przede wszystkim chronić społeczne zróżnicowanie tkanki miejskiej oraz walczyć o to, żeby wysoka jakość życia była dobrem powszechnym, a nie luksusem. Ograniczanie naszych marzeń do życia w mieście, gdzie są ścieżki rowerowe i priorytet na ruch pieszy to znacznie za mało!  

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
Slawczan  - Maksymalizm   |19.08.2010 12:43:04
Artykuł brzmi troche jak zbiór pobożnych życzń.Też bym chciał żeby tak było ale
jest małe ale…Skąd kasa na to? Może posuwajmy się do przodu małymi
krokami.Może najpierw te nieszczęsne ścieżki (byle w standardzie
zachodnioeuropejskim a nie polskosamorządowym).To jest generalnie źródło klęsk
lewicy :mnozenie żądań i brak uściślonej granicy.Prawicy łatwiej sprecyzować się
:ma byc tak jak jest. A lewica? związki partnerskie dla LGBT? Ok. Nie ,za mało!
Małżeństwa? Ok. Nie! Za mało! A co z prawem do adopcji? I tak dalej. Myślę ,że
trzeba ustalić niewielkie minimum i zrealizować je po czym ustalić następne itd.
A nie stawiać program maksymalistyczny wykonać 10% i ogłaszać sukces.Zadbajmy
najpierw o możliwość poruszania się niepełnosprawnych(toż to podstawowe prawo
człowieka) i infrastrukture rowerową (ekologia) a poetm kolejny etap. I nie
silmy się na NASZE rozwiązania bo zwykle wykluwają sie potworki. Sililiśmy się
na naszą ustawe o zakazie palenia w miejscach publicznych i co? wielkie BZ. A
wystarczyło przetłumaczyć i przepisać ustawę z któregoś kraju gdzie one działają
.Sam mieszkałem w Irlandii przez 5 lat i żyłem w śodowsku bez dymu tytoniowego.
A u nas mega dywagacje i góra urodziła mysz.I tak ze wszystkim.Autor artykułu
pisze o dobrm esspresso za 3 zł.sam bym takie spił ale kto ma dołożyć do
czynszu? by było ono tańsze? i kto zagwarantuje,że mimo dokładki bedzie tańsze?
to może superherbaciarnie,supertrafiki? Itp.Absolutna utopia.
Problemem nie są
czynsze(bo na to miasto wpływ ma niewielki) ale niekontrolowany rozwój miast
narzucany przez developerów a wynikający z barku planu zagospodarowania
przestrzennego,tworzenie zamkniętych osiedli,olanie rozwoju sieci
komunikacyjnej.Tu jest prawdziwe pole walki o miasto dla LUDZI. Miasta dla ludzi
a nie developerów
meduza  - Jaka praca w solidarnym mieście?   |19.08.2010 19:42:38
Slawczan ma rację, na razie dążymy do miast jako zestawów sąsiadujących ze sobą
osiedli grodzonych pobudowanych przez developerów. W pełni popieram postulaty
autorki tekstu, ale one odnoszą się transformacji w obrębie starych dzielnic, a
nie do dzielnic tworzących się obecnie, na "kapitalistycznych" zasadach
jako sypialnie+kaufland. Nowe dzielnice zabudowane wyłącznie mieszkaniówką, z
których do pracy albo rozrywki trzeba dojechać autem do centrum, to objaw
niezrównoważonego rozwoju miasta, niweczącego wszelkie nadzieje zawarte w
powyższym tekście.

Chciałam też zwrócić uwagę, że autorka artykułu przykłada
wagę do gastronomii i kultury, ale nie wspomina o miejscach pracy. Praca jest
główną treścią życia większości populacji. Myśląc o mieście, jakie chcemy,
trzeba koniecznie zastanowić się nad tym jak i gdzie ludzie będą zarabiać
pieniądze, które następnie mają wydawać na targowiskach i w lokalach
gastronomicznych. Bo racją jest, że o ścieżki rowerowe walczą raczej młodzi i
wykształceni ludzie pracujący w mediach, instytucjach kultury, innowacyjnych
firmach z siedzibą w okolicach centrum… a jak włączyć w życie miasta tych,
którzy pracują w warsztatach samochodowych, przy produkcji plastikowych
kształtek, wykładając towary na półki w dyskoncie? Miejsca pracy ludzi
niewykwalifikowanych są ulokowane zazwyczaj na nieatrakcyjnych obrzeżach miast,
w bliskości nieatrakcyjnych mrówkowców, daleko od bibliotek, kin, barów
mlecznych, targowisk. Jak się do tego ma miasto solidarne społecznie?
Artur Stadnik   |20.08.2010 11:51:33
Cytowany Nawratek określa zamiłowanie do siedzenia na trawce, jazdy rowerem po
mieście itd. z "lewicową wizją miasta".
Że co?
krzysztof_nawratek   |20.08.2010 23:53:09
Artur Stadnik: cytowany Nawratek nie bardzo rozumie co znaczy ‘zamiłowanie do
siedzenia na trawce, jazdy rowerem po
mieście itd. z "lewicową wizją
miasta"

ale chciałby wiedzieć - w którym miejscu tenże Nawratek
określa?
bo on ma wrażenie, że jakoś inny tekst czytał Pan niż on napisał…
jóźwik  - nie fantazja ,lecz procedury!   |22.08.2010 15:08:48
Fantazji, jako naród, mamy ponad miarę. Spontanu też, i wspólnotowych uniesień
również nadto. Nie tędy droga. Czego brakuje? Kapitału społecznego! Kuleje też
świadomość prawna: przeciętny obywatel nie zna norm, zasad i formalnych
procedur, na które może się powoływać dbając o swoje grupowe interesy, np.
preferujących rowery lokatorów właśnie budowanego osiedla.
W tym obszarze mamy
bogatą tradycję "protestu i nieposłuszeństwa". I nic więcej. Trwałych
grup nacisku na takich aktach reaktywnego działania nie da się zbudować.

Przywołane więc tu przykłady Kopenhagi lub Berlina świadczą bardziej o naszej
bezradności. Jeśli nasza kultura organizacyjno-prawna zdegenerowała się lub od
początku szwankuje, pozostaje nam tylko fantazja….
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 27.08.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.89857 Seconds