|
Przez ostatnie kilka lat przestrzeń miejska stała się jednym z głównych obszarów zainteresowania grup aktywistek i aktywistów. Walka o przestrzeń dla rowerów i pieszych, prawo do siedzenia na trawie, niskopodłogowe autobusy i tramwaje, ochronę starych budynków czy włączenie do narracji o mieście historii grup mniejszościowych mobilizuje do wspólnej walki o lepsze miasto. Kształt naszej fantazji wyznacza potencjalne sojusze, ale również zasłania fragmenty rzeczywistości, które nie zostały objęte szczególną uwagą. Jeżdząc czy chodząc po Warszawie, Poznaniu czy Katowicach marzymy o Berlinie czy Kopenhadze. O mieszkaniu w mieście, gdzie życie toczy się nie tylko w domach czy różnego rodzaju instytucjach, ale również pomiędzy budynkami. Gdzie przestrzeń otwarta jest przestrzenią publicznie dostępną i wygodną. Zaś pojawianie się sztuki w przestrzeni publicznej jest standardem a nie ekscesem, a miasto inwestuje nie tylko w rozwój infrastruktury, ale również wspiera kulturę i lokalne inicjatywy.
Jednak, jak zauważa na swoim blogu Krzysztof Nawratek, marzenie o siedzeniu na trawie i poruszaniu się rowerem w mieście, mimo że z punktu widzenia wielu władz lokalnych wciąż nieoczywiste (albo traktowane jako trudne do zrealizowania) to znacznie za mało na lewicową wizję miasta. Jest ono jedynie mieszczańskim standardem, który wprawdzie poprawia życie klasie średniej coraz częściej rezygnującej z samochodów i chętniej spędzającej czas w przestrzeni publicznej, ale jako taki nie przeciwdziała społecznemu wykluczeniu grup uboższych. Pisząc o radykalnej wizji miejskiej polityki, Nawratek stwierdza, że „jedyna wizja miasta to wizja miasta egalitarnego, miasta dla wszystkich. Nie miasta, w którym spychamy poszczególne grupy do getta, lecz miasta, w którym różni ludzie uczą się ze sobą współegzystować”. Jednak typ działań prowadzących nas w stronę bardziej egalitarnego miasta, jest kwestią, o której zbyt łatwo zapominamy, marząc o lepszym mieście.
Rower i pikniki na trawie mogą rymować się ze społeczną solidarnością, ale nie muszą. Zielone tereny mogą być egalitarną przestrzenią, dostępną dla wszystkich, ale tylko wtedy kiedy w ich pobliżu będą mieszkać różne grupy społeczne. Podobnie z rowerami: które są dobrym środkiem transportu, o ile mieszka się nie dalej niż w odległości 30 minut jazdy od miejsca pracy. Aby walka o ścieżki rowerowe nie była pierwszym krokiem do gentryfikacji, ale w stronę egalitarnej przestrzeni, konieczne jest spełnienie dodatkowych warunków. Po pierwsze, na poziomie indywidualnym, marząc o lepszym mieście musimy rozejrzeć się dookoła w naszej fantazji, czy aby nie jesteśmy w niej sami albo czy nie otaczają nas jedynie ludzie podobni do nas. Zaś chodząc po mieście pamiętać również o miejscach, których nie zauważamy, bo były od zawsze, ale możliwe, że znikną w ciągu nabliższych kilku lat, jeśli nie zostaną otoczone opieką. Często radośnie witamy nowe knajpy ze zdrowym, ale nie najtańszym jedzeniem, ale umykają nam znikające bary mleczne, kawiarnie z tanią kawą (często parzoną „po turecku”), stojący na rogu rolnicy sprzedający warzywa z żuka, ogródki działkowe w mieście czy przyzakładowe przedszkola. Po drugie, na poziomie strukturalnym konieczne jest prowadzenie polityki miejskiej, która będzie ułatwiała spełnianie marzeń o egalitarnym mieście. Nie wystarczy myśleć o poszczególnych praktykach, takich jak jeżdżenie rowerem czy spacerowanie po mieście oddzielając je od polityki czynszowej, cen żywności czy wydarzeń artystycznych.
Poza punktowymi rozwiązaniami, które są odpowiedzią na postulaty różnych grup interesu dotyczącymi miejskiej infrastruktury (np. rowerzystów czy niepełnosprawnych), trzeba również zastanowić się na czym miałoby polegać w mieście życie dobrej jakości. Zauważyć związek między polityką czynszową, cenami mieszkań, jedzenia, infrastrukturą i dostępem do edukacji czy różnych form rozrywki. Aby było to możliwe, konieczne jest przedefiniowanie kultury i traktowanie jej jako obszaru, który dotyczy nie tylko tradycyjnie rozumianych sztuki i edukacji, ale również wszelkich przejawów kolektywnego spędzania czasu, różnych form rozrywki, jedzenia, wymiany myśli i doświadczeń. Należy uznać, że w obszar kultury wchodzi nie tylko czytanie książek i gazet, oglądanie filmów czy sztuk teatralnych, obcowanie ze sztuką dawną i nowoczesną, ale również towarzyszące im wspólne gotowanie, biesiadowanie, naprawianie rowerów, szydełkowanie i cerowanie, jak również bezinteresowne spędzanie czasu razem, które służy podtrzymaniu więzi społecznych, przekazywaniu życiowego doświadczenia i generowaniu plotek. Pozwoli to wskazać na praktyki życia codziennego różnych grup za obszar, który godny jest uwagi, co od dawna wiedzą antropologowie i antropolożki, a co jeszcze jest bardzo nieoczywiste dla władz miasta.
Poszerzenie rozumienia kultury i decyzja o wspieraniu kultury w mieście powinna również przełożyć się na politykę czynszową. Nieraz bowiem początkowe intencje właścicieli kawiarni czy restauracji, żeby sprzedawać kawę tańszą niż 5 złotych rozbijają się o wysokie czynsze lokali użytkowych. Zaś chęci wspierania lokalnego handlu są uniemożliwione przez likwidację pobliskiego targowiska. Kryterium otrzymania lokalu z preferencyjnym czynszem mogłaby nie tylko być obecność wydarzeń kulturalnych, ale w przypadku lokali z częścią gastronomiczną, również, albo i przede wszystkim oferta, albo część oferty dostępna dla szerokiego grona mieszkańców. Promocja kultury obejmowałaby poza troską o wzrost czytelnictwa, promowanie muzyki Chopina, również dofinansowywanie takich inicjatyw jak kawa dla emerytów za złotówkę, czy sprzedawnie dobrego espresso za 3 złote, kawy parzonej za 2 złote i wspieranie barów mlecznych; oraz tworzenie miejsc, które byłyby nową formą domów kultury - manufakturami wolnego czasu wyposażonymi nie tylko w sale, bibliotekę i salę spotkań, ale również wspólną garkuchnię, warsztat do naprawy i produkcji różnych sprzętów. Gdzie możnaby nie tylko się doedukować, ale również podzielić swoimi umiejętnościami i wiedzą na temat sztuki, nauk ścisłych i społecznych, języków, ale również szycia, recyklingu przedmiotów czy umiejętności gotowania.
Pragnąc modernizacji miasta na wzór zachodnioeuropejski za rzadko stawiamy sobie pytanie o to, czy jedynym rozwiązaniem jest podążenie już sprawdzoną drogą i poniesienie tych samych kosztów społecznych, takich jak gentryfikacja wcześniej alternatywnych i tańszych dzielnic czy wzrost kosztów życia (a zwłaszcza cen żywności). O to, czy chcemy być drugim Berlinem, Kopenhagą (czy innym miastem) czy chcemy aby dobra jakoś życia w mieście była szeroko dostępnym dobrem. Czy zależy nam przede wszystkim na wykorzystaniu dotacji unijnych na wyrównanie standardów, a potem dalszych środków na przeciwdziałaniu społecznemu wykluczeniu, które jest efektem tych zmian? Czy inaczej: chcemy pójść na skróty, własną drogą, wykroczyć poza myślenia o miastach post-socjalistycznych jako niedojrzałej wersji miast kapitalistycznych i zaproponować alternatywny model polepszania jakości przestrzeni miejskiej, w której będziemy korzystać z dotacji rozwojowych, ale tak, żeby przede wszystkim chronić społeczne zróżnicowanie tkanki miejskiej oraz walczyć o to, żeby wysoka jakość życia była dobrem powszechnym, a nie luksusem. Ograniczanie naszych marzeń do życia w mieście, gdzie są ścieżki rowerowe i priorytet na ruch pieszy to znacznie za mało!
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...