|
Nic tak skutecznie nie dyscyplinuje do pracy jak kredyty mieszkaniowe. Zwłaszcza te trzydziestoletnie. Ich popularności nie zaszkodził nawet kryzys, który w pewnym momencie dawał nadzieje, że konieczne zostanie przemyślenie polityki mieszkaniowej. Tak jednak się nie stało. Mieszkania własnościowe, które na przykład w Niemczech są rzadkością, w Polsce nadal są uznawane za jedno z podstawowych dóbr, za niezbędny element życia dobrej jakości. Własne mieszkanie - nawet to wzięte na kredyt - to gwarancja poczucia stabilności i wyznacznik prestiżu społecznego. Im większe, tym lepiej. Na większej powierzchni lepiej można realizować swój indywidualny tryb życia, być bardziej otwartym na wprowadzanie się partnerów czy pojawianie się zwierząt lub dzieci. Fantazje o dużych mieszkaniach tak silnie są obecnie w wyobraźnie społecznej, że nie zagrażają im nawet rosnące ceny nieruchomości. Obecnie metr kwadratowy mieszkania w Warszawie kosztuje między 6,5 a 9 tysięcy złotych, w Krakowie 7,5 tys, w Łodzi - 4,3 tys., Poznaniu - 6 tys, czyli znacznie więcej niż wynosi średnia krajowa. Co więcej, w sprzedaży bardzo niewiele jest małych wygodnych mieszkań o metrażu poniżej 50m2. Ich stworzenie oraz budowanie mieszkań socjalnych wydaje się jednym z koniecznych kroków, które miasta muszą wykonać.
Wyzwanie stworzenia wygodnych przestrzeni mieszkalnych o mniejszym metrażu podjęli Jakub Szczęsny, Tomasz Gancarczyk oraz Piotr Fabirkiewicz. Ich projekt Redukcja, który od zeszłego wtorku do 22 listopada możemy oglądać w warszawskiej Fundacji Bęc Zmiana, jest próbą zredukowania powierzchni mieszkań przy jednoczesnym zachowaniu ich funkcjonalności. Architekci proponują między innymi pozbycie się korytarzy oraz zmniejszenie powierzchni pokojów. Postulują zredukowanie powierzchni „pokoju telewizyjnego” na rzecz kuchni, co zachęci do spędzenia większej ilości czasu przy stole i rozmowie niż w relacji z telewizorem. Jednym z pomysłów jest również zniesienie wymogu stawianego deweloperom: zapewnienia miejsc parkingowych. Postulat autorów projektu, kontrowersyjny z punktu widzenia posiadaczy samochodów i użytkowników chodników, mógłby stanowić wyjście dla nowej polityki transportowej, która promowałaby ruch rowerowy, transport publiczny oraz car-sharing, czyli współdzielenie samochodów. Odpowiedzią na brak mieszkań i ich rosnące ceny są również próby zawłaszczenia przestrzeni, często półlegalne, proponowane przez artystów i architektów. Popularnym rozwiązaniem są adaptacje strychów i poddaszy na mieszkania-pracownie, poszerzanie mieszkań o przestrzenie klatek schodowych czy zabudowywanie balkonów i włączanie ich w obręb mieszkania. Znacznie bardziej kontrowersyjnymi rozwiązaniami są różnego rodzaju samorodne nadbudówki na budynkach, nielegalne lub półlegalne samowole budowlane, które pojawiają się na dachach budynków czy innych konstrukcji. Jedną z bardziej kontrowersyjnych będzie projektowany przez architekta Nicolasa Henningera dom na dachu wynajmowanego przez niego kontenera, który jak wiele podobnych stoi na niedziałającym parkingu w londyńskiej dzielnicy Dalston. Niewielki, dobrze izolowany dom o powierzchni kilkunastu metrów kwadratowych ma być miejscem pracy i mieszkaniem. Usytuowany pod nim kontener będzie służył zarówno jako magazyn, jak i klatka schodowa. Konstrukcja ma być odpowiedzią na wysokie ceny czynszu w Londynie i protestem przeciwko wspólnemu mieszkaniu z mniej lub bardziej obcymi ludźmi, wymuszonemy koniecznością oszczędzania. Projekt Henningera oraz inne projekty kontenerowe, które działają na wyobraźnię, jest o tyle kontrowersyjny, że stosowany na szerszą skalę zbyt silnie przypomina próby obniżenia standardów mieszkań socjalnych proponowane przez władze m.in. Poznania i Limanowej. Pomysł zamieszkania w kontenerze, tak samo jak zmniejszanie powierzchni mieszkalnej, może uwodzić jako kreatywna odpowiedź artystek czy architektów. Budzi jednak zgrozę, jeśli staje się narzędziem polityki społecznej. Kwestia minimalnej powierzchni mieszkania nie dotyczy samego mieszkania, ale również, jeśli nie przede wszystkim, jego najbliższego otoczenia. Im bardziej dostępna jest przestrzeń publiczna i im więcej potrzeb można zaspokoić poza domem, tym pragnienie posiadania dużego mieszkania jest słabsze. Tanie restauracje i kawiarnie, dostępne cenowo kina, wygodne parki, tanie sauny i baseny, biblioteki oraz inne przestrzenie publiczne sprawiają, że nie potrzebujemy mieć dużego mieszkania, żeby spotkać się ze znajomymi na wspólny posiłek czy picie wina, obejrzeć na większym ekranie film czy posiadać ogromnej łazienki. A mniejsze mieszkanie to większa swoboda finansowa i potencjalnie więcej czasu, który można spędzić inaczej niż tylko zmagając się ze spłatą kolejnej raty kredytowej. Teksty Joanny Erbel z cyklu „Miejskie rewolucje” publikujemy w czwartki.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...