|
Kilka dni temu w stołecznym dodatku „Gazety Wyborczej” pojawił się artykuł ostrzegający, że zabytkowa hala targowa na warszawskich Koszykach być może nie zostanie zrekonstruowana. Deweloper rzekomo zrezygnował z poprzednio planowanej inwestycji i chce sprzedać działkę przy Koszykowej. Niedługo później internet obiegła fala głosów sprzeciwu, na Facebooku powstała grupa założona przez Bartosza Dominiaka. Wkrótce będzie można podpisać petycję w obronie secesyjnej hali.
Hala targowa na Koszykowej została rozebrana w 2008 roku, ale deweloper miał ją odbudować. Mimo zapewnień stołecznej konserwator zabytków, Ewy Nekandy-Trepki, istnieje jednak niebezpieczeństwo, że konstrukcja pozostanie w magazynach.
Hala na Koszykach może podzielić los innego obiektu handlowego – Supersamu z warszawskiego Mokotowa, który ustąpił miejsca właśnie budowanemu wysokościowcowi. Supersam miał zostać przeniesiony na Ursynów i - tak jak hala na Koszykach - zrekonstruowany. Trafił jednak na złom. Kontaktu z inwestorem nie przetrwała również praska parowozownia oraz wiele innych obiektów pofabrycznych, które nagle zaczęły się rozpadać w wyniku „wad konstrukcyjnych”, wymyślonych na użytek ekspertyz. XX-wiecznych budynków w centrach miast nie chroni nawet wpis do rejestru zabytków. Jeśli stoją na atrakcyjnych działkach, stają się łakomym kąskiem dla inwestorów, którzy lekceważą przepisy prawa. Czy można zmusić ich do odbudowy zabytkowego budynku, który „przypadkiem” się zawalił podczas remontu? Jak widać – nie. Sankcją są kilkusetzłotowe kary za niedopatrzenia budowlane – być może dotkliwe dla osób prywatnych, na własną rękę próbujących wyremontować czy rozbudować strych w zabytkowej kamienicy, ale nie dla firmy deweloperskiej.
Deweloperzy kierują się logiką zysku i – zwłaszcza ci obracający globalnym kapitałem – mało sobie cenią lokalną historię. Warto jednak się zastanowić dlaczego obojętne są władze miasta. Dlaczego nie chronią swoich XIX-wiecznych i XX-wiecznych zabytków? Dlaczego tak łatwo się godzą ze znikaniem przykładów polskiego modernizmu, zabytkowych hal targowych czy terenów pofabrycznych? Gdyby nie społeczny nacisk, nie ostałaby się również Rotunda ani stacje kolei podmiejskiej (w tym najładniejsza z nich – Dworzec Powiśle). Zabytkowe targowiska, które za granicą nie tylko służą lokalnym mieszkańcom, ale są także atrakcjami turystycznymi, w Polsce traktowane są jak kłopot, obiekt zajmujące miejsce biurowcom i luksusowym mieszkaniówkom. W Warszawie turystów ma przyciągać Pałac Kultury i wciąż przypominająca scenografię filmową Starówka.
Można oczywiście uznać, że pieniądze ze sprzedaży miejskich gruntów trafiają do kasy miasta, a potem do nas – w postaci ścieżek rowerowych, nowych autobusów, skoszonych trawników. Ale skoro sprzedaż ziemi w centrum to taki świetny interes, służący ogólnemu dobrobytowi, to dlaczego nie wykroić kawałka Łazienek na nową mieszkaniówkę, w której będzie można prawdziwie po królewsku? Dlaczego historia Polski szlacheckiej i królewskiej miałaby być ważniejsza od tej robotniczej i handlowej? Można na przykład zamienić dworek, w którym mieści się Muzeum Woli, na wielofunkcyjną przestrzeń konferencyjną. Inwestor na pewno się znajdzie. Wyburzyć Zachętę z pobliskim kościołem protestanckim i pod pretekstem odbudowy w nowej, lepszej, bardziej funkcjonalnej formie postawić nowe centrum biurowo-handlowe. Dlaczego nie? Oba budynki zajmują sporo miejsca i tak jak secesyjne hale targowe są tylko pamiątkami dawnej architektury. Może w mieście, które się rozwija, nie potrzebujemy ich tylu?
A może należałoby w końcu przestać traktować centra miast jak tereny inwestycyjne i zacząć działać według innych reguł niż logika rynku nieruchomości.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...