|
Niedawna wypowiedź Krystiana Legierskiego, założyciela legendarnego klubu LeMadame, że rozważa start w wyborach na prezydenta Warszawy jako kandydat Zielonych 2004, wzbudziła spore zainteresowanie i jeszcze więcej kontrowersji. Na swoim i cudzym Facebooku obserwowałam żywe debaty na ten temat. Pytania i wątpliwości pojawiały się zarówno wśrod środowisk lewicowych, jak i osób deklarujących poglądy liberalne. Czy tożsamość seksualna kandydata związanego ze środowiskiem LGBTQ nie przesłoni innych postulatów z programu Zielonych 2004 - pytali lewicowcy. Czy Warszawa powinna mieć prezydenta z wyraźną tożsamością polityczną i społeczną, czy może potrzebuje jedynie dobrego zarządcy, który/która będzie wprowadzała w efektywny sposób projekty modernizacji miejskiej infrastruktury - pytali liberałowie. Temperaturę dyskusji podgrzała wypowiedź Legierskiego w „Poranku TVN24”, że most Północny jest ważny i trzeba go zbudować, ale żaden Litwin nie przyjedzie po nim jeździć. Należy więc przede wszystkim inwestować w tkankę społeczno-kulturową miasta, żeby Warszawa była atrakcyjna dla innych mieszkańców Europy Wschodniej i stała się takim miastem, jakim obecnie jest Berlin czy Paryż.
Doprowadziło to do fałszywego antagonizmu między dwiema wizjami miasta. Z jednej strony nowoczesnego, rozwijającego się miasta wyposażonego w dobrą infrastrukturę, o dużej przepustowości ruchu (z priorytetem dla ruchu samochodowego). Z drugiej zaś miasta zamieszkałego przez bohemę, wygodnego dla nielicznej grupki mieszkających w centrum artystów oraz członków i członkiń środowisk wolnościowo-lewicowych skoncetrowanych wokół Nowego Wspaniałego Światu oraz kilku queerowych klubów. Z jednej strony miasta łatwo dostępnego dla mieszkańców, którzy sprawnie mogą pokonywać codzienne trasy między domem i odległym miejscem pracy. A z drugiej miasta atrakcyjnego dla zagranicznych turystów, którzy uwodzi wciąż trochę egzotyczna Warszawa. Miasta, w którym geje wkraczają w przestrzeń publiczną zamiast mostów, a mosty są budowane przeciw gejom. Jednak niezależnie od tego, czy zwycieży konserwatywna modernizacja stawiająca na polepszenie infrastruktury, czy też wygra podejście nastawione na postęp społeczny i zmniejszanie nierówności społecznych, w Warszawie ani nie przestanie się budować mostów, ani nie zostaną zakazane kluby gejowskie. Zmieni się za to hierarchia priorytetów, czyli to, co władza wspiera, zaszczyca gestem przecięcia wstęgi czy obecnością oficjeli, a co uważa za obowiązek i łaskawie toleruje, bo takie, a nie inne są standardy europejskie.
Wokół czego ma się tworzyć tożsamość warszawiaków i warszawianek: wokół jazdy na rowerze, powszechnego dostępu do edukacji, współbycia w przestrzeni publicznej i bezpieczeństwa społecznego? Czy może wokół planów modernizacji tkanki miejskiej, satysfakcji z szybkiego poruszania się w coraz bardziej zindywidualizowanej formie? Czy prezydent będzie otwierać nowo wybudowane mosty i drogi, czy przemówi na rozpoczęciu Parady Równości, Manify albo innej demonstracji, której celem jest walka o prawa grup mniejszościowych? Czy przy ograniczonym budżecie priorytem będzie wprowadzanie nowego systemu kart miejskich poddających użytkowników metra większej kontroli, czy otwarcie kilku nowych przedszkoli? Czy na autobusach dostosowanych dla niepełnosprawnych i rodziców z dziećmi będzie się oszczędzać, czy uzna się je za kwestię najważniejszą, wartą poniesienia dodatkowych kosztów?
Nie jest takie ważne, czy Krystian Legierski ostatecznie będzie kandydował, czy nie. Sama deklaracja otwiera pole do dyskusji o tym, jak mogłaby wyglądać przestrzeń miejska oparta na innym wyobrażeniu niż miasto jako efektywnie zarządzane przedsiębiorstwo. Przeciwstawienie mostów gejom prowadzi do fałszywego antagonizmu. Ale pokazuje też ograniczenia technokratyczno-modernizacyjnej wizji miasta, która wiedzie do łatwego usuwania praw obywatelskich na drugi plan. Każe postawić pytania, o to jak w praktyce mogłaby wyglądać polityka miejska oparta na solidarności społecznej (w tym solidarności z naturą), wychodząca od doświadczeń życia codziennego i lokalności. Polityka, która odnosiłaby się do miejskiej wspólnoty jako bardzo zróżnicowanego kolektywu złożonego z jednostek albo swego rodzaju hybryd (rodzic z wózkiem, rowerzystka, samochód z kierowcą), zwierząt, roślin. Taka polityka przeciwstawiałaby się rozumieniu miasta jako wyłącznie przestrzeni inwestycji, które z założenia służą polepszeniu komfortu życia mieszkańców, są planowane odgórnie i weryfikuje się ich pod wpływem lokalnych protestów. Jednocześnie wzmacniałaby poczucie przynależności do Warszawy jako miasta. Bo nie byłoby to już miasto, do którego z trudem musimy się dostosowywać, ale miasto, które niezależnie od naszego statusu materialnego, również dostosowuje się nas.
Teksty Joanny Erbel z cyklu “Miejskie rewolucje” publikujemy w czwartki.
Na podobny temat
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...