> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze.
Marshall Berman, Przygody z marksizmem

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Erbel: Kwestia mieszkaniowa - dwie narracje Drukuj
Joanna Erbel   
21.10.2011

Dwa lata temu na Kongresie Kultury Polskiej Michał Boni podczas prezentacji „Polska 2030 – Kultura 2030” mówił o dwóch postawach wobec rzeczywistości społecznej: tej pożądanej, opisywanej przez mobilność, elastyczność, otwarcie na zmiany, chęć samorozwoju i podejmowania ryzyka. Oraz tej drugiej, uznanej za dziedzictwo PRL-u, charakteryzującej się stabilnością, konserwatyzmem, niechęcią do podejmowania zmian, odmową mobilności, zakorzenieniem, które jest tylko obciążeniem. Mogłoby się wydawać, że takie proste przeciwstawienie tego, co dobre, bo mobilne, i tego, co wsteczne, bo oparte na potrzebie stabilności, odeszło już w niepamięć. A nawet jeśli jest obecne, to dotyczy neoliberalnych wizji rynku, a nie polityki miejskiej. W końcu coraz więcej się mówi o istotnej roli wspólnot lokalnych, konieczności budowania więzi, inwestuje się w sadzonki, huśtawki i ławki, które mają sprawiać, że podwórka staną się atrakcyjną przestrzenią wspólną, gdzie powstaną więzi sąsiedzkie. Miasta mają być przestrzeniami do życia i to życia codziennego, a nie jedynie wygodnymi przestrzeniami transferu czy też atrakcjami turystycznymi. 


Zwrot ku lokalności nie sprawił, że zniknął podział na to, co mobilne, i to, co silnie zakorzenione w danej przestrzeni. Jest on wciąż obecny, ale nie zawsze jawnie. Powrócił ostatnio podczas debaty „Jak mieszkać? Mieszkania czy osiedla kontenerów?” organizowanej w ramach festiwalu Warszawa w Budowie. Wizja elastycznych jednostek, którym powinno się pomóc zwiększyć mobilność poprzez uelastycznienie rynku mieszkaniowego, udostępnienie miejskich mieszkań na wynajem oraz ograniczenie dożywotniego prawa najmu, była przeciwstawiana osiadłemu trybowi obecnych, zwykle również biedniejszych lokatorek i lokatorów, od których mieszkania można odzyskać mieszkania dopiero po śmierci ich albo ich spadkobierców. I tak jak wcześniej, w wizjach Boniego, obraz dynamicznego yuppie przeciwstawiano apatycznemu bezrobotnemu z dawnego PGR, tak teraz rodzina z małymi dziećmi stanęła w opozycji do biednej długowiecznej staruszki okupującej mieszkanie komunalne.


Obecni zgodnie twierdzili, że potrzeba więcej mieszkań oraz, że konieczne jest stworzenie oferty mieszkaniowej dla grup społecznych o różnych dochodach. Jednak ten wspólny postulat, powtarzany przez wszystkie strony odsuwał na bok pewien istotny antagonizm, który leży u podstaw kwestii mieszkaniowej, jakim jest wizja wspólnoty miejskiej. Tym, co różniło prelegentów, był stosunek do kwestii elastyczności i odpowiedź na niewypowiedziane pytanie, czy miasto składa się z mobilnych jednostek, którym należy ułatwiać łatwe zakorzenianie się i następnie wykorzenianie poprzez inwestycję w rynek wynajmu mieszkań, czy wręcz przeciwnie - należy dążyć do utrzymania ciągłości, budowania lokalnej docelowo wielopokoleniowej wspólnoty i zapewnienie stabilności czynszów.

  

W zależności od perspektywy różna była diagnoza kryzysu mieszkaniowego. Wiceburmistrz Pragi Południe, Adam Grzegrzółka, mówił o konieczności uelastycznienia rynku mieszkań na wynajem, zwłaszcza w Warszawie, aby odpowiedzieć na potrzeby osób spoza Warszawy, którym obecnie nieraz jest łatwiej wyjechać za granicę, gdzie relacja między płacą a kosztem mieszkania jest korzystniejsza. Na rosnącą mobilność społeczeństwa wskazywał również prof. Marek Bryx. Podkreślał, że istnieje mnóstwo mitów odnośnie tego, że musimy „posiadać” mieszkanie. Nie ma badań, które by to potwierdzały. To, że obecni młodzi ludzie z braku alternatywy decydują się na zakup mieszkania nie oznacza, że nie mogliby być klientami rynku mieszkań na wynajem. Podkreślał również, że stworzenie rynku wynajmu mieszkań korzystnie wpłynie na ceny najmu. Takie rozwiązanie byłoby korzystne dla osób, które mają średnie dochody. Piotr Styczeń, podsekretarz stanu w ministerstwie infrastruktury, dodawał z kolei, że aby rynek najmu mógł istnieć, nie możemy zapominać o prawie własności. Mieszkania zawsze się wynajmuje od kogoś i tym kimś nie zawsze musi być miasto. Może to być również prywatny właściciel.


Zupełnie innych punkt widzenia przyjmowali Piotr Ciszewski, działacz Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów oraz dr Radosław Barek, architekt współpracujący z Poznańską Fundacją Pomocy Wzajemnej Barka. Obydwaj, bardziej niż na konieczność odpowiedzenie na potrzeby mobilnej części społeczeństwa mówili o konieczności zahamowania niszczenia istniejącej rezerwy komunalnej i odpowiadania na potrzeby osób, które mieszkają w jednym miejscu przez wiele lat i chcą mieszkać tam dalej. Ciszewski polemizując z Bryxem, mówił o tym, że przy braku mieszkań postulat uelastycznienia rynku mieszkań komunalnych może stanowić narzędzie do wyrzucania mniej mobilnych lokatorów. Barek z kolei podkreślał, że obecnie błędem w myśleniu o polityce mieszkaniowej jest rozpatrywanie budownictwa mieszkaniowego jedynie w odniesieniu do budynku. Poza samym budynkiem ważne jest również jego otoczenie. Dopiero wtedy można było mówić o „środowisku mieszkaniowym”. Ważne jest, aby miejsce, które się zamieszkuje, nie było miejscem chwilowym, hotelowym, ale miejscem, w którym można osiąść. Podkreślał również, że poczucie stabilności i pewności, że wbrew własnej woli nie zostanie się wyrzuconym z mieszkania stanowi podstawę poczucia bezpieczeństwa.

  

Bezpieczeństwo jest również budowane poprzez kontakt ze społecznością, która zamieszkuje dane otoczenie. Barek wskazywał również na to, że lokalne wspólnoty mogłyby same budować sobie mieszkania bez obecności zewnętrznego dewelopera.
Te dwie perspektywy – miasta widzianego z perspektywy mobilnej części społeczeństwa i osiadłych mieszkanek i mieszkańców nie musiałyby być rozbieżne. Duży rynek wynajmu mieszkań sprawiłby, że koszy utrzymania w mieście by spadały. Mniejsza byłaby również presja na kupowanie mieszkań, co wpłynęłoby korzystnie na strategie deweloperskie. Mieszkania musiałyby być budowane w ten sposób, żeby ich standard nie spadał kilka lat bo wybudowaniu budynków. Inwestorzy bardziej by dbali o to, żeby w otoczeniu osiedli pojawiały się nie tylko sklepy i inne drobne usługi, ale również przedszkola, szkoły czy domy kultury. Jednak obecnie brak dbałości o zachowanie wspólnot lokalnych prowadzi do całkowitego ignorowania mniej mobilnej części społeczeństwa, zwłaszcza mniej uprzywilejowanych grup, dla których sąsiedzkie więzi i wzajemna wymiana usług, nie tylko zwiększają poczucie bezpieczeństwa, ale również mogą obniżać koszty życia: pomoc z dzieckiem można poprosić sąsiadkę a nie opiekunkę. Starsze osoby mogą liczyć na sąsiadów, którym ufają, żeby im zrobiły zakupy. Brak zrozumienia dla tych potrzeb był szczególnie widoczny w wypowiedziach wiceburmistrza Grzegrzółki, który nie mógł zrozumieć dlaczego osoby eksmitowane do hoteli robotniczych (w których mają opłacone przez miasto tylko kilka miesięcy, a potem staje się zbyt drogi, żeby w nim mieszkać) decydują się na przeniesienie się od razu do kogoś z rodziny, nawet jeśli to oznacza mieszkanie na bardzo ograniczonej przestrzeni przez dużą liczbę osób.


Myśląc o polityce mieszkaniowej szukając odpowiedniego rozwiązania wciąż zapomina się, że jak pisze Krzysztof Herbst istnieją różne typy mieszkańców miast: superlokalni, lokalni i ponad lokalni. „Mieszkańcy niejednakowo orientują się w sprawach swojej okolicy. Ostro rysuje się podział na super-lokalnych i tych, którzy nie dostrzegają lokalności jako wymiaru wyodrębnionego, odmiennego od innych wymiarów ich funkcjonowania. Super-lokalni wiele wiedzą o sąsiadach, od razu zauważają ludzi „nie stąd”, wiedzą, że Pan z przeciwka zmienił pracę”. Każda z tych grup inaczej przyczynia się do tworzenia tkanki miejskiej. Ma też inny stosunek do kwestii partycypacji. Odmienne możliwości odnalezienie się na rynku pracy. Dobrze działające miasto potrzebuje różnych rodzajów użytkowniczek i użytkowników.


Nawet przyjmują perspektywę skupiającą się na klasie kreatywnej, jak to robi na przykład  Richard Florida, warto pamiętać, że klasa kreatywna, która ma być motorem napędzającym kreatywne dzielnice i kreatywne miasto, najbardziej ceni sobie różnorodność. Jak pisze w Narodzinach klasy kreatywnej Richard Florida, dla klasy kreatywnej różnorodność to „jeden z najważniejszych czynników wpływających na decyzje o wyborze miejsca zamieszkania i pracy. Miejsca znane z otwartości i różnorodności myśli przyciągają ludzi”. Aby możliwy był rozwój kreatywności – konieczne jest utrzymanie różnorodności społecznej. Florida podkreśla przede wszystkim różnorodność etniczną. Jednak w warunkach polskich, gdzie większość miast jest stosunkowo homogeniczna etnicznie, różnorodna dzielnica, w której współistnieją ze sobą różne style, musi być zamieszkała przez grupy o różnym pochodzeniu społecznym (czyli być zróżnicowana klasowo). Sprawia to, że zgentryfikowane dzielnice charakteryzujące się dużą homogenicznością społeczną, po krótkim okresie aktywności związanej z zagospodarowywaniem nowej przestrzeni, tracą potencjał generowania innowacyjnych rozwiązań. 


Ponadto klasa kreatywna służy przemysłom kreatywnych, ale nie miastu jako formie wspólnoty. „Klasa kreatywna – jak podkreśla Florida – woli słabe niż silne więzi społeczne”, ceni sobie anonimowość, możliwość „życia własnym życiem” i prawo do niebrania odpowiedzialności za swoje otoczenie. Dlatego, żeby zapobiec anomii społecznej i rozpadowi więzi społecznych, władze miasta powinny wspierać również tradycyjne wspólnoty i różne formy zrzeszania się nakierowane na inne cele niż przede wszystkim tworzenie nowych rozwiązań. Na Księżym Młynie jedną z takich grup jest na przykład powstały w 2010 roku Klub Kobiet Księżego Młyna, promujący hasło „Warto tu żyć. Warto tu być”. 


Wspieranie lokalnych inicjatyw nie stoi w sprzeczności z ideą nastawionego na odpowiadanie na potrzeby mobilnych jednostek, których celem jest łatwe przemieszczanie się z miejsca na miejsce. Częste zmiany pracy lub życie w trybie projektowym. Jest wręcz przeciwnie. Pisząc o klasie kreatywnej, Florida podkreśla konieczność zadbania o spójność społeczną oraz to, że „kluczem do osiągnięcia spójności społecznej są silne wspólnoty, nie zaś instytucje funkcjonujące w ich obrębie. W związku z osłabieniem poczucia solidarności i przynależności grupowej, to właśnie sama wspólnota musi stać się matrycą społeczną, która będzie nas łączyć”.
Myśląc o polityce mieszkaniowej nie tylko przyjmującej za priorytet stworzenie oferty mieszkaniowej dla grup o różnych dochodach, ale mającej na celu działanie na rzecz przyjaznego miasta, należy pamiętać, że samo uelastycznienie rynku najmu mieszkań niekoniecznie musi być idealnym rozwiązaniem. Stabilne struktury społeczne nie są przejawem wsteczności i nieprzystosowania do realiów współczesnego świata, ale ważnym elementem życia miejskiego. Co więcej życie w obrębie wspierających się wspólnot sprawia, że obniżają się również koszta pomocy społecznej. Narracja o odpowiadaniu na potrzeby mobilnej części społeczeństwa nie powinna zastępować polityki nastawionej na zapewnianie pewnego mieszkania biedniejszym grupom społecznym, ale iść z nią w parze. 


Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.10.2011 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.03455 Seconds