|
Ostatnie dwa lata minęły pod znakiem wypracowywania różnych metod konsultacji społecznych. Powstało kilka portali internetowych, publikacji, odbyła się seria konsultacji społecznych realizowanych różnymi metodami: od pracy z makietą, przed różne wersje spotkań, po sondaż deliberatywny. Jeszcze kilka lat nie było oczywiste, że plany zagospodarowania przestrzeni powinny być przedmiotem debaty (a nie tylko wykładane do wglądu, kiedy wszystkie ważne decyzje zostały podjęte) i że władze miasta powinny starać się dotrzeć do jak najszerszego grona mieszkanek i mieszkańców, teraz nieoczywiste jest to, że można mieć jakiekolwiek zastrzeżenia do formy konsultacji społecznych. I dlatego trzeba dziś pytać nie tylko o to, jakimi metodami konsultacje będą przeprowadzane – ale również jaka wizja społeczeństwa im towarzyszy. Postawienie tego pytania jest niezwykle ważne, gdyż konsultacje społeczne – jak każda technologia, której celem jest zarządzanie społeczeństwem przez dystrybucję informacji – nie są wolne od politycznych decyzji.
Rozwiązania wypracowane w jednym mieście, jako wynik negocjacji między konkretnymi grupami aktywistów/aktywistek, mieszkanek/mieszkańców a władzą lokalną, mogą mieć radykalnie inne skutki, kiedy przeniesiemy je do innego miejsca. Dotyczy to zwłaszcza takich metod jak sondaż deliberatywny, który opiera się na pozornie obiektywnej wiedzy, dystrybuowanej przez domyślnie neutralnych światopoglądowo ekspertów. Niedługo kolejny sondaż deliberatywny ma się odbyć w Poznaniu i, jak wcześniej pisałam, można mieć szereg wątpliwości co do intencji władz tego miasta, które po wydaniu bez konsultacji miliarda złotych na stadion i Termy Maltańskie są skłonne dzielić się odpowiedzialnością za trudne i niepopularne politycznie decyzje. Można też potraktować tę nagłą sympatię prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego do konsultacji jako pretekst do rozmowy o tym, czemu mają one służyć.
Jak nieoczywiste jest to pytanie, pokazuje wypowiedź Włodzimierz Groblewskiego, szefa Biura Kształtowania Relacji Społecznych w Urzędzie Miasta Poznania, w odpowiedzi na mój felieton. Pisze on, że nie do końca rozumie, „dlaczego dotychczasowi entuzjaści konsultacji społecznych stają murem przeciwko swojemu sztandarowemu hasłu zwiększenia udziału mieszkańców w podejmowaniu decyzji”. Cytując artykuł z podręcznika dobrych praktyk*, który napisałam wraz Janem Pawlikiem, gdzie omawiamy nasze doświadczenia z konsultacji w warszawskim Wawrze, zarzuca mi cynizm i hipokryzję. Nie rozumie, jak można entuzjastycznie podchodzić do prób wypracowania nowych rozwiązań i jednocześnie krytycznie oceniać wyniki działań innych osób. Otóż można – o ile to nie sprawnie przeprowadzone konsultacje są głównym celem działania, ale włączenie do debaty mieszkanek i mieszkańców danej okolicy. Uznanie, że różne metody konsultacji nie tylko nie są celem samym w sobie i mogą być niedoskonale, sprawia, że krytyka konsultacji (zarówno cudzych, jak i własnych) jest nie tylko możliwa – ale i konieczna.
Przywołując wyrywkowo fragmenty naszego tekstu, Groblewski zupełnie pomija fakt, że wynikiem opisywanych przez nas konsultacji nie było wypracowanie optymalnego rozwiązania, ale podważenia sensowności samego tematu konsultacji (otoczenie ośrodka sportowo-rekreacyjnego), który został nam zlecony przez gminę Wawer. Co więcej, w artykule podkreślamy, że odmowa udziału w konsultacjach w wielu przypadkach była wyrazem nieufności wobec władz dzielnicy. Wiele pytanych przez nas osób odmawiało rozmowy, ponieważ nie chciało swoim głosem legitymizować decyzji władzy. Tym, co ich interesowało, nie był sam ośrodek, ale brak kanalizacji, zły stan infrastruktury technicznej. Nie rozumieli, dlaczego duża inwestycja używana przez garstkę sportowców jest ważniejsza niż polepszenie jakości życia znacznie większej grupy mieszkanek i mieszkańców. Z dość podobną sytuacją, oczywiście przy innej skali problemu, mamy do czynienia w Poznaniu.
Jarosław Urbański, przedstawiciel środowiska anarchistycznego (które dla Włodzimierza Groblewskiego, tak jak środowiska naukowe, kulturalne czy rowerzyści, nie jest istotnym partnerem do rozmów), podkreśla, że deliberować to nie to samo co partycypować. Urbański pisze, że „w przypadku budżetu partycypacyjnego to wspólnota samorządowa orzeka, nad czym ma się toczyć debata i jak ma ona przebiegać, a istniejące ciała przedstawicielskie ewentualnie stawiają „kropkę na i” – akceptują to, co zostanie wspólnie wypracowane, i nadają mu realny kształt”. Sondaż deliberatywny w Poznaniu ma całkiem inny przebieg. Choć w założeniu ma pełnić podobną funkcję jak debaty wokół budżetu partycypacyjnego, nie pozwala na podważenie samej metody – odbywa się w ramach ustalonych przez władze miasta, które wybierają temat konsultacji. Jedyną formą sprzeciwu jest odmowa udzielenia odpowiedzi na etapie wyłaniania grupy uczestników debat, co z kolei wyklucza z dalszego uczestnictwa w procesie.
Co więcej, to władze miasta decydują, czy wynik sondażu uznać za wiążący. I, jak pokazuje przykład poprzedniego sondażu deliberatywnego w Poznaniu (dotyczącego stadionu, a przeprowadzonego przez Projekt Społeczny 2012, na który powołuje się również Groblewski), władze Poznania niekoniecznie muszą się do niego ustosunkować. Ryszard Grobelny zapewniał, że to poznaniacy zadecydują o przyszłości stadionu. Uczestnicy sondażu chcieli, żeby stadionem zajmował sie zewnętrzny operator - tak sie nie stało. Trudno się więc dziwić nieufnej postawie różnych środowisk wobec pomysłu na kolejny sondaż.
Nie twierdzę, że władze miasta nie mają prawa podjąć innej decyzji niż ta, która jest wynikiem konsultacji społecznych. Można sobie wyobrazić wiele sytuacji, takich jak popularność grodzonych osiedli, kiedy rozwiązania pożądane przez większość mieszkańców prowadzą do powstania nieprzyjaznej tkanki miejskiej. Obowiązkiem władz miasta jest wtedy troska nie o uznanie woli większości, ale zapewnienie jak najlepszych warunków życia grupom wykluczonym.
Najistotniejsze jest jednak nie deliberowanie o technicznych rozwiązaniach, na odgórnie wybrany temat, według niepodważalnych zasad – z czym mamy obecnie do czynienia – ale dyskusja o tym, jaką wizję miasta chcemy realizować. Kim są eksperci, którym jako społeczeństwo będziemy ufać? Które obszary powinny być przedmiotem konsultacji, a które elementem codziennego zarządzania miastem? Kogo obecne metody konsultacji wykluczają? I czym się różnią konsultacje od partycypacji? Brak tej dyskusji sprawia, że w obecnym kształcie rzeczywiście łatwo je pomylić.
*Joanna Erbel, Jan Pawlik, Konsultacje społeczne jako gra zespołowa, w: Tak konsultowaliśmy… Warszawa dzieli się dobrymi praktykami, red. Anna Petroff-Skiba, Warszawa 2011.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...