Nie możemy tworzyć idei, które będą łączyć ludzi, jeśli stracimy kontakt z tym, jakie jest ich życie. Jeśli nie wiemy, jak uznać sposób, w jaki ludzie obserwują świat, odczuwają go i doświadczają, nigdy nie będziemy w stanie pomóc im w uznaniu samych siebie albo zmianie świata na lepsze. Marshall Berman, Przygody z marksizmem
Tydzień temu w Wólce Kosowskiej odbył się protest najemców lokali użytkowych w azjatyckim centrum handlowym. Kupcy na dwie godziny zablokowali ulicę prowadzącą do jednej z hal. Domagali się zmiany niekorzystnych umów najmu oraz sprzeciwiali się zawyżaniu przez zarząd metrażu lokali (co sprawia, że muszą płacić wyższy czynsz). Protest w Wólce Kosowskiej jest chyba pierwszą blokadą ulicy, jaką w Warszawie i okolicach przeprowadzili imigranci.
Zwykle mniejszość wietnamska pozostaje niewidoczna dla przeciętnego mieszkańca czy mieszkanki Warszawy. Wietnamczycy w ogólnym odbiorze albo są całkowicie niewidoczni, albo postrzegani jako mili, skryci ludzie, sprzedający wietnamską zupę pho i wołowinę po chińsku, których w centrum Warszawy można czasami spotkać w okolicach Osiedla za Żelazną Bramą lub dawnego Stadionu Dziesięciolecia. Jako niewidoczna mniejszość – w części pozostająca w Polsce nielegalnie – nie zgłaszają politycznych postulatów, nie organizują protestów, muszą się liczyć z nami, ale my nie musimy z nimi. Co jakiś czas pojawiają się w roli aktorów miejskich, ale zwykle w kontekście akcji dotyczących wielokulturowości albo dni mniejszości narodowych. Nawet podczas protestów przy okazji likwidacji targowisk głównie słyszy się o polskich kupcach. Protest w Wólce Kosowskiej całkowicie zmienia ten obraz.
Wólka Kosowska oddalona 25 kilometrów od centrum Warszawy daje nam namiastkę tego, jak mogłaby wyglądać azjatycka dzielnica, gdzie to nie polska większość, ale etniczna mniejszość wyznacza reguły działania. W Centrum Azjatyckim głównym środkiem transportu jest hulajnoga, z której korzystają nie tylko Wietnamczycy (jak w centrum handlowym na Marywilskiej 44), ale również kupcy innych narodowości. W barach oferujących kuchnię wietnamsko-polsko obok siebie występują wietnamskie dania i kotlet schabowy z frytkami. Podobnie zróżnicowana jest klientela. Asortyment hal jest taki jak na każdym innym bazarze lub pawilonie w przejściach podziemnych. Jedyną różnicą jest to, że hal i towaru jest więcej, dużo więcej. Z alejki z handlem detalicznym i manekinami prezentującymi zwiewne sukienki i koronkową bieliznę można przejść do takiej, gdzie staniki kupuje się paczkami, a spodnie na pęczki. Centrum Azjatyckie nie ma nic z oddolnej samoorganizacji, którą można było spotkań na dawnym stadionie dziesięciolecia lubi na początku lat 90. na Placu Defilad. Budki wyglądające na sklecone z materiałów, które akurat już były pod ręką nie przyrastają jedna do drugiej, dostosowując swój kształt i metraż do potrzeb osób handlujących. Przestrzeń handlowa to boksy o odgórnie określonej powierzchni, za którą trzeba płacić nawet jeśli się całej nie wykorzysta. Ta uniformizacja metrażu jest silnie widoczna - niektóre sklepy zdają się świecić pustkami, obiektów jest za mało na jeden sklep, albo można odnieść wrażenie, że sprzedawane są tylko dwa typy produktów, ale wystawiono wszystko, żeby ściany nie świeciły pustkami. Inne sklepy z kolei pękają w szwach. Warunki pracy są obiektywnie lepsze, ale jak pokazują protesty kupców, nieodpowiednie dla ich potrzeb.
Jednak Wólka Kosowska to nie tylko centrum handlowe, ale również nowo powstałe luksusowe osiedla domków jednorodzinnych. Wyrosłe na skraju Wólki osiedle Agat to typowe grodzone osiedle wpisujący się polski model wymarzonego domu z ogródkiem pod miastem. Gdyby nie kilka szczegółów można by je pomylić każdym innym kompleksem typu Marina Mokotów. Wyposażone w dwie bramy (jedną zamkniętą, drugą z ochroniarzem) ma zapewniać odgrodzenie od niebezpiecznego otoczenia, dawać poczucie bezpieczeństwa oraz potwierdzać elitarność przestrzeni. Tym, co je różni – jest plakat reklamowy wystawiony przed osiedlem skierowany do modelowej rodziny wyglądającej jak dorosłe dzieci polsko-wietnamskich rodziców oraz ogromną brama wjazdowa nawiązującą do azjatyckiej architektury. Brama jest zamknięta, ale nie ma problemów z wejściem, nawet jeśli chce się tylko obejrzeć osiedle. W środku mieści się koło setki domów (w cenie 3,9 tys. złotych za m²) umieszczonych w dłuż dwóch równoległych ulic, plac zabaw oraz stosunkowo duży trawiasty obszar otoczony wygodnymi ławkami. W ciągu dnia osiedle jest puste i poza dwoma lub trzema osobami i ogrodnikami trudno jest kogokolwiek spotkać. Na terenie nie ma sklepu ani przedszkola, ale na przeciwko bramy wyjazdowej wisi reklama przedszkola, a o 5 minut jazdy samochodem dalej są hale targowe. Osiedle Agata pokazuje, że wietnamska klasa średnia i polska klasa średnia w taki sam sposób marzą o domu z ogródkiem pod miastem.
Azjatyckie centrum handlowe i wietnamskie osiedle luksusowych domków jednorodzinnych pokazują, że pojawianie się mniejszości z innego kręgu kulturowego nie musi prowadzić do stworzenia przestrzeni innej niż te dominujące w Polsce po transformacji, czyli centrum handlowe i zamknięte osiedla. W Wólce Kosowskiej brak całościowej miejskiej polityki miasta, które odpowiada za całość swojego terenu i dba o mieszanie funkcji przestrzennych, prowadzi do powstawania wysp handlu, mieszkalnictwa, odpoczynku. To zjawisko porzucenia zarządzania terenem na rzecz oddania przestrzeni prywatnym inicjatywom, znacznie słabiej widoczne w starej tkance miasta, w Wólce Kosowskiej można oglądać w wersji ekstremalnej. I o ile można mieć nadzieje, że mniejszość wietnamska będzie grupą, która wraz z innymi grupami zawodowymi będzie walczyć o lepsze warunki pracy, o tyle nie możemy liczyć, że sama z siebie stanie się ona pierwiastkiem miastotwórczym.
Chciałbym, aby ktoś w końcu podjął temat Wólki Kosowskiej, ale w aspekcie niszczenia handlu. Przez kilka lat byłem właścicielem firmy handlującej tekstyliami, całość towaru kupowałem właśnie w Wólce (ponieważ dzięki temu miejscu większość szwalni na Mazowszu padła), znam dobrze tamtejszych kupców (głównie Wietnamczyków i Chińczyków) i bardzo dziwi mnie fakt, że kompletnie nikt nie zauważa jak tragiczny w skutkach dla lokalnych przedsiębiorców jest ten dziki handel, czarny rynek w tym pseudohandlowym centrum, a naprawdę ogromnej dziupli paserskiej! Tam prawie każdy handlujący jest przestępcą! Nikt nie wystawia faktur (faktury można tam kupić w prawie każdym boksie za 10% ich wartości), nikt się uczciwie nie rozlicza się z podatków, kwitnie handel narkotykami, azjatyccy pracownicy są zatrudniani na czarno, a gdy US lub inny urząd chce ich skontrolować to nagle nikt nie mówi po Polsku i taka kontrola jest niemożliwa! Sam byłem tego świadkiem, a potem śmieją się z naszych urzędników w kułak! Tam mnóstwo towaru pochodzi z przemytu, mnóstwo jest podróbek, polscy pracownicy opowiadali mi, że tam nikt nie wie co to znaczy remanent czy kasa fiskalna! Znam mnóstwo osób uczciwie prowadzących firmy (w tym ja), którym przestało się to opłacać, ponieważ ja muszę uczciwie rozliczać się z podatków, muszę legalnie zatrudniać pracowników, a Azjaci tego nie robią! I nie muszą! Gdzie jest lewica!
PAETZ
|29.04.2011 13:10:37
Od kiedy to lewica sympatyzuje z przedsiębiorcami, wyzyskiwaczu?:P
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...