|
W 2000 roku po wejściu w skład rządu austriackiego Wolnościowej Partii Austrii (FPÖ) wiele instytucji kultury stanęło przed dylematem, czy nadal korzystać ze środków publicznych czy zrezygnować z nich w ramach protestu przeciwko rządom skrajnej prawicy. Redakcja magazynu Camera Austria wydała specjalny „czarny numer”, który posiadał ten sam format, co poprzednie numery, ale jego wszystkie strony były czarne. Numer był wezwaniem do dyskusji na temat źródeł finansowania sztuki, etyczności korzystania ze środków przekazywanych przez państwo w momencie, kiedy prowadzi ono politykę, na którą się środowiska artystyczne nie godziły. Podejmował również kwestię „publiczności publicznych środków”. Instytucje kultury nie zrezygnowały z państwowego finansowania.
Obecnie z podobną sytuacją mamy do czynienia w Poznaniu przy okazji Sztabu Antykryzysowego Na Rzecz Poznańskiej Kultury. Sztab powstał pod koniec 2010 roku w reakcji na coraz gorszą sytuację w kulturze oraz na porażkę Poznania w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. 130 osób związanych ze środowiskami artystycznymi podpisało się pod apelem szerszej społecznej reprezentacji w sprawach kultury. Szeroki sojusz miał dawać możliwość kompleksowej zmiany sposobu zarządzania kulturą przez władze miasta. Szybko jednak okazało się, że mimo podzielanych celów istnieje wiele rozbieżności odnośnie ich realizacji. Jedną z kwestii spornych jest kwestia niezależności wobec władz Poznania, a w szczególności prezydenta Ryszarda Grobelnego oraz zastępcy do spraw kultury, Sławomira Hinca.
Spór dotyczy nie tylko podejmowania dialogu z Grobelnym oraz Hincem, ale również korzystania z miejskich środków. W zeszłym tygodniu Piotr Bernatowicz, Mikołaj Iwański oraz Rafał Jakubowicz opublikowali tekst, w którym krytykują grupę inicjatywną sztabu za staranie się o dotację od miasta na zorganizowanie kongresu kultury. Autorzy obawiają się, że sztab za pieniądze od radnych nie będzie w stanie dokonać autentycznej i bolesnej krytyki polityki miasta. Kilka dni temu w sieci pojawił się dodatkowo wizualny komunikat autorstwa Bernatowicza oraz Iwańskiego (byłych członków sztabu), w którym mówią o kryzysie kultury spowodowanym polityką poznańskich władz, inwestujących w sport i nowe centra handlowe, ale nie w teatry czy galerie. Jednocześnie ostro sprzeciwiają się pozyskiwaniu pieniędzy na działania sztabu z kasy miasta. Uznają, że starając się o miejską dotację członkowie sztabu z krytyków zmieniają się petentów, a tym samym, że niemożliwe jest zachowanie autonomii przy jednoczesnych korzystaniu z publicznych środków.
Krytyka Bernatowicza, Iwańskiego i Jakubowicza każe po raz kolejny podjąć temat nie tylko prawa do korzystania z publicznych środków, ale przede wszystkim szerszej kwestii relacji pomiędzy grantodawcą i grantobiorcą. Nie chcę tutaj stawać po żadnej ze stron i oceniać czy diagnoza Bernatowicza, Iwańskiego i Jakubowicza jest w pełni słuszna czy też niesprawiedliwa i pochopna, jak mogą uważać pozostali członkowie i członkinie sztabu. Uważam jednak, że zgłoszone ich przez nich uwagi nie powinny pozostać jedynie radykalnym gestem zerwania, ale stać się początkiem dyskusji na temat warunków możliwości wytwarzania krytycznej wiedzy. Nawet jeśli wielu z nas, tak jak Marcin Maćkiewicz, uważa za oczywiste, że środki publiczne to „nasze pieniądze” (a nie urzędników), zaś „pojmowanie niezależności w kategoriach niestarania się o środki publiczne (!) jest cofnięciem się przed dawno już odbyte dyskusje, które toczyły się choćby w kontekście funkcjonowania organizacji pozarządowych”, nie znaczy, że dyskusję można uznać za zakończoną. Utrata autonomii przy bliskiej współpracy ze silną strukturą nie jest snem wariata-radykała, ale realnym zagrożeniem, które spotyka każdego i każdą, kto podejmuje bliższą współpracę.
Porzucenie bojowego tonu nie wynika ze słabości charakteru czy służalczych odruchów, ale nieraz jest koniecznym ruchem uwspólnienia języka, po to, by współpraca była możliwa. Mniej krytyczny stosunek do struktury, którą chce się zmieniać nie oznacza, że przestaje się widzieć jej wady. Jednocześnie podjęcie dialogu w ramach logiki systemu może sprawiać, że kategorie, które wcześniej – wyposażeni w krytyczną intuicję – odrzucaliśmy zaczynamy traktować jako wygodne narzędzie. Uczymy się nowego języka, którym nie tylko komunikujemy się przez różne pisma i wnioski z miastem, Unią Europejską, Ministerstwem Kultury czy inną instytucją, ale zaczynamy nim myśleć, żeby działać efektywniej. Wchodzimy w logikę grantów, żeby nie tracić czasu na tłumaczenie pomysłów z języka radykalnej krytyki na język zrozumiały i akceptowalny przez drugą stronę. Im lepiej się ten język opanuje, im mniej będzie się mieć ideologicznych wątpliwości tym większa szansa na pozyskanie potrzebnych środków – wie to każda osoba, która chociaż raz pisała wniosek o grant.
Jednak kwestią sporną nie powinno być to, czy w ogóle należy korzystać z grantów i współpracować z jednostkami publicznymi (niezależnie od tego, jaka opcja polityczna jest u władzy). Należy. Ale w jaki sposób zachować autonomię, o której utratę oskarżają sztab Bernatowicz, Iwański oraz Jakubowicz? Jak nie odrzucać radykalnych głosów? Czy wskazywać władzy na popełniane błędy, pisać krytyczne raporty nawet kosztem utraty finansowania? Czy może nie drażnić radykalnymi pomysłami we wnioskach i raportach i skupić się na budowaniu środowiska, wytwarzaniu nowej wiedzy? Jest to również pytanie o to, czy obecni i przyszli grantodawcy to bezosobowe wrogie struktury, czy zbiorowości ludzi, z których część (choć pewnie nie wszyscy) jest chętna wspierać odważne radykalne projekty, o ile da im się na to szansę? Jak również o to, czy nie warto testować granic i sprawdzać potencjalnych punktów oporu, bowiem często okazuje się, że są one gdzie indziej niż sobie to wyobrażamy.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...