|
Ostatni o dużo się mówi o ważnej roli, jaką w społecznym rozwoju miast pełni kultura. Mało kto podważa rolę klubokawiarni, muzeów, sztuki w przestrzeni publicznej jako ważnego czynnika stymulującego obywatelskie działania mieszkanek i mieszkańców danej okolicy. Władze miasta wiedzą już, że „kultura się liczy”, a zyskiem nie zawsze są łatwe do skalkulowania bezpośrednie przychody do kasy miasta, ale często znacznie bardziej efemeryczna społeczna integracja lub jeszcze bardziej mgliste tworzenie klimatu danego miejsca. Nikogo już nie dziwi, że w Warszawie drogi butik sąsiaduje ze sklepem z offowymi publikacjami i kolorowymi ekologicznymi torbami (jak w przypadku ul. Mokotowskiej i Fundacji Bęc Zmiana) albo że w jednym z najbardziej prestiżowych lokali w mieście znajduje się lewicowe centrum kultury (jak w przypadku Nowego Wspaniałego Świata). Można by stwierdzić, że jesteśmy na dobrej drodze do tego, żeby nasze miasta stały się przyjemniejsze do życia i bardziej otwarte na swoich mieszkańców i mieszkanki. Ale czy na pewno?
Bronienie obecności kultury w mieście jest ważne, ale niewystarczające. Przykład Berlina, który przez ostatnie lata stał się ulubionym punktem odniesienia większości miejskich aktywistek i aktywistów (również moim), pokazuje, że sama kultura miasta nie utrzyma. Slogan głoszący, że Berlin jest biedny, ale seksowny („Berlin is poor but sexy!”) jest niezwykle pociagający, ale warto pamiętać, że Berlin jest utrzymywany przez Frankfurt i inne bogatsze niemieckie miasta.
Taka symbioza może być bardzo korzystnym rozwiązaniem, tylko kto utrzyma lifestyle’ową Warszawę i jej kulturę alternatywną? Ani Wrocław, ani Poznań ani tym bardziej Kraków, które nie tylko nie mają takiej woli, ale również możliwości. Polska nie ma zagłębia przemysłowego, które mogłoby łożyć na kulturę stolicy. A może będą to robić globalne korporacje, prywatny kapitał, banki? One, jak wiemy, są raczej kapryśne i mało wrażliwe na dobro mieszkanek i mieszkańców. Może więc coraz wyższe podatki miejskie? Te wypchną z centrum miasta biedniejsze grupy społeczne, doprowadzą do dominacji klasy wyższej i bogatszej części klasy średniej. Gdzie więc szukać sojuszników i jak marzyć o mieście, żeby za kilka lat nie obudzić się w zgentryfikowanej przestrzeni, która niczym berlińska Prenzlauer Allee dla przyzwoitości i zachowania lewackiej przeszłości jest co jakiś czas przetykana alternatywną knajpą z wegańskimi brunchami?
Dobrym wyjściem z tej pułapki jest ponowne zwrócenie się w stronę ekonomii – ale nie tej makro-, związanej z korporacyjnym kapitałem, tylko mikro- i dowartościowanie drobnego handlu i rzemiosła. Jak przekonywał na debacie o przyszłości Warszawy i Łodzi* Krzysztof Nawratek, wiara w potencjał sektora kreatywnego nie prowadzi do rozwoju, a wręcz przeciwnie. Aby miasto mogło dobrze działać, konieczna jest również obecność przemysłu. Nie można outsource’ować wszystkich usług, o czym przekonały się reindustrializowane właśnie miasta brytyjskie.
W stronę dowartościowania ekonomii, zwłaszcza mikroekonomii, idą ostatnie projekty Aleksandry Wasilkowskiej (np. Bazaromat** czy WC-xero, realizowany wraz z Agnieszką Kurant), które wskazują na różnego rodzaju hybrydalne formy wymiany pojawiające się na marginesach oficjalnego obiegu. Bazaromat, który jest propozycją stworzenia systemowego estetycznego rozwiązania dla drobnego handlu, ma być odpowiedzią na próby usuwania handlarzy i handlarek z warszawskich ulic. Z kolei WC-xero zwraca uwagę na nietypowe połączenie w centrum Warszawy (ul. Złota) dwóch usług, które systemowo zwykle są rozdzielone.
Na wagę drobnego handlu wskazuje również nowy projekt Fundacji Splot zatytułowany Sól. Celem projektu jest zwrócenie uwagi na obecne w przestrzeni Krakowa punkty usługowo-handlowe, które przetrwały polską transformację polityczną i według autorów projektu kształtują „tożsamość miasta, tworzące wokół siebie wieloletnie mikrospołeczności, specyficzne «generatory zaufania» w przenikniętej nieufnością rzeczywistości”. Drobne punkty usługowe, zgodnie z tezą amerykańskiej urbanistki Jane Jacobs, nie tylko służą zakupowi dóbr, ale wpływają również na bezpieczeństwo przestrzeni i jakość życia w mieście. To one, tak samo jak kawiarnie czy niedrogie restauracje, są miejscami spotkań, wymiany informacji czy przestrzenią nawiązywania więzi sąsiedzkich. Łączą to, co w przypadku nadmiernej specjalizacji i rozdzielenia ochrony, produkcji, sprzedaży i kultury jest rozdzielone. Co więcej, w przeciwieństwie do klubokawiarni, stanowią alternatywę dla targowych hal na przedmieściach (bo wprawdzie są droższe, ale bliżej) albo centrów handlowych, które są obecnie najlepszym miejscem nie tylko na kupno ubrań czy sprzętu RTV/AGD, ale również dorobienie kluczy, naprawę butów czy zakup nici. Gdy znikają – spada jakość życia, zwiększają się codzienne dystanse, które musimy pokonać, żeby kupić produkty potrzebne w życiu codziennym. Mając na względzie dobro miasta, dbajmy nie tylko o kulturę, ale również o drobny handel, bowiem nie wszystko da się załatwić w klubokawiarniach!
* Debata „Łódź w Warszawie”, goście: Hanna Gronkiewicz-Waltz (prezydent Warszawy), Hanna Zdanowska (prezydent Łodzi), Krzysztof Nawratek (School of Architecture and Design, Plymouth), Marek Janiak (Fundacja Ulicy Piotrkowskiej), prowadzenie: Joanna Kusiak, 18 lutego 2011.
** Aleksandra Wasilkowska, „Bazaromat. Pełzający handel”, w: Redukcja/Mikroprzestrzenie. Synchronizacja, red. Bogna Świątkowska, Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2010, s.47 – 49.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...