|
[…]
To nie liberalizm
Warto odróżnić tolerancję od światopoglądu zwanego potocznie liberalnym. Światopogląd liberalny polega na uwzględnianiu możliwie wielu istniejących podmiotów oraz poszukiwaniu możliwie uniwersalnych wartości, wspólnego mianownika, w ramach którego godne zaakceptowania są rozmaite warianty zachowań, światopoglądy i style życie. Tolerancja także należy do kanonu wartości liberalnych, nie jest jednak z nim tożsama.
Mimo to w polskim dyskursie publicznym liberalizm bywa utożsamiany z tolerancją, a liberałowie oskarżani są o niekonsekwencję – nawołują do tolerancji, a jednocześnie sami są nietolerancyjni: nie akceptują seksizmu, rasizmu, homofobii, wchodzą w spór ze zwolennikami tradycyjnego czy też katolickiego modelu rodziny, przedstawianego jako bezalternatywny. Często sami są sobie winni – zamiast bronić własnego światopoglądu, odwołują się do metareguły tolerancji. Najczęściej domagają się tolerancji dla czegoś, co sami akceptują i co dla nich nie stanowi problemu.
[…]
Szanuję religię, ale w kościele
Prawdziwym sprawdzianem tolerancji nie jest jednak nasz stosunek do innych światopoglądów, lecz do ich bardziej materialnych konsekwencji – kultu, symboli, działań społecznych i ich konkretnych efektów. „Po owocach ich poznacie” (Mt 7, 15-20).
Zatrzymajmy się na chwilę przy tym rozróżnieniu. Kiedy rozmawiam ze światłymi katolikami, przedstawiają mi oni wizję swojej religii jako uniwersalnej, pełnej miłości i subtelnej filozoficznie. Nawet jeśli jest ona dla mnie nie do przyjęcia, to trudno jej coś zarzucić poza tym, że przyjmuje fałszywe założenie o istnieniu Najwyższego Bytu. Jednak moi rozmówcy w imię swoich sympatycznych poglądów domagają się tolerancji dla większości działań Kościoła, abstrahując od faktu, że na co dzień stykam się z innym katolicyzmem. Takim, który chciałby polać mnie kwasem solnym, zalicza do cywilizacji śmierci, nazywa morderczynią niewinnych dzieci, promotorką homoseksualizmu, a moje dziecko w szkole informuje, że jest synem szatana. Z drugiej strony, gdy wchodzę w spór o konkretne rozwiązania i poglądy w kwestiach społecznych, słyszę, że obrażam Boga, uczucia religijne, nie szanuję wrażliwości adwersarza i nie rozumiem roli religii w życiu jednostek. I – oczywiście – jestem nietolerancyjna. Kiedy rozważamy kwestię tolerancji religijnej, warto jasno sobie powiedzieć, czy chodzi o szacunek dla przekonań metafizycznych, czy dla wszelkich płynących z nich, niekiedy przygodnych, konsekwencji? I czy w związku z tym nietolerancją religijną można nazwać sprzeciw dużej części polskich katolików wobec moralnych wskazań Kościoła? A w jakim stopniu sama jestem tolerancyjna? Toleruję, a nawet akceptuję istnienie kultu religijnego. W świątyniach. Myślę, że dla wielu ludzi jest to ważne doświadczenie, nawet jeśli ich religijność nie jest pogłębiona. Doceniam społeczną wagę rytuałów i wiem, że ateizm w tej kwestii ma niewiele do zaoferowania. Sama często stykam się z katolicyzmem, który chciałby polać mnie kwasem solnym, zalicza do cywilizacji śmierci, nazywa morderczynią niewinnych dzieci czy promotorką homoseksualizmu. Trudno nie zauważyć, jak wielką wagę w nauczaniu Kościoła przywiązuje się do moralności seksualnej, prokreacji, rodziny, i jak wiele kwestii związanych z odpowiedzialnością za swoje funkcjonowanie w innych dziedzinach społecznych się pomija. Jest to powód, dla którego nie szanuję poglądów etycznych Kościoła, przynajmniej w tej wersji, która najczęściej objawia się światu laickiemu. Drugi ważny powód mojego braku szacunku dla Kościoła, to stosunek tej instytucji do dóbr materialnych – sprzeczny z wszelkimi deklarowanymi wartościami. I wreszcie kwestia nadużyć seksualnych, a przede wszystkim braku odpowiednich reakcji. Czy brak tolerancji w tym zakresie można jednak uznać za brak tolerancji religijnej? Na moją tolerancję mogą natomiast liczyć – choć nie do końca – ludzie żyjący zgodnie z moralnymi zaleceniami Kościoła. Nie mam nic przeciwko temu, żeby moje podatki wspierały ich dzieci albo niepracujące żony. Jeśli uda im się żyć w miarę szczęśliwie i nie krzywdząc innych – akceptuję to. Nie namawiam nikogo do aborcji, rozwodu, stosowania in vitro, współżycia przed ślubem, porzucenia celibatu. Jeśli jednak prowadzi to do przemocy w rodzinie lub wobec dzieci, moja tolerancja się kończy. Niektóre z tych wskazań oceniam jako szkodliwe i prowadzące do złych skutków dla jednostek (celibat, próby leczenia homoseksualizmu), jednak mogę je tolerować jako wybory dorosłych osób. Domagam się jednak dokładnie takiej samej tolerancji dla wyborów życiowych innych ludzi. Jak głosi proste hasło pro choice nie chcesz aborcji, to jej sobie nie rób.
[…]
Katolicy, czyli mniejszość
Tak zakreślony obszar wolny od symboli religijnych pozostawia jeszcze sporo miejsca na publiczną ekspresję swojego światopoglądu. Nie mam nic przeciwko procesjom, przydrożnym kapliczkom, mediom katolickim (o ile nie łamią powszechnie obowiązujących zasad). Nie przeszkadzają mi, a nawet akceptuję działania charytatywne Kościoła. Nie jestem entuzjastką szkolnictwa wyznaniowego, w ogóle szkół niepublicznych, ale jestem gotowa je tolerować. Podobnie jak katolickie harcerstwo i wszelkie organizacje i stowarzyszenia katolików świeckich – niektóre bardziej, inne zapewne nieco mniej chętnie. Jedno dla mnie jest jasne: powinny one być traktowane tak samo jak inne podmioty – bez preferencji, ulg itp. Oznacza to także, że wkraczając na ten teren, katolicy powinni powstrzymać się od szantażowania wszystkich świętością swoich symboli. Atak na krzyż w kościele jestem gotowa uznać za oburzającą profanację, jeśli jednak stawia się go we wspólnej przestrzeni obok seksistowskiej reklamy majtek, to należy liczyć się z rozmaitymi reakcjami. Oczywiście, mówimy o takich zachowaniach, które nie są zakazane przez prawo. Albo nie powinny być, bo w prawie polskim funkcjonuje kuriozalny przepis zakazujący obrazy uczuć religijnych. Przy okazji dyskusji na temat tolerancji światopoglądowej czy religijnej szermuje się często argumentem, iż katolicy stanowią w tym kraju większość. To prawda, prawie wszyscy Polacy deklarują się jako katolicy i prawie wszyscy z nich wierzą w Boga (w badaniach pojawia się też niewielka grupa katolików, ok. 2 proc., którzy nie wierzą). Ich wiarę toleruję, a nawet akceptuję. Poza tym jednak katolickie społeczeństwo polskie jest podzielone światopoglądowo we wszystkich możliwych kwestiach. Warto o tym pamiętać. Kościół katolicki czy też katolicy, którzy wypowiadają się w imieniu większości, domagając się wpływu na prawo i życie publiczne, którzy uważają każde naruszenie istniejącego status quo za akt nietolerancji lub, jak zdarza się słyszeć, „panoszenia się mniejszości”, sami w istocie są mniejszością. I to mniejszością, która narzuca swoje reguły innym. To, o co walczą, nie jest nawet walką o równość, jest walką o przywileje. Rozumiem, że trudno jest z nich zrezygnować i oznacza to pewne ograniczenie, konieczność posunięcia się w przestrzeni publicznej tak, żeby zrobić miejsce dla innych. Jestem jednak przekonana, że choć w liberalnym świecie czuliby się gorzej niż obecnie, to i tak ich sytuacja byłaby zdecydowanie lepsza niż ateisty czy przedstawiciela jakiejkolwiek innej mniejszości w dzisiejszej Polsce.
Tekst ukazał się w „Rzeczpospolitej” z 27 września 2010.
Tekst powstał w ramach projektu „Polska tolerancja” zainicjowanego przez Fundację Tezeusz przy współpracy z Laboratorium Więzi. Od 6 września do 29 listopada, co tydzień w serwisie Tezeusz.pl, na stronie internetowej rp.pl/polskatolerancja, na Facebooku oraz na platformie internetowej salon24.pl będą się odbywać debaty poświęcone ważnym kwestiom społecznym stanowiącym wyzwanie dla polskiej tolerancji. Wprowadzeniem do dyskusji będą teksty m.in.: Jadwigi Staniszkis, Jana Rokita, Tomasza P. Terlikowskiego, Jana Hartmana, Magdaleny Środy, Kingi Dunin czy Henryki Bochniarz. Debaty będą co tydzień podsumowywane przez moderatora w formie audiowizualnej, a po zakończeniu projektu zostanie wydany e-book obejmujący dyskutowane teksty i najciekawsze komentarze.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...