|
Dunin: Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu |
|
|
Kinga Dunin
|
|
17.04.2010 |
Jak zauważyło wielu komentatorów na naszej stronie: kiedy dużo mówi się o pokoju, trzeba sposobić się do wojny. I, niestety, nikt nie dodawał: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Sytuacja lewicy przed żałobą narodową nie była lepsza niż będzie po niej. Tym bardziej możemy sobie pozwolić na dystans. A w ramach ogólnego pesymizmu na odrobinę przewrotnego optymizmu.
Czy zatem naprawdę musimy obawiać się powrotu PiS-owskiej prawicy? Wyboru Jarosława Kaczyńskiego na prezydenta? Wzbierającej fali groźnego nacjonalizmu? Konserwatywnego zwrotu?
Kiedy liberalne media zaczęły pracować na legendę sympatycznego prezydenta i wielkiego patrioty jednoczącego naród (chociaż wszyscy wiemy, że gdyby samolot wylądował w Moskwie, Lech Kaczyński, z woli tych samych mediów, żyłby dziś jako safanduła i wieczny nieudacznik), prawica na szczęście natychmiast zaczęła podcinać gałąź, na której mogłaby usiąść. Domagając się posypywania głowy popiołem przez przeciwników prezydenta, snując paranoiczne rozważania o przyczynach katastrofy, podbijając bębenek patosu, decydując się na awanturę o Wawel, zwierają szeregi, stają się znowu widoczni. Może to zaowocować doraźną koniunkturą, ale jednocześnie odnawia konflikt, który został już opracowany i skończył się klęską PiS. Sama kilka lat temu pisałam, że wyborczy sukces PiS był zdyskontowaniem zbiorowych uniesień po śmierci papieża, jednak kapitał ten został bardzo szybko roztrwoniony. I teraz też tak będzie. Mityczni „wszyscy Polacy” natrętnie wytwarzani przez media, nie są w swoich poglądach aż tak radykalni, jak marzyłoby się to prawicy. Wolą rozwodniony, nawet jeśli wyraża się on w symbolach religijnych i nacjonalistycznych, konserwatyzm TVN i PO. PiS miałby większe szanse, gdyby nie radykalizował tego przekazu, nie niszczył zbiorowego „kochajmy się w tych trudnych chwilach”, tylko próbował go zawłaszczyć. Na szczęście tego nie potrafi.
Na szczęście też nie czekają nas wybory parlamentarne, tylko prezydenckie, a prezydent ma niewielkie prerogatywy.
Jeżeli Jarosław Kaczyński zdecyduje się na start w wyborach, a chyba tylko on ma jakieś szanse, i nawet, w co chyba nie wierzę, je wygra, to nie będzie to nieszczęście większe od innych. A nawet dostrzegam pewne zalety takiego rozwiązania.
Po pierwsze. Prezydentem nie zostanie pan Jowialski z dwururką i wąsami, a mówiąc poważnie: pozwoli to uniknąć – przynajmniej na parę lat - monowładzy PO.
Po drugie. Kaczyński będzie wetował, i to zapewne w sprawach ekonomicznych, bo w innych PO jest tak samo konserwatywna jak on. Może to powstrzymać różne zapędy prywatyzacyjne, na przykład w służbie zdrowia. Po trzecie. W trzy miesiące po wyborach straci sympatię społeczną i stanie się symbolem negatywnym. Jako przegrany może dłużej mógłby utrzymywać poparcie. Zadbają o to te same media, dzięki którym dziś zyskuje wyborczą szansę.
Po czwarte. Będzie musiał odejść z PiS. Pozbawiona twardej ręki partia zapewne pogrąży się wówczas w przetasowaniach i grach o sukcesję.
Nie sądzę, abyśmy powinni przykładać do tego scenariusza rękę, ale też nie widzę powodu do paniki. Umiarkowany optymizm w granicach pesymizmu.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 26.04.2010 )
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...