|
Pisarz, poeta, publicysta i redaktor naczelny wydawanego w Falun socjaldemokratycznego dziennika „Dala-Demokraten”, Göran Greider (ur. 1959) żartobliwie nazywany jest w kręgu przyjaciół „starym knurem”, co nawiązuje do jego nie zawsze wersalskiego języka – np. jego znany zbiór esejów i reportaży nosi tytuł Fucking Sverige (2002). W opublikowanym w „Dagens Nyheter” (16 listopada 2010) artykule Makten och vreden (Władza i wściekłość) zwrócił Greider uwagę na następującą osobliwość. Aż do naszych czasów, przez całą swoją historię przywódcy szwedzkiej socjaldemokracji zawsze otoczeni byli przez intelektualistów, analizujących rzeczywistość i nastroje elektoratu (socjaldemokraci byli pierwszą partią posiadającą własne biuro badania opinii). Intelektualista nie musi być oczywiście człowiekiem z profesorskim tytułem, ale musi być krytyczny i posiadać zdolności analityczne. Profesorski syn i absolwent Uppsala universitet, Hjalmar Branting nie był intelektualistą, ale politykiem-praktykiem, cieszącym się bezgranicznym zaufaniem wśród szwedzkich robotników. U jego boku stał August Palm, krawiec z zawodu, ale samouk o wielkiej inteligencji i wiedzy (mimo normalnych obowiązków partyjnych i redakcyjnych, czytał minimum dwie książki tygodniowo), władający trzema obcymi językami. W duecie Branting-Palm, to krawiec Palm był krytycznym intelektualistą, to on założył pierwszą socjaldemokratyczną gazetę Folkviljan, później redagował Social-Demokraten i był współtwórcą programu partii z roku 1889. W tle zaś stał Strindberg, który robił Brantingowi awantury i usiłował go przekonać do anarchistycznego socjalizmu małych wspólnot, przedstawionego w Utopier i verkligheten. W czasach nam współczesnych Olof Palme starał się trzymać swoich intelektualistów raczej w cieniu – nigdzie na świecie nie lubi się jajogłowych, choć w Szwecji stosunkowo wysoko ceni się wiedzę ściśle fachową – ale ich miał i z ich analiz nieustannie korzystał. Palme, wielbiciel Lagerkvista i najbardziej przez prawicę znienawidzony polityk Szwecji (gdyż będąc arystokratą przeszedł na stronę ruchu robotniczego) nie ukrywał swojego przekonania, że jeżeli kapitalizm – mimo swoich załamań i kryzysów – przetrwał w Europie bez wieszania na latarniach, to właśnie dlatego, że socjaldemokracji udało się zbudować welfare states i utrzymać równowagę między uprzywilejowaniem burżuazji a społeczną wściekłością. Dopiero w czasach Görana Perssona i Mony Sahlin w partii zaczęły być widoczne antyinteligenckie nastroje, choć inwektywy „wykształciuchów” nam oszczędzono. Gdy premiera Perssona zapytano o jego ulubionych autorów literatury pięknej, to po dłuższym milczeniu bąknął, że ceni powieści Kerstin Ekman – litościwie nie drążono tematu. Pani Sahlin nikt już tak intymnego pytania nie zadawał, wszyscy wiedzieli, że jej ulubioną postacią jest Micael Bindefeld, zawodowy organizator „wystrzałowych” imprez, na których młode panienki w bardzo krótkich spódniczkach, ale bez majtek siadają panom na kolanach. Od Strindberga i Lagerkvista do Bindefelda – to się nie mogło dobrze skończyć.
Obserwację Greidera przeczytałam z gorzką satysfakcją, gdyż sama znacznie wcześniej napisałam coś podobnego w tekście dla szwedzkiego przewodnika KP. Z przerażeniem widziałam w mojej socjaldemokracji te tendencje, które pośrednio znałam z SLD. Przez kilka lat współpracowałam bowiem regularnie z miesięcznikiem „Dziś” i wiedziałam od Mieczysława F. Rakowskiego, że w ówczesnym kierownictwie SLD posiadanie własnego think tanku i jakiegoś zaplecza intelektualnego uważano za zawracanie głowy. Sam miesięcznik „Dziś” – pismo na bardzo przyzwoitym poziomie – bynajmniej nie był w SLD lubiany i czytany. Prawdopodobnie (to moja hipoteza) ludziom wychowanym w „centralizmie demokratycznym” dawnej PZPR nie mieściło się w głowie, że pismo Rakowskiego może czasami zamieszczać materiały krytyczne wobec SLD, zamiast unisono wychwalać mądrość „kanclerza” Millera.
Grabarze u władzy
Chyba dla nikogo, kto kiedykolwiek w sposób praktyczny zajmował się działalnością partyjną lub związkową nie ulega wątpliwości, że zachodnia lewica przystąpiła do kopania swojego grobu, gdy w sposób nieudolny zaczęła się koncentrować na polityce tożsamościowej, porzucając zainteresowania gospodarką i jej uwarunkowaniem klasowym. Gdy były socjaldemokratyczny premier Göran Persson zastanawiał się, czy ważniejsza jest klasa, czy płeć i rasa, wystawiał sobie świadectwo ubóstwa umysłowego, gdyż równie dobrze mógłby deliberować, czy lepiej myć ręce, czy nogi. Lewicowiec, który świadomie ignorowałby strukturalną dyskryminację kobiet i cudzoziemców, zasługiwałby tylko na pogardę. Problemem nie jest polityka tożsamościowa, ale jej całkowita nieskuteczność.
Choć organizacje feministyczne są w Szwecji wpływowe, choć szwedzkie uczelnie wypuszczają setki publikacji z uczonymi terminami gender, queer theory, płeć biologiczna, postkolonializm etc., to jednak w roku 2009 przeciętna, pełnoetatowa płaca Szwedki wynosiła 25 700 SEK, a Szweda – 30 100 SEK, zaś liczba kobiet w zarządach stu największych spółek giełdowych nawet się zmniejszyła. Kobiety też przede wszystkim zmuszane są do pracy w niepełnym wymiarze godzin, co skazuje je na głodowe emerytury w przyszłości. Choć w mediach i fachowych raportach termin „integracja” używany jest we wszystkich możliwych kontekstach, roczny dochód mieszkańców dzielnic ghettowych stanowi najwyżej jedną trzecią dochodu mieszkańców dzielnic szwedzkiej klasy średniej. Zresztą już sam adres typu Rinkeby (największa imigrancka dzielnica Sztokholmu, gdzie Szweda bardzo trudno zobaczyć) skazuje zamieszkałego tam delikwenta na zajęcie pomywacza czy sprzątaczki, niezależnie od jakości ukończonych uczelni, gdyż w działach personalnych większości firm CV z tym adresem po prostu wrzuca się do kosza. Gdy więc akademiccy (przeważnie) lewicowcy „pochylają się z troską” nad losem imigrantów, wywołują tym z reguły furię samych cudzoziemców, a często także mieszkających czasami w ghettowych dzielnicach biednych Szwedów. Nie jest to chyba trudno zrozumieć.
Gdy faszyzująca i skrajnie rasistowska partia Sverigedemokraterna uzyskała w ostatnich wyborach (2010) 5,7 proc. głosów i weszła do Riksdagu, wielu przedstawicieli szwedzkiej elity zainicjowało ruch „Lubimy różnorodność – Nie dla rasizmu”. Szlachetność tej akcji ogranicza nieco fakt, że jej inicjatorzy bądź mieszkają w luksusowej, centralnej dzielnicy Östermalm, bądź w pięknych dzielnicach willowych. Gdy na fakt ten zwróciła uwagę szwedzka internautka – sama zamieszkała w Skärholmem (dzielnica ghettowa, gdzie nb. mieszka bardzo wielu Polaków), redaktor naczelny „Aftonbladet”, Jan Helin odpowiedział jej, że wprawdzie sam mieszka w willi, ale nie ma przecież niczego niezwykłego w fakcie, iż ludzie o podobnych zainteresowaniach i statusie chcą mieszkać razem. No właśnie, tyle tylko, że sama pamiętam Sztokholm, w którym nie istniała tak skrajna – dorównująca dziś Londynowi – segregacja mieszkaniowa. Łatwo też można zrozumieć, dlaczego szwedzkie elity zębami i pazurami bronią się przed wprowadzeniem czynszów rynkowych. Dziś wysokość czynszu zależy m.in. od tego, czy nieruchomość jest już zamortyzowana – w rezultacie sama znam lokatorskie mieszkania na luksusowym, patrycjuszowskim Östermalm, gdzie czynsz jest niższy niż w skrajnie ghettowej Rinkeby, ot taka szwedzka osobliwość. Nawet bardzo prości ludzie wiedzą, że poglądy człowieka muszą tworzyć spójną całość z jego stylem życia. Dlatego taką furię wywołał były socjaldemokratyczny premier Persson, gdy – wprawdzie głównie za pieniądze żony – kupił sobie przed wyborami 2006 wielką, 190-hektarową farmę z własnym lasem, pastwiskami, dużą ilością krów etc. Jestem nawet w stanie Perssona zrozumieć: pochodząc z ekstremalnie biednej rodziny, z rolniczego Vingåker na całe życie zachował on nabożny szacunek dla bogatych farmerów i pod koniec życia udało mu się kimś takim zostać. Jednak szwedzcy wyborcy nie posiadali mojej wyrozumiałości. Niedawno wiózł mnie z lotniska taksówkarz-Irakijczyk, świetnie mówiący po polsku, co nie powinno dziwić, gdyż był absolwentem polskiej politechniki. Wprawdzie akurat Szwecja odczuwa niedobór inżynierów, ale tak dobrze jeszcze nie ma, aby „kolorowy” mógł dostawać pensję szwedzkiego inżyniera. Gdy nad takim Irakijczykiem „pochyla się z troską” Szwed, o krótszym i gorszym wykształceniu, ale o dochodach 4-5-krotnie wyższych, w dodatku płacący za patrycjuszowski apartament mniej niż tenże taksówkarz za mieszkanie w slumsowej (wg. norm szwedzkich) dzielnicy ghettowej, nie może się to spotkać z odruchami wdzięczności. Jest to po prostu filantropia mentalna, a najstosowniejszym miejscem dla filantropów byłyby jednak ciężkie roboty przymusowe.
Oczywiście aspekt rasowy jest najważniejszy. W Szwecji najbardziej nawet bardzo prosta imigrantka wie, że przede wszystkim dyskryminowana jest jako obca, nie należąca do „rasy nordyckiej”, a dopiero później jako kobieta. Związek zawodowy Komunal dokonał dwa lata temu analizy płac swoich członków. Okazało się, że najwyższe pensje otrzymują szwedzcy mężczyźni (cynicznie nazywa się to „nagrodą za penis”), potem szwedzkie kobiety, później mężczyźni imigranci, a na samym dole płacowych tabeli znajdują się imigrantki.
Kolejną dewiacją lewicy zachodnioeuropejskiej było przyjęcie nader dziwacznego zespołu „nowoczesnych” poglądów. Przede wszystkim zanegowano istnienie klasy robotniczej, które to twierdzenie jest krzyczącą nieprawdą. Także w bogatej ciągle Szwecji większość ludzi ma do sprzedania nie akcje, opcje, obligacje czy inne papierki, a jedynie własną pracę, choć nawet na stanowiskach nominalnie robotniczych nie zawsze jest to praca fizyczna. Ci zaś lewicowcy, którym znajomość realnego życia nie pozwalała istnienia klasy robotniczej negować, podkreślali jednak, że jest ona bardzo heterogeniczna i ma różne interesy. I znowu nie jest to prawdą. Gdy obecny mieszczański rząd Szwecji – wbrew ostrzeżeniom ekspertów – wprowadził znaczne obostrzenia w systemach ubezpieczenia od bezrobocia (A-kassan) i ubezpieczenia zdrowotnego, gdy zaczęto odbierać renty i wysyłać do pracy nawet ludzi z rozwiniętą chorobą nowotworową, uderzyło to we wszystkich ludzi pracy najemnej, z których każdy może stracić pracę lub zachorować. Ponadto dla wielu lewicowców robotnicy przestali być sexy: z dawnej soli ziemi przekształcili się ludzi podejrzanych, którzy „niewłaściwie” głosują. Rzeczywiście, w ostatnich szwedzkich wyborach co drugi związkowiec z Organizacji Krajowej (LO) robotniczych związków zawodowych nie głosował na lewicę. Trudno jednak, aby było inaczej, skoro z ust Mony Sahlin związkowcy ci słyszeli nieustanne hymny na cześć klasy średniej. Jeżeli nawet wielu szwedzkich, posiadających stałą pracę robotników wykwalifikowanych rzeczywiście należy do drugiej grupy dochodowej, a więc do klasy średniej, to jednak nie należy do niej kulturowo i wcale nie chce należeć. Lewica przede wszystkim kulturowo oderwała się od swojej bazy, a lewica oderwana od bazy, to lewica, która przestaje istnieć – to właśnie (z wyjątkiem Norwegii i Grecji) widać w Europie Zachodniej.
W kręgach partyjnego aparatu i lewicy akademickiej zaczęto kręcić nosem, że robotnicy popijają wieprzowinę piwem (a „przyzwoity” człowiek zamawia do sushi przynajmniej Chablis Grand Cru), że chodzą do osiedlowych knajp, a nie do eleganckich pubów, oglądają mecze piłki nożnej, a nie awangardowe spektakle w małych teatrach, jeżdżą samochodem, a nie rowerem i ciągle domagają się stałej pracy zamiast marzyć o zatrudnieniu w „kreatywnych projects”. Był to klasyczny konflikt stylów życia, dobrze znany z USA, gdzie rednecks tradycyjnie zarzucają nowojorskim liberałom „żarcie francuskich serów i chlanie francuskich win”. Robotnikom zarzucano też homofobię i rasizm, co przynajmniej w wypadku robotników szwedzkich jest fałszem wyjątkowym. W ostatnim roku wielu gejów i lesbijek ujawniło swoją orientację w kilkudziesięciu firmach produkcyjnych (akcja ta była inspirowana przez dyrekcje). Tylko w jednej jedynej, częściowo zmilitaryzowanej, firmie gej spotkał się z objawami niechęci, które zresztą zgrabnie rozładowano. Jeżeli chodzi o rasizm, to – wstyd powiedzieć – bardziej rasistowscy są imigranci, zwłaszcza Rosjanie, Polacy i Latynosi (szczególnie oni mają obsesję na punkcie jasnej skóry). Były premier Göran Persson systematycznie wrzucał do kosza udokumentowane raporty o strukturalnej i często brutalnej dyskryminacji imigrantów na rynku pracy. Persson twierdził, że ponieważ w szwedzkim społeczeństwie jest silny potencjał ukrytego rasizmu, socjaldemokraci nie mogą się zajmować dyskryminacją imigrantów gdyż stracą władzę. Persson mylił się podwójnie. Socjaldemokraci stracili władzę z zupełnie innych powodów, przy czym jego osoba była powodem głównym. Gdy natomiast ankietowanym zadano klasyczne pytanie amerykańskie: „Czy zgodziłbyś się, aby twoja córka wyszła za Murzyna?”, okazało się, że dla szwedzkich robotników nie byłoby to żadnym problemem, a dla imigrantów-Latynosów byłoby to horrendum.
Jednak z punktu widzenia „zwykłych ludzi” szczególnie obłąkaną herezją lewicową jest przekonanie, że respektowaniu różnic międzykulturowych muszą być podporządkowane prawa człowieka. Podam tylko dwa przykłady. Otoczona z dwóch stron morzami Szwecja jest krajem 85 tysięcy jezior, które zajmują 11 proc. powierzchni. W takim kraju umiejętność pływania jest obowiązkowa – nauka pływania jest w programie szkolnym. Aliści różni religijni fanatycy – zresztą nie tylko muzułmanie, ale także Plymouth Brethren (zwłaszcza odłamu closed) etc. – nie zgadzają się, aby ich córki chodziły na basen. Z punktu widzenia przeciętnego Szweda oznacza to, że państwo zgadza się na świadome upośledzenie tych dziewczynek.
W chwili, gdy piszę te słowa, cała Szwecja jest wstrząśnięta kolejnym morderstwem honorowym: 21-letnią Jian zabił jej własny ojciec-Kurd, uważając, że zhańbiła jego honor swoim rozwodem. Sara Mohamed, główna szwedzka ekspertka od mordów honorowych twierdzi, że 70 tysięcy zamieszkałych w Szwecji dziewcząt ma praktycznie do wyboru albo zaaranżowane małżeństwo z woli rodziców, albo śmierć (eksperci policji twierdzą, że liczba ta jest jeszcze większa). W latach 2007-2008 Szwecja przeżyła istną epidemię spadania dziewczyn z balkonów – w większości wypadków mordercy nie zostali aresztowani, gdyż tępi policjanci nie słyszeli wówczas o mordach honorowych („Ach te kolorowe laseczki, pewnie skaczą, bo lubią”). Sara Mohamed twierdzi, że państwo szwedzkie mogłoby wydatnie zmniejszyć ilość tych morderstw, ale nie chce ryzykować konfliktu z muzułmanami, a ponadto….przecież chodzi tylko o jakieś „kolorowe”. Szwedzi, w których od dziecka wpaja się zasadę, że prawo jest takie samo dla wszystkich (lagen är lika för alla) nie rozumieją, dlaczego powoływanie się na jakieś fanatyczne zabobony ma umożliwiać ignorowanie obowiązujących przepisów prawnych. O to, że jest to możliwe oskarżają lewicę.
Kto po Monie?
Odejście Mony Sahlin było przesądzone: przywódczyni partii, która uzyskała najgorszy wynik wyborczy od roku 1914 nie mogła dalej kierować szwedzką socjaldemokracją. Bezcelowe jest rozważanie, kto zastąpi panią Sahlin – o tym w marcu 2011 zadecyduje nadzwyczajny kongres partii. Największym chyba politycznym talentem szwedzkiej socjaldemokracji jest Ilija Batjan (ur. 1967) – świetny orator i błyskotliwy polemista, absolwent ekonomii politycznej uniwersytetu sztokholmskiego, ze stażem w dyrektoriacie finansów Komisji Europejskiej. Obawiam się jednak, że szwedzka socjaldemokracja jeszcze nie dojrzała do tego, aby na jej czele stanął ktoś urodzony w Montenegro. Utalentowanym politykiem jest też Luciano Astudillo (1972), o wielkich zdolnościach analitycznych – niestety urodzony jest w Chile. Wśród bardzo wielu socjaldemokratów zdecydowaną faworytką jest była przedszkolanka Veronica Palm (ur. 1973), dziś przewodnicząca sztokholmskiej socjaldemokracji, wyglądająca tak osobliwie młodo, że ciągle zdarza się, iż w sklepie monopolowym proszą ją o pokazanie legitymacji. Veronica Palm – nb. sąsiadka z mojej dzielnicy – jest na pewno osobą zdolną, skoro już w wieku 25 lat została posłanką do Parlamentu Europejskiego, można się jednak zastanawiać, czy ma wystarczające kwalifikacje intelektualne, aby zostać przewodniczącą najsilniejszej socjaldemokracji w Europie. Palm ma o tyle duże szanse, że popiera ją także czerwona Norrland, która ma aż 98 delegatów na kongres. Nie bez szans jest także religioznawca Morgan Johansson (1970), były minister zdrowia, podobnie jak wszyscy powyżej wymienieni też należący do lewej falangi partii.
Obecny sekretarz szwedzkiej socjaldemokracji, urodzony w Turcji Ibrahim Baylan miał jednak rację, gdy skonstatował, że ważne jest nie tyle kto, ale co po Monie Sahlin. Partia jest głęboko rozdarta na lewą i prawą falangę. Czy partia ma być reprezentantem wielkomiejskiej klasy średniej, przekonać ją, że lepiej zabezpieczy jej interesy? Czy przeciwnie, partia ma być reprezentantem ludzi pracy najemnej i drobnych przedsiębiorców, a także chorych, bezrobotnych (to głownie młodzież), emerytów? Mniemam, że odpowiedź na te pytania jest dość łatwa. Bez środków podniecających nie potrafię sobie wyobrazić, co socjaldemokraci mogliby dać klasie średniej, a czego nie mogłaby jej dać prawica. Szwecja to nie Polska, gdzie ludzie zmarginalizowani zostali zepchnięci na takie dno, że z zasady nie głosują, a wszystkich polityków hurtem uważają za łajdaków. W szwedzkich wyborach wzięło udział 84,6 proc. uprawnionych do głosowania. To w Polsce nadzieją lewicy może być wykształcona, antyprawicowa i antyklerykalna młodzież, a przynajmniej ta jej część, której nie ogłupiła neoliberalna ideologia (teraz część tej młodzieży może zagospodaruje Palikot). W Szwecji lewica ciągle może się odwoływać do większości społeczeństwa.
Pozostałe pytania są jednak znacznie trudniejsze, lecz powinna spróbować na nie odpowiedzieć partyjna komisja kryzysowa, na czele której stoi Irańczyk, Ardalan Shekarabi. Dlaczego zwykli ludzie mają zdyscyplinowanie płacić podatki, skoro bogaci i najbogatsi nie płacą ich nigdy? Kto ma generować wzrost gospodarczy, skoro „kwartalny kapitalizm” generuje tylko kryzysy? Jak zwiększyć mobilność socjalną, jak umożliwić tę klassresa, tak bliską sercu każdego Szweda? Dziś szwedzkie dziecko urodzone w biedzie ma znacznie mniejsze szanse na awans niż w latach 60. i 70. Jak można mówić o bezpieczeństwie socjalnym, skoro młodych Szwedów zatrudnia się przeważnie na umowy czasowe, na zastępstwa czy wręcz „w razie potrzeby” (behovsanställda) etc.? Przecież osobie, która nie ma stałej pracy żaden bank nie da kredytu nawet na laptopa! Jak można mówić o kolejnym przedłużeniu wieku emerytalnego, skoro na dzisiejszym rynku pracy 40-latek uważany jest już za staruszka? Dlaczego socjaldemokracja zrezygnowała z własnej polityki mieszkaniowej? Nie chcemy żyć w Szwecji, w której młoda dziewczyna bez żadnego skrępowania mówi dziennikarzowi, że za swoje mieszkanie w centrum Sztokholmu daje właścicielowi miesięcznie 4000 SEK i osiem stosunków seksualnych. Jak to możliwe, że najbogatsza w Szwecji firma mieszkaniowa zapowiada największe podwyżki czynszów? I wreszcie pytanie najważniejsze. Jak w warunkach globalizacji państwo narodowe może wpływać na procesy gospodarcze? Dlaczego lewica nawet nie rozmawia o tym, jak to robić na poziomie Unii?
Pląsawica na grobie i idylla
Tylko w dwóch krajach Europy lewica trzyma się dość mocno: w Grecji i w Norwegii. We Francji pracobiorcy miesiącami protestowali i strajkowali przeciwko reformie emerytalnej, ale francuskim socjalistom nie udało się stanąć na czele tych protestów, a niedawny sondaż Ipsos wykazał spadek zaufania do Martine Aubry. Francuscy socjaliści – którzy wybory parlamentarne wygrali ostatni raz w roku 1997 – poświęcali więcej energii na wewnętrzne walki niż na opracowanie programu, jaki byłby atrakcyjny dla elektoratu. Ed Miliband zwyciężył brata Davida dzięki poparciu związków zawodowych, nieustannie powtarza, że trzeba powrócić do tradycyjnych wartości Labour, ale mało kto wierzy, że uda mu się odbudować potęgę związków zawodowych, którym ulubienica „Solidarności”, pani Thatcher złamała kręgosłup. Pewne nadzieje budzi Sigmar Gabriel, ale od września 2009 poparcie dla SPD wzrosło z 23 do 26 procent, nie jest to wynik olśniewający. Hiszpańska PSOE trzymałaby się mocno, gdyby nie problemy budżetowe, 20-procentowe bezrobocie i pojawiająca się coraz wyraźniej twarz irlandzkiego upiora. Duńscy socjaldemokraci jeszcze nie przyszli do siebie po batach, jakie dostali w roku 2001. Przed przyszłorocznymi wyborami Helle Thorning-Schmidt zawarła wyborczy sojusz z Sosialistisk folkeparti i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Obecne poparcie dla duńskich socjaldemokratów (26,3 proc.) jest raczej mizerne. W Grecji Pasok trzyma się nieźle, ale zawdzięcza to wielkiej popularności, jaką cieszy się nieco podstarzały już (ur. 1952) George Papandreou. Drugim wyjątkiem jest Norwegia, gdzie skutecznie zrealizowano to, co nie udało się w Szwecji: koalicję czerwono-zieloną między Arbeiderpartiet, Sosialistisk venstre i Senterpartiet. Jens Stoltenberg (ur. 1959) jest bardzo zdolnym politykiem, ale obecne poparcie dla Det Norske Arbeiderparti (29 proc.) jest tylko cieniem dawnej świetności, gdy DNA dostawała ponad 40 proc. głosów.
Lewica w Europie nie przedstawia żadnej nowej narracji, żadnego atrakcyjnego projektu społeczno-gospodarczego, jedynie usiłuje bronić dawnych pozycji. Jej przedwyborcze szamotaniny przypominają upiorną pląsawicę na grobie, który sama sobie wykopała. W Szwecji bezrobocie wśród młodzieży wynosi 23 proc. – straszna liczba, gdyż przecież dotyczy ludzi o wysokich potrzebach konsumpcyjnych (mieszkania, meble, samochody, naturalna chęć podróżowania etc.). Rada Mony Sahlin, aby bezrobotna młodzież zakładała własne firmy wywoływała wręcz furię. Wiem, że w Polsce każdy chciałby być businessmanem, ale w Szwecji marzeniem absolwenta jest dostać w dużej firmie stałą pracę, pozostać w niej kilkanaście lat, awansować, zarabiać coraz więcej. Z kolei Thomas Östros radził bezrobotnym absolwentom uczyć się…mandaryńskiego. Oczywiście dobrze jest znać język nowych władców świata, w niektórych szwedzkich szkołach średnich już dawno wprowadzono standardowy putonghua jako drugi język obcy, ale taka rada jest śmieszna w ustach polityka. Wszędzie natomiast pojawiają się specjaliści od wskazywania kozłów ofiarnych: Pia Kjærsgaard, Jimmie Åkesson, Andreas Moelzer, Geert Wilders, Gabor Vona – lista mogłaby być długa. Reprezentują partie zdyscyplinowane, zamożne, zdobywające coraz więcej zwolenników i nieformalnie współpracujące ze sobą pod skrzydłami Lega Nord. Ostatnio, na spotkaniu we Wiedniu, postanowiły utworzyć bardziej formalną „europejską sieć patriotów”. Bardzo modne stało się wskazywanie kozłów ofiarnych – są nimi nie tylko muzułmańscy uchodźcy i gastarbeiterzy w Europy Wschodniej. Zdaniem szwedzkiej policji, dochody szajek zwabiających pracowników spoza Unii przekraczają już dochody z tzw. trafficking (co jest o tyle zrozumiałe, że w Szwecji nie ma oficjalnych domów publicznych). Pracodawca może wystąpić do urzędu migracyjnego o prawo pracy dla imigranta spoza Unii. Szajki mają całą sieć takich nieuczciwych pracodawców, którzy sprzedają im prawo pracy za 30 tysięcy SEK od sztuki. Oczywiście zwabiani nieszczęśnicy z Białorusi, Armenii czy Gruzji sami muszą sobie znaleźć prace – najgorszą i płatną groszowo. Nie są oni jeszcze zagrożeniem dla Szwedów, ale dla polskich czy bałtyckich gastarbeiterów – ci spoza Unii zgadzają się pracować jeszcze więcej i za jeszcze mniejsze wynagrodzenie. Należy z naciskiem podkreślić, że niechęć szwedzkich robotników do gastarbeiterów nie ma podłoża rasistowskiego – chodzi o to, że gastarbeiterzy psują szwedzką kulturę pracy. Zdarza się oczywiście, że zatrudniony legalnie Polak otrzymuje taką samą pensję jak robotnik szwedzki, tyle tylko że Szwed otrzymuje ją za 40 godzin pracy tygodniowo, a Polak – za 72 godziny tygodniowo. Dumping płacowy nie ma nic wspólnego z pochodzeniem pracownika i jego kolorem skóry, ale z jego pozycją przetargową na rynku pracy. A pracownik spoza Unii nie ma żadnych praw: gdy pracodawca cofnie mu prawo pracy, pracownik zostaje deportowany.
Na pewno daje wiele do myślenia, że choć szwedzcy socjaldemokraci uzyskali tak nędzny wynik w wyborach do parlamentu, to w wielu gminach roznieśli swoich konkurentów w puch. Przykładowo w gminie Smedjebacken (Dalarna) uzyskali 59,5 proc. głosów. Jest naturalnie prawdą, że na prowincji elektorat nie jest mobilny, że przez dziesięciolecia ludzie głosują na jedną partię, ale nie wystarczy to do wyjaśnienia fenomenu 59,5 proc. głosów. Cała gmina liczy 10 758 mieszkańców, z czego w samym Smedjebacken – 5121 osób. Gmina żyje z przemysłu stalowego, największymi pracodawcami są Fundia i ABB. Szef komuny, Leif Nilsson jest byłym pracownikiem Ovako Steel. Niewątpliwie ma to duże znaczenie, Szwedzi nie mają zaufania do „brojlerów” – ludzi, którzy całe życie pracowali w partyjnym aparacie, a takimi właśnie byli Göran Persson i Mona Sahlin. Gmina jest zamożna, cierpi nawet na brak pracowników, chętnie przyjęłaby imigrantów-wykwalifikowanych hutników i stalowników. Socjaldemokraci ze Smedjebacken uważają, że kierownictwo partii całkowicie zatraciło kontakt z normalnym życiem. W Smedjebacken każdy zna kogoś, kto jest bezrobotny lub na zwolnieniu lekarskim, każdy wie, jakie ci ludzie mają problemy, nikogo nie trzeba uczyć solidaryzmu. Gdy Leif Nilsson – który praktycznie zna większość swoich wyborców – organizuje zebrania w lokalnym Folkets hus, sala pęka w szwach. Dyskutowany jest każdy pomysł, także pochodzący od prawicy, zresztą w gminie nie ma politycznej wojny. Największym problemem Nilssona jest skłonienie młodzieży, aby nie uciekała do miast (gmina potrzebuje wszak rąk do pracy), w Smedjebacken nikt nie proponowałby jej zakładania własnych firm. Socjaldemokraci szczebla gminnego uważają, że aparat partyjny wyalienował się, nie ma pojęcia o warunkach życia ludzi pracy najemnej i że można odnieść wrażenie, iż nie są mu oni do niczego potrzebni. Co hutnika ze Smedjebacken – w sensie dochodowym należącego do drugiej grupy dochodowej – mogą obchodzić debaty o klasie średniej w Sztokholmie? Oczywiście obserwacji z jednej zamożnej gminy nie można uogólniać na obszar całego kraju, ale idylla w Smedjebacken wskazuje, że jakiś powrót na grassrot level byłby może wskazany.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...