Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Delick: Wielki dzień szwedzkiej prawicy Drukuj
Anna Delick, Sztokholm   
28.09.2006

Gdy w roku 1976, po 44 latach nieprzerwanych rządów, szwedzka socjaldemokracja utraciła na krótko władzę, wielu Szwedów uznało to wręcz za… zamach stanu. Gdy 17 września 2006 szwedzki alians prawicy wygrał wybory nieznaczną większością głosów (zaledwie 2,1 proc.), wszyscy uznali to za… zwycięstwo socjaldemokracji.

„Triumf socjaldemokratów” - podsumował wybory znany profesor politologii, Bo Rothstein („Dagens Nyheter”, 20 września 2006). Dlaczego, skoro socjaldemokraci pozostali wprawdzie największą partią Szwecji (35 proc. głosów, ich główny rywal, moderaci uzyskali 26,2 proc.), ale uzyskali najgorszy wynik wyborczy w swojej historii? Aby to zrozumieć, trzeba się cofnąć do poprzednich wyborów.

W roku 2002 przywódcą głównej partii szwedzkiej prawicy, moderatów (z łac. moderatio - umiarkowanie), był od trzech lat finansista Bo Lundgren. Do wyborów zdążył usunąć z kierownictwa partii wszystkich prawdziwych konserwatystów i dokonał przegrupowania partii w kierunku neoliberalnym.

Na próżno życzliwi doradcy tłumaczyli mu, że neoliberalizm skompromitował się jako jedna ze szkół ekonomii i pozostał już tylko więdnącą ideologia. Jedna z komentatorek zauważyła, że Lundgren przemawiał nie jak szef idącej do wyborów partii mieszczańskiej, ale bardziej jak fanatyczny dowódca neoliberalnej partyzantki na wrogim terenie. Wbrew zdrowemu rozsądkowi obiecywał silną obniżkę podatków i zwiększone wydatki na służbę zdrowia, szkolnictwo, policję, a „deregulacja” i „prywatyzacja” nie schodziły mu z ust, nawet gdy mówił o przyroście naturalnym.

W wyborach 2002 moderaci dostali straszliwe baty, uzyskując najgorszy wynik w swojej historii: zaledwie 15,2 proc., a Bo Lundgren zniknął w politycznym niebycie. Nowym przywódcą moderatów został Fredrik Reinfeldt (ur. 1965), a głównym ekspertem ekonomicznym partii i autorem jej gospodarczego programu – Anders Borg (ur. 1968), niewątpliwy spiritus movens obecnego sukcesu szwedzkiej prawicy.

Reinfeldt jest pierwszym powojennym premierem Szwecji, pochodzącym się z klasy średniej (Ojciec premiera Tage Erlandera był wprawdzie nauczycielem szkoły ludowej - a matka wywodziła się z biednego chłopstwa - ale w ówczesnej Szwecji taki nauczyciel na pewno nie mógł aspirować do klasy średniej). Per Albin Hansson, Ingvar Carlsson i Göran Persson wywodzili się z proletariatu, Thorbjörn Fälldin był zamożnym farmerem, Carl Bildt i Olof Palme – utytułowanymi arystokratami. Anders Borg jest byłym neoliberałem, nawróconym na rozsądek.

Ten mieszkający w ekskluzywnej dzielnicy Lidingö świetnie wykształcony ekonomista trudno kojarzy się z klasyczną prawicą: rozchełstana koszula (choć pod kosztownym garniturem), kolczyk w uchu, długie włosy związane z tyłu w kitkę. Jego hobby to filozofia, którą także studiował, a najbardziej podziwianymi kobietami – własna żona-businesswoman i….Simone de Beauvoir. Borg odszedł z polityki razem z premierem Bildtem. Pracował m.in. jako szef działu analiz ekonomicznych w finansowym koncernie rodziny Wallenbergów, S-E-B. Wrócił dopiero do Reinfeldta i przekonał przywódcę prawicy, że można pokonać socjaldemokratów, zabierając im ich program.

Nie chciałam wierzyć własnym oczom, gdy Borg udzielił obszernego wywiadu lewackiemu periodykowi „Arena” (nr 2/2005), wygłaszając wielką laudację szwedzkiego modelu welfare state, silnych związków zawodowych i dużego sektora publicznego. W sporze o import taniej siły roboczej z Europy Wschodniej, Fredrik Reinfeldt kategorycznie opowiedział się po stronie szwedzkich związków zawodowych, podkreślając konieczność centralnych układów zbiorowych i określając się jako „socialkonserwatysta”. Borg za największy grzech ekonomisty uznał „keynesofobię”. Dodał także, że interesuje go tylko „to, co działa”, a więc porzucił neoliberalizm, a zajął się istniejącym w pięciu państwach nordyckich modelem szwedzkim, który najlepiej sprawdził się wobec wyzwań globalizacji.
Na Reinfeldta duży wpływ wywarł jeden z najbardziej wpływowych brytyjskich analityków, Mark Leonard, foreign policy director at the Centre for European Reform, który stwierdził, że wbrew wszelkim ostrzeżeniom państwa nordyckie pokazały, że można mieć najwyższe na świecie podatki, drogą pracę, bardzo silne związki zawodowe, rozbudowany sektor publiczny, daleko posunięte równouprawnienie (z tzw. kwotowaniem kobiet do parlamentu i rządu), a jednak radzić sobie gospodarczo znacznie lepiej niż inne kraje.

Wspomniany prof. Bo Rothstein nadmienił, że jego amerykańscy interlokutorzy nie mogli zrozumieć, czego właściwie dotyczą szwedzkie wybory, skoro lewica i prawica mówią dokładnie to samo. Rzeczywiście, przedwyborcze debaty dotyczyły głównie tego, który blok jest bardziej wierny… socjaldemokratycznemu ideałowi welfare state.

Zniknęli gdzieś wszyscy ci ekonomiści, którzy twierdzili, że z „naukowej teorii” wynika, iż Szwecja zginie, jeżeli nie obniży podatków, nie wprowadzi „elastycznego” rynku pracy, nie sprywatyzuje, co tylko można i nie zdemontuje swojego folkhemmet („domu ludu”). Jeden z takich zwolenników „naukowej ekonomii”, Anders Åslund wyniósł się aż do USA i chyba jeszcze tylko jedna jedyna „Gazeta Wyborcza” cytuje go jako „wybitnego eksperta”.

Kampania wyborcza przypominała wręcz zawody, kto lepiej utrzyma socjaldemokratyczny folkhemmet. Zwłaszcza moderaci radośnie przyznawali rację socjaldemokratom, zaraz jednak dodając „ale my to zrobimy lepiej”. Gdyby w dzisiejszej Szwecji ktoś wystąpił z ideami neoliberałów, potraktowany byłby równie szyderczo, jak osobnik wierzący, że ziemia jest płaska.

Wybory w dużym stopniu dotyczyły więc wyjątkowo nielubianego premiera Perssona. Jeden z moich kolegów, zajmujący się zawodowo Polską, powiedział kiedyś, że Göran Persson zapadł na „milleryzację”. Określenie to nie jest do końca trafne, gdyż Persson nie jest jednak zdrajcą lewicy i nigdy przez gardło nie przeszłoby mu sławne dictum, że rynek zawsze ma rację. Trzeba przyznać, że na niechęć wyborców Persson solidnie zapracował. Sama jestem nawet skłonna zrozumieć, że pochodzący z bardzo biednej rodziny Persson – dla którego w dzieciństwie szczytem wyśnionej kariery było posiadanie rolnego gospodarstwa – kupił sobie na starość posiadłość ziemską.

Jednak przeciętny wyborca nie bawił się w takie psychologizowanie i nie rozczulały go zdjęcia premiera Perssona z krowami. Wyborcę do pasji doprowadzały arogancja i paternalizm Perssona, a socjaldemokraci nie mogli mu wybaczyć, iż usunął z kierownictwa wszystkie popularne i mające własne zdanie osobistości, a zwłaszcza kochaną wręcz w partii Margot Wallström, „zesłaną” na szwedzkiego Komisarza Unii Europejskiej. Największą jednak pułapkę Persson sam na siebie zastawił.

Po zwycięstwie w roku 2002 Göran Persson obiecał uroczyście i z właściwą sobie hybris, że w czasie obecnej kadencji bezrobocie na pewno spadnie do 4 proc., a stopa zatrudnienia wzrośnie do bardzo wysokiego poziomu 80 proc. Niestety w końcu sierpnia 2006 szwedzkie bezrobocie wynosiło 5,7 proc. Wszystkie badania wykazują, że szwedzki wyborca bardzo dokładnie pamięta obietnice polityków i nigdy nie wybacza ich złamania.

W tym miejscu konieczne jest pewne wyjaśnienie, gdyż prasa polska drukowała banialuki, iż bezrobocie w Szwecji wynosi ponad 20 proc. Otóż szwedzka stopa zatrudnienia jest jedną z najwyższych na świecie, gdyż wynosi 78 proc. Rzeczywiście więc poza rynkiem pracy pozostaje 22 proc. – liczba ta obejmuje bezrobotnych, ludzi przebywających na rocznych urlopach, na zwolnieniach lekarskich, na rentach chorobowych i przedwczesnych emeryturach etc. Tak jednak nikt nie liczy, przy zastosowaniu tej metody bezrobocie np. w Polsce wynosiłoby 47 proc. Natomiast skłonna byłabym się zgodzić, że do liczby bezrobotnych powinny być wliczone osoby, które chcą mieć pracę pełnoetatową, a obecnie pracują w wymiarze 50- czy 75 proc. etatu (dotyczy to zwłaszcza kobiet z sektora publicznego). Jednak i mnie, socjaldemokratkę, do pasji doprowadzały zaklęcia Perssona, że już prawie, już za chwilę będzie te mityczne 4 proc.

Oczywiście jest pewnym ewenementem, iż w kraju kwitnącej gospodarki traci władzę partia rządząca. Szwedom powodzi się tak, jak chyba nigdy dotąd – nie tylko PKB rośnie (w drugim kwartale: 5,1 proc.; w całym roku 2006 ma być 4,2 proc.), inflacji praktycznie nie ma, kredyt jest tani, ale i konsumpcja jest coraz wyższa (odzwierciedla to optymizm społeczeństwa), a płace realne wydatnie wzrosły.

W roku 2005 organizacje charytatywne 9-milionowej Szwecji zebrały sumę 2 miliardów SEK (ca 855 milionów PLN), z czego 90 proc. pochodziło od osób prywatnych, choć w Szwecji nie ma możliwości odpisów podatkowych przy tego typu darowiznach. Ta hojność nader oszczędnych Szwedów najlepiej świadczy, że mają z czego dawać. Może gdyby Szwedom nie powodziło się tak dobrze, nie zaryzykowaliby zmiany ekipy. W dodatku gdy Persson wymieniał rzeczywiście imponujące wskaźniki gospodarcze, Reinfeldt zaraz nadmieniał, że nie każdy został dopuszczony do podziału tego coraz większego tortu, a „my zajmiemy się także wykluczonymi”. Dlatego właśnie tak znacząco wzrosła liczba imigrantów głosujących na blok prawicy. Natomiast liczba posłów-imigrantów zmniejszyła sie w nowym riksdagu [parlamencie] z 23 do 17. W obecnym szwedzkim parlamencie imigranci stanowią tylko 5 proc., gdy w całym społeczeństwie – 12 proc. Premier Reinfeldt sam przyznał, że jest to problem, zwłaszcza iż jego koalicyjni sojusznicy – chadecy Kd, socjal-liberałowie Fp i chłopcy centryści nie mają ani jednego imigranckiego posła.

Może było to nieco humorystyczne, gdy moderaci nazwali się „nową partią robotniczą Szwecji” (Sveriges nya arbetarparti), ale gdyby moczarowcy i giertychowcy nie obrzydzili w Polsce słowa „patriota”, to tak właśnie określiłabym Reinfeldta. Jest on wyraźnie dumny z osiągnięć szwedzkiego folkhemmet i na pewno dobrobyt szwedzkiego narodu jest mu bliższy niż interesy amerykańskich funduszy emerytalnych, transnarodowych korporacji i międzynarodowej finansjery (a nie o każdym polityku Unii można to powiedzieć). Dotychczasowe rządy prawicy w powojennej Szwecji trwały zawsze tylko jedną kadencję i zawsze kończyły się gospodarczym kryzysem – doświadczył tego i rząd Fälldina, i rząd Bildta. Reinfeldt – właśnie z uwagi na swój patriotyzm i silny pragmatyzm, charakterystyczny dla dojrzałego mieszczaństwa – ma szansę losu tego uniknąć, choć trzeba pamiętać, że nie jest sam, że stoi na czele rządu koalicyjnego (już zaczęły się w koalicji spory, kto właściwie ma zostać marszałkiem parlamentu i trwa walka o ministra gospodarki). Na szczęście Reinfeldt nie ma też zbyt dużego pola manewru. 

W roku 279 p.n.e. król Epiru, Pyrrus odniósł w Apulii takie zwycięstwo, które umożliwiło przyszłą wiktorię jego wrogów, Rzymian. Jeżeli przyjąć, że największy sukces polityczny odnosi się wtedy, gdy przeciwnik przechodzi na nasze pozycje, to można przyjąć, iż dzień 17 września 2006 był dla Reinfeldta jego Ausculum – zwyciężył, ale nolens volens musi realizować politykę przeciwnika i jeżeli nie będzie w tym sprawny, to w roku 2010 socjaldemokraci na pewno powrócą do władzy.

Komentarze
Dodaj nowy
bokanon  - propaganda klęski   |03.10.2006 15:27:51
Aż się oczom mnie chce wierzyć. Przedstawienie szweckiej prawicy jako bardziej
etatystyczynej niż lewica to już lekki surrealizm. Ale cóż, jeśli fakty nie
dostosowują się do naszej ideologii, tym gorzej dla faktów.

Czy autor mólby
podać dane o bezrobociu w Szwecji wśród mlodych ludzi oraz imigrantów? I czemu
nie wspomina, że Reinfeldt szanse dla wykluczonych widzi nie tylko w wiekszej
redystrubucji, ale i (a fe) DEREGULACJI.

thomas  - drobiazg   |04.10.2006 19:28:10
bokanonie, autorka, a nie autor…

co do bezrobocia wśród młodych to chętnie
bym się też dowiedział
amistella  - Tekst dobry tylko szkoda ze…   |20.10.2006 10:54:06
Droga autorko, dziekuje za duzo faktow i wiedze, ktore zawarlas w swoim
artykule. Nie wahasz sie poruszac tematow tabu i dobrze, iz nie patrzysz na
Wielce Szanowny Komitet Noblowski z bezrefleksyjna naboznoscia. Odslaniasz
kulisy przyznawania nagrody i ujawniasz mechanizmy, ktore tak naprawde tym
steruja. Tylko dlaczego tak nie znosisz Polakow i Turkow? Co oni Ci zlego
zrobili? Mysle, ze wrecz ich nienawidzisz. Przeciez nie tylko nagroda przyznana
Sienkiewiczowi uznana byla za skandal. Tak naprawde za skandal uznawana jest
kazda nagroda, ktora Akademia Szwedzka przyznaje bo…zawsze budzi wiele, wiele
emocji, a jej laureaci to czesto osoby mocno kontrowersyjne. Wystarczy przejrzec
liste. Mowisz droga Autorko, ze oba narody miotają się między kompleksem
niższości wobec Zachodu i megalomanią, oba są chorobliwie przeczulone na punkcie
godności narodowej etc, etc. Toz to typowy stereotyp. Dlaczego proponujesz
wlasnie taki tok myslenia? Idac tym tropem wlasnie bedziemy sie miotac, pomiedzy
zachwytem nad tymi lepszymi i pogarda dla gorszych. Pozdrawiam, zyczac autorce
wiecej refleksji, mniej agresji i dziekuje za wspaniale kompendium cielawych
informacji.
amistella  - Omylkowy komentarz   |20.10.2006 11:22:52
Powyszszy komentarz adresowany jest do tekstu Pani Anny Delick pt. "Na
szczescie Nobel polityczny". Umiescilam go tutaj omylkowo, za co Autorke
serdecznie przepraszam.

Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 21.10.2006 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.05779 Seconds