|
Spór o kształt edukacji jest równie stary jak sama edukacja. Także i dziś niejednego młodzieńca ciągną w przeciwnych kierunkach dwie niewiasty: praktyczna, przyziemna Techne i bardziej „laskowata” Pajdeja.
==========================================================
Z różnych powodów nie czytałam dokumentu Strategia rozwoju edukacji na lata 2007-2013 – żyję w Szwecji, nie mam polskiego obywatelstwa i na polskie problemy patrzę z dystansem. Ponadto, takie polskie dokumenty resortowe są często zbiorem prawd markiza de La Palice, który „kwadrans przed śmiercią był jeszcze żywy”. Ograniczają się do konstatacji banalnych, że wykształcenie to społeczny kapitał, że trzeba podnosić jego jakość itd.. Ze zdumieniem znalazłam w artykule Sławomira Sierakowskiego „Produkcja zasobów zamiast kształcenia ludzi” (Rzeczpospolita, 11 sierpnia) informację, że edukacyjnym celem resortu są bardzo praktyczne studia wyższe, które mają maksymalnie przygotowywać do zawodu.
Spór o kształt edukacji jest równie stary jak sama edukacja, doradzałabym chociażby lekturę Lukiana. Także i dziś niejednego młodzieńca ciągną w przeciwnych kierunkach dwie niewiasty: praktyczna, przyziemna Techne i bardziej „laskowata” Pajdeja. Również w Europie Zachodniej odzywają się – ciekawe, że głównie w kręgu polityków, a nie biznesu – głosy, że młodzież trzeba przede wszystkim kształcić praktycznie i szybko uczyć konkretnego fachu. Nadal zdarzają się też konserwatyści, głoszący – wcale logicznie ze swego punktu widzenia (i siedzenia) – że luksus wykształcenia nie każdemu powinien być dostępny.
Ideał wykształcenia ogólnego, szerokiego czy wręcz nadmiarowego, zawdzięcza Europa Izokratesowi. W jego szkole, gdzie studiowano 3-4 lata, uczono nie tylko oratorskich sztuczek i prawa, ale także – mówiąc dzisiejszym językiem – psychologii czy ekonomii polis, a więc umiejętności mniej przydatnych retorowi i sądowemu obrońcy. Z punktu widzenia księgowych, już nawet ogólnokształcąca szkoła średnia jest absurdem. Przyszły adwokat nie musi wszak wiedzieć, co to logarytm naturalny, mitochondria czy równanie Schrödingera. Przyszły fizyk może nie mieć pojęcia o Stagirycie czy rewolucji francuskiej, a zamiast lektury Kafki czy Hamleta może kontentować się wertowaniem dowartościowującej polskiego kołtuna gazetki Fakt. Podobnie można patrzeć na problem opłat za wykształcenie: jest ono towarem i każdy powinien za nie płacić z własnej kiesy. Z punktu widzenia księgowych – zwłaszcza tych zakażonych infekcją neoliberalną – już Perykles był wstrętnym lewakiem, gdyż uważał, że teatr pełni niezbędną rolę wychowawczą i z jego inicjatywy biedniejsi obywatele Aten mogli za wizytę w teatrze dostać kilka oboli zasiłku. Platon był też niewątpliwym komunistą, gdyż do gaju Akademosa wpuszczał za darmo – opłaty wprowadził dopiero Speuzyp, mający większą żyłkę do biznesu niż do filozofii (w której nie zaistniał). Na szczęście światem nie rządzą kiepscy księgowi.
Izokrates, zresztą konserwatysta wyjątkowy, uważał, że jego uczelnia powinna przygotowywać nie tyle do fachu, co do właściwego zachowania w większości sytuacji życiowych. Przez całą epokę helleńską, a później hellenistyczną chciano kształcić nie specjalistę, ale człowieka, kogoś o takich podstawach wiedzy, aby w razie potrzeby mógł zostać także wąskim specjalistą. Warto może przypomnieć, że termin pajdeja Rzymianie tłumaczyli jako humanitas. Ogólnokształcącą szkołę średnią utrzymuje się dlatego, że rozpoczynający ją młodzi ludzie nie potrafią jeszcze zdecydować, kim chcą zostać w przyszłości. Zresztą i na późniejszy wybór studiów przesadny wpływ mają mody czy medialne histerie. Pamiętamy, że jeszcze niedawno wszyscy w III RP chcieli studiować zarządzanie i marketing, a dziś absolwenci tego kierunku – zwłaszcza po prywatnych szkółkach pseudowyższych – zasilają armię polskich bezrobotnych. Także wiele pracujących w Szwecji polskich sprzątaczek ukończyło ten właśnie kierunek studiów. Aby ułatwić racjonalny wybór studiów, istnieje w szwedzkich szkołach etat SYO-konsulent (studieoch yrkesorienteringkonsulent), fachowo przygotowanego konsultanta ds. wyboru zawodu. Ma on stały kontakt z urzędnikami AMS (Swedish National Labour Market Administration) oraz z nauczycielami swojej szkoły, studiów i orientuje się w rynku pracy i możliwościach ucznia. Wprowadzenie podobnych etatów w polskich szkołach jest naturalnie wykluczone – budżetowe pieniądze znalazły się tylko na katechetów. Ponadto instytuty szwedzkich szkół wyższych mają od 1966 roku na etacie tzw. studievägledare (vägledare = przewodnik) – najczęściej jest nim jakiś doktorant, udzielający profesjonalnych informacji o przebiegu studiów i o tym, czym zajmują się absolwenci np. lingwistyki, kosmologii czy antropologii kulturowej – przykładowo: zmorą instytutów religioznawstwa porównawczego są osoby pragnące na tych studiach wybrać sobie… wyznanie i studievägledare musi im tłumaczyć, że absolwenci tego kierunku z reguły zostają agnostykami.
Wprowadzenie powszechnych opłat za wyższe studia niewątpliwie jeszcze bardziej zniechęci do nich młodzież ubogą i to niezależnie od formy, jaką miałyby przyjąć proponowane kredyty. W Szwecji studia są oczywiście bezpłatne, a na utrzymanie otrzymuje się tzw. studiemedel, wynoszący w przeliczeniu 15 tysięcy zł polskich na semestr (dane za ub. rok akademicki), z czego 5 160 zł stanowi państwowy zasiłek bezzwrotny, a resztę – oprocentowana pożyczka. Jednak mimo tak korzystnych warunków jedynie co trzecie dziecko z rodziny robotniczej idzie na wyższe studia – młodzi ludzie z tej sfery boją się zaciągania kredytu, który później trzeba spłacać w każdych okolicznościach (nawet z zasiłku z kasy bezrobocia). W Polsce występuje obecnie nadprodukcja akademickich absolwentów, których krajowa gospodarka w żaden sposób nie jest w stanie wchłonąć. Z socjotechnicznego punktu widzenia ograniczenie tej nadprodukcji nie musi być czymś złym – historycy wiedzą przecież, że wszystkie rewolucje i inne zaburzenia organizowała warstwa wykształconych, którą w Rosji i Polsce nazywa się inteligencją. Już w tej chwili w Polsce jest całkiem liczna grupa ludzi, którzy czują się potwornie oszukani: wmawiano im, że wykształcenie jest najlepszą gwarancją dobrobytu, a okazało się to kolejnym oszustwem transformacji. Może więc nie wystarczy liczyć tylko na prewencję ABW oraz niż demograficzny i trzeba wprowadzać kolejne utrudnienia? Jednak oprócz polityki jest jeszcze ekonomia. Według oficjalnych polskich danych już w końcu lat 90. zaledwie co 140. chłopskie dziecko szło na wyższe studia – dziś droga Z Komborni w świat jest więc trudniejsza niż w II RP. Spiritus flat ubi vult, jak Wulgata poucza, a genetyka potwierdza, więc tak rażąca dysproporcja oznacza wielkie marnotrawstwo intelektualnego kapitału.
Za jeszcze groźniejszy od wprowadzenia czesnego uważam postulat, aby uczelnie szybko i elastycznie dostosowywały się do zmian zachodzących na rynku pracy. Rozumiem intencje pomysłodawców, przerażonych najwyższym bezrobociem w Unii, ale w Szwecji przeżyliśmy już dysputę o analogicznym pomyśle lewicowych (niestety!) polityków i na szczęście uczelnie nie dały się przekształcić w fabryki wypuszczające tzw. fackidioter (fachowców-idiotów). Jak eksperci pani Radziwiłł wyobrażają to sobie w praktyce? Czy administracje uczelni mają prowadzić stałe studia rynku pracy i jego ciągle zmieniających się zapotrzebowań? Każda biurokracja obdarzona jest pewną inercją i musi przegrać potencjalny wyścig z ciągłym falowaniem rynku. Realizacja tego postulatu byłaby właśnie produkowaniem „bezrobotnych z tytułem”. Szwecja importuje dziś z zagranicy informatyków, równocześnie mając sporą grupę bezrobotnych fachowców tego typu. Dlaczego? Ano dlatego, że w drugiej połowie lat 90., w okresie przesadnej wiary w „nową gospodarkę”, uruchomiono – pod naciskiem polityków i rozhisteryzowanych żurnalistów ekonomicznych – dużo nowych i szybkich, najczęściej 6-semestralnych, studiów informatycznych. Tymczasem w 2000 roku przyszedł krach pierwszych dotcomów, pękł spekulacyjny balonik, firmy zaczęły zwalniać fachowców IT. Wtedy to też opustoszały całe budynki w sztokholmskiej dzielnicy Kista, którą Amerykanie nazwali Wireless Valley. Dziś w Kista znowu tętni życie, ale zwolnieni wówczas fachowcy IT bynajmniej tam nie powrócili. Firmy nie interesują się informatykami, którzy skończyli studia w roku 2000 („przed wiekami”), a potem byli bezrobotni – chcą bądź świeżych absolwentów, bądź mających 2-3 lata praktyki.
Pomysł szybkiego dostosowywania się uczelni do zmian zachodzących na rynku pracy ma w sobie coś z wyobrażeń małego Dyzia o wielkim biznesie. Wszystkie wielkie koncerny szwedzkie – Ericsson, Telia-Sonera, SEB, Nordea, fundusze emerytalne etc. – mają własne, często ulokowane w osobnych budynkach, szkoły uczące wewnętrznych procedur. Ktoś, kto chce pracować jako actuary w koncernie Alecta, musi mieć gruntowne wykształcenie matematyczne, a procedur statystycznych i stosowanych programów obliczania prawdopodobieństwa nauczą go w czasie wewnętrznego szkolenia. Osoba pragnąca zostać asset manager w holdingu Handelsbanken-SPP musi mieć znajomość rynków i szerokie wykształcenie, najlepiej ze Stockholm School of Economics, a znajomości wewnętrznych procedur, firmowej policy lokat etc. nabywać będzie w czasie stażu i serii szkoleń. Wielki biznes wcale nie chce fackidioter, ale ludzi o możliwie szerokim wykształceniu bazowym, elastycznych intelektualnie, zdolnych do szybkiego opanowywania nowych procedur. Przecież w wielkich firmach rzadko pozostaje się na tym samym stanowisku dłużej niż kilka lat, a nawet zmiana firmy dobrze wygląda w CV.
Na podobny temat
|
Pani Kingo studiowałam na warszawskie...
...to się viking chyba wreszcie poczu...