Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Delick: Dyskretny urok agentury Drukuj
Anna Delick   
07.01.2007
W czasie przymusowego pobytu za granicą polski socjaldemokrata Marcin Kasprzak został oskarżony przez przeciwnika politycznego, Stanisława Mendelsona o współpracę z tajną policją i usunięty z organizacji. Wprawdzie międzynarodowy sąd socjalistyczny pod przewodnictwem Augusta Bebla oczyścił go z zarzutów i Kasprzaka znowu przyjęto do partii, ale - jak to zawsze w takich sprawach bywa - nadal krążyły pogłoski, że był konfidentem. W wyniku zdrady innego rewolucjonisty, Kasprzak został w kwietniu 1904 zaskoczony przez carską policję w tajnej drukarni SDKPiL przy ul. Dworskiej (dzisiejsza Wola). Zdając sobie sprawę, że „wpadka” drukarni potwierdzi prześladujące go zarzuty, Kasprzak zaczął się desperacko bronić - dwóch żandarmów zabił na miejscu, a dwóch stójkowych postrzelił tak, że później zmarli. Kasprzaka powieszono na stokach Cytadeli o świcie 8 września 1905, ale plotki, że był agentem policji, krążyły nadal po jego śmierci.

Powyższą historię dedykuję wszystkim nadgorliwym lustratorom, zwłaszcza „dzikim”. Podejrzenia o agenturalność są praktycznie wieczne, o czym najlepiej świadczy bolesna nadal dla kultury polskiej sprawa Stanisława Brzozowskiego. Dziś autor Legendy Młodej Polski i Płomieni znany jest głównie literaturoznawcom, gdyż zwykłych czytelników drażni jego patos, oczarowanie Heglem czy śmiertelnie poważne traktowanie idei. Jednak w pierwszej połowie ubiegłego wieku Brzozowski uznany był za ideowego przywódcę polskiej inteligencji, a przynajmniej tej jej pokaźnej części, której obca była  myśl endecka. „Sprawie Brzozowskiego” poświęcono dziesiątki publikacji, jeszcze parę lat temu wznowiono w Polsce Człowieka wśród skorpionów Czesława Miłosza, który zresztą sam podejrzewany był o agenturalność przez emigracyjnych „nieprzejednanych” (były szef polskiego wywiadu na Związek Sowiecki, Jerzy Niezbrzycki vel Ryszard Wraga był głęboko przekonany, że Miłosz jest komunistyczną „wtyczką” i w tym duchu składał do zachodnich służb donosy na przyszłego noblistę). Dla historyków formacji IPN „sprawa Brzozowskiego” musi być prosta - jego nazwisko jako konfidenta podał Burcewowi były pracownik ochrany, Michaił Bakaj, a więc wątpliwości nie istnieją. Ludzie bardziej doświadczeni powstrzymują się jednak od rozstrzygnięcia „sprawy Brzozowskiego”.

Organizacje konspiracyjne muszą się oczywiście bronić przed infiltracją konfidentów policji, a historycy muszą korzystać także z archiwów tajnych służb. Chcę też podkreślić, że nie jestem ani zwolenniczką, ani przeciwniczką polskiej lustracji - mało mnie ona interesuje, mieszkam za granicą, nie jestem polską obywatelką i nawet nie interesuję się historią Polski, nigdy nie będę się w żadnej RP ubiegać o jakiekolwiek stanowisko. Jako obserwatorka z zewnątrz jestem tylko zaniepokojona narastającą w Polsce wiarą w bezwzględną prawdę akt policyjnych i wyłaniający się z nich obraz świata.

KŁOPOTLIWI IDEOWCY

Hans Bernd Gisevius (1904-1974) zaczął swoją karierę w Gestapo, jeszcze w czasach, gdy służbą tą kierował Rudolf Diels. Potem przeszedł do Abwehry i Canaris wysłał go do Szwajcarii na stanowisko niemieckiego wicekonsula. Gisevius bywał tam agentem brytyjskim, szwajcarskim, sowieckim (tzw. Rote Drei, szwajcarskiego oddziału „Czerwonej Orkiestry”) i amerykańskim. Równocześnie jednak Gisevius wysyłał w tajemnicy raporty do szefa RSHA, Kaltenbrunnera - być może były one świadomą dezinformacją, wykonywaną z polecenia Canarisa, ale tego już się historycy nie dowiedzą. Wszystko to nie zmienia faktu, że Gisevius był przede wszystkim członkiem antyhitlerowskiego ruchu oporu i amerykański prokurator w procesie norymberskim, Robert Jackson słusznie uhonorował go określeniem wybitnego przedstawiciela sił demokratycznych Niemiec. Ten pruski arystokrata zerwał współpracę z wywiadem brytyjskim, ponieważ SIS wymagała od niego usług szpiegowskich sensu stricto. Po zerwaniu z Brytyjczykami Gisevius wręcz zaprzyjaźnił się z Allenem Dullesem, którego asystentka, Mary Bancroft, pomagała mu po wojnie w spisaniu jego wspomnień Bis zum bitteren Ende (1946). Późniejszy szef CIA załatwił też Giseviusowi atrakcyjną pracę w Dallas. Jednak nawet Dullesowi Gisevius nie przekazywał wszystkich swoich informacji, a tylko te, które jego zdaniem winny trafić do Amerykanów. Nawet bardzo przeciętny poziom inteligencji wystarczy, żeby rozumieć, iż nie można przy pomocy tych samych kategorii oceniać Giseviusa i np. Richarda Sorge, choć obaj byli wybitnymi szpiegami. Sorge był zdyscyplinowanym profesjonalistą, który służył swojej centrali. Gisevius był wierny tylko swojej idei.

Herbert Wehner (1906-1990) jest z kolei świetną ilustracją, jak mało precyzyjne są terminy „agent” czy „źródło informacji”. Trzeba może przypomnieć, że Wehner był w latach 1958-83 postacią nr 2 w niemieckiej socjaldemokracji. To Wehner skłonił kierownictwo SPD do porzucenia marksizmu i przyjęcia programu z Bad Godesberg (1959). On także efektywnie wspierał w nowej polityce wschodniej kanclerza Willy'ego Brandta (choć później przyczynił się do jego dymisji). Równocześnie dbał, aby na fali wydarzeń 1968 partia nie przesunęła się zbyt na lewo i inicjował szereg antykomunistycznych akcji, kontaktując się nawet z Amerykanami. Jednocześnie jednak Wehner przekazywał NRD tajne informacje polityczne. Jego głównym łącznikiem był Wolfgang Vogel, adwokat wyspecjalizowany w prowadzeniu z RFN rokowań humanitarnych (łączenie rodzin, wymiana szpiegów, a przede wszystkim wykupywanie więźniów, za których rząd zachodnioniemiecki płacił żywą gotówką). Kontakty Wehner-Vogel odbywały się także w daczy Wehnera na szwedzkiej wyspie Öland. Wehner zresztą mówił płynnie po szwedzku i miał szereg bliskich kontaktów z czołówką szwedzkiej socjaldemokracji. Vogel pełnił przede wszystkim rolę listonosza, przewożąc korespondencję Wehnera z Honeckerem.

Herbert Wehner był w młodości znaczącym komunistą, a jednym z jego podwładnych w Zagłębiu Saary był Erich Honecker. Za cenę współpracy z NKWD przeżył Wehner okres jeżowszczyzny w osławionym moskiewskim hotelu Lux, co znacznie ostudziło jego komunistyczny zapał. Gdy więc przebywając w czasie wojny w Sztokholmie otrzymał z Moskwy polecenie konspiracyjnego udania się do Berlina i podjęcia podziemnej roboty (co z dużym prawdopodobieństwem równało się wyrokowi śmierci), sprowokował swoje aresztowanie przez szwedzką bezpiekę i zadbał, aby w jego mieszkaniu przy Gotlandsgatan znalazły się materiały antynazistowskie. Sytuacja w Szwecji była o tyle skomplikowana, że wywiad, nazywający się wówczas Biuro C, był proaliancki, a bezpieka, nosząca wtedy nazwę AST (Allmänna säkerhetstjänsten) - proniemiecka, zwłaszcza chętnie wydająca Gestapo zagranicznych komunistów. Wehner więc nie tylko odciął się od komunizmu, ale złożył też dość szczere zeznania, które na pewno przydały się Gestapo. Tylko dlatego otrzymał stosunkowo niewielki wyrok. W roku 1942 został naturalnie usunięty z KPD i uznany za zdrajcę. Cztery lata później wstąpił do SPD i zaczął robić w tej partii błyskawiczną karierę.

Marcus Wolf twierdzi w swoich wspomnieniach Spionagechef im geheimen Krieg. Erinnerungen (1997), że relacje Vogla z rozmów z Wehnerem otrzymywało tylko trzech ludzi w państwie: Erich Honecker, Erich Mielke i właśnie on, Wolf, jako szef Hauptverwaltung Aufklärung, której to służbie wywiadowczej udało się w celach kontrolnych zwerbować jednego z nielicznych przyjaciół samotnika Wehnera, Karla Wienanda (ten sukces Stasi osłabiał fakt, iż Wehner o nim doskonale wiedział). Choć ujawniono, że Wehner zarejestrowany był w Stasi w specjalnym dossier „Rosenholz”, to jednak sam Markus Wolf podkreślił w listopadzie 1997, że Wehner nie był („nie und in keiner Weise”) agentem jego służby. To zresztą oczywiste, dlaczego Wehner, który miał przyjacielski kontakt z przywódcą państwa, miałby się wdawać w jakieś zabawy z jego podwładnymi? Mieczysław F. Rakowski podaje w swoich ciekawych Dziennikach politycznych, że Wehner czasami udostępniał mu pewne tajne dokumenty. Nie ma w tym niczego zdrożnego - ostatecznie to nie „łapsy” z BfV (Bundesamt der Verfassungsschutz), ale Wehner, praktycznie kierujący rządzącą SPD, określał, co powinno być tajne, a co nie dla przeciwnika w zimnej wojnie. Choć jednak Rakowski był przez polityków zachodnioniemieckich szanowany i ceniony, to jednak nie był Niemcem, a problemy PRL musiały być dla nich mniej ważne niż NRD. Można więc zakładać, że kontakt Wehnera z przyjacielem z młodości Honeckerem miał znacznie większą rangę informacyjną.

Wehner, który przeszedł twardą szkołę Kominternu, od młodych lat nabrał wprawy we wszelkich konspiracyjnych technikach i używał ich w politycznej grze. Nie ukrywał przekonania, że dwie wojny światowe były dla Niemiec wystarczającym nieszczęściem, a z trzeciej jego naród mógłby się już nie podnieść. Dlatego starał się łagodzić wszelkie napięcia między blokami i uważał, że dwa państwa niemieckie mają wspólny interes.

Gisevius i Wehner to dwa, bardzo różne przykłady wcale dużej grupy ludzi kłopotliwych dla badaczy „teczek” - na ich temat dokumenty tajnych służb, nawet poddane procedurze krytyki źródeł, niewiele mogą powiedzieć. A bywają przypadki jeszcze bardziej skomplikowane.

LOJALNOŚĆ WIELOSTRONNA

W swoim własnym interesie zwierzchnicy tajnych służb lubią zapewniać, że choć istnieją agenci dwu- i wielostronni, to lojalni są zawsze tylko wobec jednego mocodawcy. Rzeczywistość jest jednak bardziej skomplikowana niż się to wydaje szefom „łapsów”.

Jewno Azef był na pewno jednym z najwybitniejszych agentów-prowokatorów w historii. Charakterystyczne, że swoją karierę rozpoczął od oszukania ochrany - potrzebując pieniędzy na politechniczne studia w Karlsruhe, założył wśród tamtejszych rosyjskich studentów kółko rewolucyjne, a rosyjskiej policji zaoferował jego rozpracowanie. Po powrocie do Rosji został wprowadzony do partii eserów (socjalistów-rewolucjonistów) i nadal oszukiwał ochranę. Przez długi czas udawał przed policją szeregowego członka, w rzeczywistości będąc już szefem terrorystycznej Organizacji Bojowej (OB) eserów i przygotowując udany zamach bombowy na swojego najwyższego zwierzchnika, ministra policji Wiaczesława von Plehwego. Ludzie Azefa zabili też wielkiego księcia Siergieja Aleksandrowicza, rzucali bomby na gubernatorów. Na przysłowiowy ostatni guzik zapięty był już zamach na samego cara, ale wytypowany na zabójcę matros nie odważył się strzelić do wizytującego świeżo zwodowany krążownik „Ruryk” Mikołaja II. Azef wydawał policji pomniejszych terrorystów, dbał też o fizyczną likwidację innych agentów-konkurentów, ale niewątpliwie prowadził własną grę. Może czynił to dla pieniędzy - departament policji płacił mu początkowo 500 rubli miesięcznie, na kosztowną działalność terrorystyczną pobierał Azef z kasy partyjnej dziesiątki tysięcy rubli, skrupulatnych rozliczeń nikt nie wymagał, a współpraca z ochraną chroniła go przed okiem władzy. Ten niewątpliwy konfident, wychwalany  przez ówczesnego szefa ochrany pułkownika Gierasimowa, był też jednak najefektywniejszym szefem partyjnej OB i chyba dlatego po zdemaskowaniu pozwolono mu uciec z Paryża do Niemiec. Tam zresztą też nie miałby szans na przeżycie, gdyby partia rzeczywiście chciała wykonać na nim wyrok śmierci.

Azef był zdrajcą o tyle, że kierownictwo partii nie wiedziało o jego współpracy z policją. Bardziej skomplikowana jest historia Romana Malinowskiego, który doszedł do stanowiska przewodniczącego frakcji bolszewików w rosyjskim parlamencie - Dumie i przez pewien czas był faktycznym przywódcą partii w Rosji. Był on też niewątpliwym agentem ochrany, zwerbowanym na podstawie obciążających materiałów natury kryminalnej. Donosił i wydawał rewolucjonistów, m.in. wiosną 1913 wydał swojego dobrego znajomego, Stalina, który wówczas odgrywał w partii jeszcze dość podrzędną rolę. Jednak Malinowski ściśle według instrukcji Lenina wygłaszał w Dumie najostrzejsze przemówienia antyrządowe, publikowane później w Prawdzie, której istnienie partia też zawdzięczała wpływom Malinowskiego. Czytając te przemówienia, zastępca dyrektora departamentu policji, Wissarionow, doszedł do wniosku, że chociaż Malinowski denuncjował i brał pieniądze, to jednak był przede wszystkim agentem Lenina, nie ochrany. Ponieważ bezskutecznie próbowano wpłynąć na złagodzenie wystąpień szefa bolszewickiej frakcji, ochrana poinformowała o jego roli przewodniczącego Dumy i Malinowski musiał się dyskretnie usunąć. Jego nagłe zniknięcie oraz plotki umiejętnie rozpuszczane przez policję spowodowały, że Malinowskiego zaczęto podejrzewać. Powołano nawet partyjną komisję śledczą, ale Lenin tak zaciekle bronił swojego pupila, że dochodzenie zakończyło się niczym. Po wybuchu wojny Lenin polecił Malinowskiemu dostać się do niemieckiej niewoli. Gdy po rewolucji lutowej uzyskano dostęp do akt policji i powołano Komisję Nadzwyczajną Rządu Tymczasowego, zeznający przed nią Lenin oświadczył 26 maja 1917, że Malinowski prowokatorem nie był, gdyż przyniósł więcej pożytku partii niż ochranie. Z tą opinią wodza bolszewików należy się chyba zgodzić (w roku 1918 nieostrożny Malinowski wrócił z Niemiec i wtedy już pośpiesznie go rozstrzelano, odmawiając konfrontacji z Leninem).

Policja carska - chyba słusznie uchodząca wówczas za najlepszą na świecie -  zdawała sobie sprawę, że nigdy nie można być pewnym lojalności agentów, zwłaszcza tych najwybitniejszych, mających własne ambicje polityczne. W wydanej w Paryżu w roku 1922 Historii bolszewizmu w Rosji generał żandarmerii A.J. Spirydowicz napisał oględnie, że choć tajna policja bez agentów działać nie może, to praca ich często służyła partiom, a szkodziła rządowi. W czasie wojny Lenin nie miał żadnych skrupułów w wykorzystywaniu dla dobra swojej partii dużych dotacji z Niemiec, a miałby wcześniej mieć opory w posługiwaniu się podwójnymi agentami? Niektórzy o taką rolę podejrzewali nawet Stalina. Roman Brackman twierdzi w książce The Secret File of Joseph Stalin. A Hiden Life (2001), że Wielki Terror miał na celu zlikwidowanie wszystkich, którzy znali podwójną rolę Stalina. Teza zresztą absurdalna, gdyż około miliona rozstrzelanych (według ostrożnego szacunku Conquesta) nie mogło posiadać takiej wiedzy, a jak wspominał szyfrant NKWD Władimir Pietrow, Jeżow losowo wyznaczał poszczególnym obwodom ilościowe „plany rozstrzeliwań”. Ale podwójnymi agentami w ruchu rewolucyjnym się posługiwano i ocena ich niemożliwa jest tylko na podstawie samych akt policyjnych.

PRAWDA AKT POLICYJNYCH

W nocy z 11 na 12 listopada 1944 aresztowany został pod Warszawą Bolesław Piasecki. Ta bardzo kontrowersyjna postać opisywana była wielokrotnie w artykułach i osobnych książkach. Nie będę więc zajmować się skomplikowanym życiorysem wodza przedwojennych faszystów polskich z ONR-Falangi, interesuje mnie zupełnie co innego. Przez pierwsze trzy dni Piaseckiego przesłuchiwał zastępca naczelnika Wydziału Informacji I Armii WP, sowiecki kapitan Prochorow, który szybko zorientował się, że nie jest to typowa sprawa. W przesłuchaniach nastąpiła przerwa. W tym czasie Piasecki rozmawiał z gen. Iwanem Sierowem, zastępcą Berii i najwyższym rangą funkcjonariuszem sowieckich służb w Polsce. Chociaż Piasecki oskarżony był, że to z jego rozkazu Uderzeniowe Bataliony Kadrowe zabijały także partyzantów sowieckich, gen. Sierow darował mu życie i rozkazał wykorzystać politycznie. W maju 1945 sprawę Piaseckiego przejęło MBP i przesłuchiwał go nader skromny śledczy, por. Pachołek. Było to już śledztwo czysto formalne. Protokoły przesłuchań Prochorowa-Pachołka opublikował Jerzy Giedroyc w Zeszytach Historycznych (nr 126/1998). We wstępie do tej publikacji Andrzej Garlicki trafnie zauważa, że „gdy por. Pachołek trudził się nad przygotowywaniem aktu oskarżenia, Piasecki pisał memoriał, który znajdzie się na biurku Władysława Gomułki”. Wkrótce też Piasecki został do Gomułki zaproszony na rozmowy. Później, już jako szef Stowarzyszenia PAX,  kontaktował się z dyrektorką V Departamentu MBP, Julią Brystygier, która niewątpliwie z tych rozmów sporządzała jakieś notatki. Otóż gdyby nawet zachowały się wszystkie akta polskiej bezpieki o Piaseckim, to i tak byłby to tylko materiał dość ułomny, gdyż najważniejsze były jego rozmowy z gen. Sierowem i Gomułką. A gdyby nawet Piasecki zgodził się być sowieckim „agentem wpływu” w PRL, to musi być oceniany przede wszystkim jako polityk, choć nieudany i kontrowersyjny. Piasecki uratował jednak życie wielu ludziom (np. Pawłowi Jasienicy), wielu prześladowanym zapewnił dobrze płatną pracę, a PAX wydawał w wielkich nakładach wartościowe książki (zwłaszcza tłumaczenia), które często nie miałyby szans w wydawnictwach państwowych.

Wielu polityków, nawet Lenin czy Piłsudski, posługiwało się dla swoich celów obcymi wywiadami, ale czasowa zbieżność ich celów z obcą służbą niewielki ma wpływ na osąd ich działalności. Nie ma zresztą jednego osądu historii, która zależna jest od nacisków teraźniejszości i paradygmatu kultury, w której jest pisana (np. sądy polskich i obcych historyków o rozbiorach Polski bardzo się różniły). Ale nawet w ramach jednej kultury każde pokolenie tworzy swoją wizję historii i źle jest tylko wtedy, gdy zbyt wierzy źródłom jednego rodzaju, zwłaszcza ułomnym źródłom policyjnym.

Gdy RWE zaczęła nadawać rewelacje osławionego ppłk Światły, byłego wicedyrektora X Departamentu MBP, Bierut kazał ogłosić, że Światło był agentem amerykańskim i uciekł zagrożony zdemaskowaniem. W Polsce nie uwierzył w to chyba nikt, nawet w bezpiece, gdzie Światło uważany był za „człowieka sowieckiego”. Po tym, jak Światło 5 grudnia 1953 zameldował się na berlińskim posterunku Military Police, Amerykanie gorączkowo zaczęli wśród polskiej emigracji poszukiwać ludzi, którzy kiedyś się z nim zetknęli - chodziło o potwierdzenie, czy człowiek przedstawiający się jako Józef Światło rzeczywiście nim jest. Jednak 20 lat później zaczęły się ukazywać publikacje mówiące, że Światło był ważnym agentem CIA, a nawet narzędziem samego Allena Dullesa do zgrabnej likwidacji czołowych komunistów przy pomocy sprawy braci Fieldów. Steward Steven napisał o tym książkę Operation Splinter Factor (1974), potwierdził to Leonard Mosley w biografii rodziny Dullesów (1978) etc. Po roku 1949 CIA miała być zachwycona faktem, że towarzysze nawzajem wbijają sobie noże w plecy i naciskała na Departament Stanu, aby nie podejmował energicznych interwencji w sprawie amerykańskich komunistów, braci Fieldów, siedzących wówczas w więzieniu węgierskim i polskim. Gdyby to wszystko było prawdą, to zgodnie z panującą dziś prawicową modą Światło powinien pośmietnie otrzymać rangę generała i stanąć w panteonie narodowych bohaterów obok Ryszarda Kuklińskiego. Niestety z opublikowanych przez IPN akt Światły nie wynika, czy był on człowiekiem Berii, czy Dullesa, czy może obu i w ogóle wynika z nich niewiele.

LOKAJE I ŁAPSY

Znane jest powiedzenie o historii widzianej przez lokaja. Gdy jeszcze interesowano się Napoleonem I, zwykli czytelnicy fascynowali się wspomnieniami jego osobistego służacego: o kiepskiej jakości pitego przez cesarza chambertina, o porannym nacieraniu go wodą kolońską, o obowiązkowym na czas nocnej pracy pieczonym kurczaku, o aktorkach sprowadzanych do pośpiesznej kopulacji. Nikt nie jest wielki ani dla swojego lokaja, ani dla agentów tajnych służb, których perspektywa wręcz musi być szczególnego rodzaju.

Zapomniany dziś nieco Józef Retinger przez całe życie oskarżany był niesłusznie o współpracę z przeróżnymi wywiadami. Gdy w roku 1924 władzę sprawowali jego znajomi z Labour Party, udał się on do ministra Arthura Hendersona, który ze śmiechem pokazał mu dotyczący Retingera ogromny stos policyjnych raportów, zawierających wszelkie możliwe obrzydliwości i kazał je spalić. Jednak nie każdy minister spraw wewnętrznych jest przyszłym laureatem Nobla. Gdy premier Sikorski jechał z oficjalną wizytą do Roosevelta, mającemu mu towarzyszyć Retingerowi odmówiony wizy. Sikorski zagroził odwołaniem podróży i Retinger wizę otrzymał, ale już w USA zastępca sekretarza stanu, Sumner Welles wezwał Edwarda Raczyńskiego i pokazał mu wielkie dossier Retingera, „agenta Meksyku”, fellow traveller'a komunistów bądź trockistów, anarchosyndykalisty etc.

Trzeba to jednak zrozumieć, bo tajne służby nie są od pisania laudacji czy analiz intelektualnych. Brytyjski kontrwywiad nie był najgorszy na świecie, ale nie mogła go interesować publicystyka Retingera czy treść jego politycznych dysput z angielskimi labourzystami. Zgodnie z metodyką tej służby zbierano natomiast informacje o jego romansach, długach, libacjach, „cygańskim” trybie życia i kontaktach z Polakami, a więc cudzoziemcami podejrzanymi z definicji.

Spróbujmy wyobrazić sobie, jak wyglądałaby bezpieczniacka fiszka Dietricha Bonhoeffera. „Luteranin, doktor teologii, przywódca Die bekennende Kirche,  funkcjonariusz Abwehry, a zarazem członek antynazistowskiego ruchu oporu. Pod pretekstem wyjazdów kurierskich kontaktował się z Anglikami (m.in. Bellem, biskupem Chichesteru), ze szwedzkim wywiadem w roku 1942 etc.”. Naturalnie to wszystko prawda, ale każdy jako tako wykształcony osobnik zdaje sobie sprawę, że ta prawdziwa informacja jest de facto dezinformacją, gdyż nie mówi niczego o wielkiej roli, jaką w kulturze Zachodu odegrały Gemeinsames Leben, a zwłaszcza Widerstand und Ergebung. Bardzo wielu wybitnych intelektualistów miewało związki z tajnymi służbami (w Wielkiej Brytanii czy w Szwecji było to w czasie II wojny światowej wręcz regułą), ale te okresowe koneksje nie mają żadnego znaczenia dla oceny tych osobistości. Graham Greene na zawsze pozostanie wybitnym pisarzem katolickim, a jego romans z wywiadem nie jest odnotowywany nawet w wielu encyklopediach. Piotr Gontarczyk nadal może pracowicie publikować strzępy archiwaliów dawnej Informacji WP, ale Zygmunt Bauman i tak pozostanie w naukowych leksykonach i encyklopediach jako wybitny socjolog, gdy o panu Gontarczyku nikt nigdy nie usłyszy poza zaściankową IV RP.

Znakomity publicysta i niezły pisarz, Jan Guillou był w młodości współpracownikiem pionu kontrwywiadu szwedzkiej policji bezpieczeństwa Säpo (sam się do tego przyznał, gdyż w normalnym kraju współpraca z tajnymi służbami własnego państwa jest powodem do dumy). Gdy jednak Guillou i jego przyjaciel dziennikarz Peter Bratt w roku 1973 natrafili na ślad istnienia ściśle tajnej (nawet dla członków rządu!), socjaldemokratycznej bezpieki IB - powołanej do zwalczania komunistów, a opartej o wywiad wojskowy i aparat związków zawodowych - natychmiast opublikowali te rewelacje w czasopiśmie Folket i Bild/Kulturfront. Guillou i Bratt poszli do więzienia za „szpiegostwo”, ale międzynarodowy skandal był niesłychany, socjaldemokraci utracili władzę na jedną kadencję, powołano parlamenarną komisję śledczą, wydano dwie Białe Księgi etc. Jakie znaczenie dla tej afery - przy której „szafa Lesiaka” to zabawa przedszkolaków - ma fakt, że Guillou był akurat także konfidentem kontrwywiadu? Absolutnie żadne.

Historycy formacji IPN zachowują się czasami, jak gdyby jedyną rzeczywistością były akta tajnych służb. Pół biedy, gdy efektem tej postawy są przyczynkarskie monografie; gorzej - gdy tzw. teksty edukacyjne. Kuriozalnym przykładem kiepskich kompetencji i zwykłego lenistwa może być napisana wyraźnie w celu dydaktycznym praca zbiorowa Polska konfidencka (IPN, Kraków 2006). Z jednej strony znajdujemy tam informacje bałamutne, gdyż np. Melchiora Wańkowicza nie skazano za współpracę „z wydawnictwami emigracyjnymi”, ale - co jeszcze gorsze! - za wysłanie do własnej córki, Marty Erdman prywatnego listu, który zdaniem sądu „szkalował politykę kulturalną państwa” (za pośrednictwem męża Marty, Jana Erdmana miał on trafić do RWE). Z drugiej strony Polska konfidencka zawiera opisy wyjątkowo trywialne, bo ograniczone tylko do materiałów bezpieczniackich. Przykładowo - z opisu sprawy inżyniera ogrodnictwa, Antoniego Gładysza nie dowiemy się, czego dotyczyły jego sejmowe wystąpienia i interpelacje, które tak drażniły Kliszkę, ani też za jakie to „wrogie” teksty odebrano Gładyszowi w roku 1964 wydawany w Tarnowie miesięcznik Hasło Ogrodniczo-Rolnicze, nb. najdłużej wydawany prywatny periodyk w PRL. Być może Gładysz zasłużyłby na większą staranność historyka IPN, gdyby nie był więźniem Auschwitz, a np. Workuty i gdyby przyjaźnił się jakimś premierem rządu londyńskiego, a nie z Cyrankiewiczem.

Największą słabością tajnych służb jest ich profesjonalna podejrzliwość - informacja niezgodna z oczekiwaniami lub wyjątkowo rewelacyjna z reguły traktowana jest jako dezinformacja przeciwnika (doświadczyło tego wielu wybitnych szpiegów, także wspomniany Allen Dulles, gdy był rezydentem w Bernie). Największą siłą tajnych służb jest ich tajność. Pracownicy tajnych służb czy badający ich działalność historycy - a i jedni i drudzy to prawie wyłącznie mężczyźni - szybko zarażają się podejrzliwością, a jeszcze szybciej urzeka ich nimb tajności i zwodniczy urok działań agenturalnych. Te piętrowe operacje, martwe skrzynki, punkty zakryte, obserwacje i kontrobserwacje, BPMy (błyskawiczne przekazywania materiałów), nielegałowie i wtórnicy, szyfry, kody, sygnały bezpieczeństwa - przecież to bardziej fascynujące niż podwórkowa zabawa w Indian, a jakże poważne, bo usankcjonowane pieczęcią tajemnicy państwowej! I to rozkoszne uczucie posiadania wiedzy tajnej, dostępnej tylko dla wtajemniczonych! Niestety - pomijając trywialne przypadki niewątpliwych donosicieli, których nigdy nie brakowało - jest to tylko wiedza uzupełniająca, często ograniczona do plotek z magla, ot taka historia z szynku i buduaru. Używając terminologii numizmatykow, jest to w najlepszym razie rewers prawdy - awersu trzeba szukać w innych źródłach.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.21253 Seconds