|
Nareszcie mamy lato, a razem z nim wszystkie przyjemności, dzięki którym jesteśmy w stanie przetrwać zimę: truskawki, gołe nogi, kąpanie się w jeziorze, komary. Okazuje się jednak, że to nie jest łatwa pora dla Polaków. I tak, na internetowym forum Fronda.pl niejaki eliasz skarży się: „Ostatnio (…) zdarzyło mi się w mojej parafii brać udział w niedzielnych Mszach św., podczas których były chrzczone dzieci. Niestety, stroje matek i matek chrzestnych lub innych zaproszonych pań wielokrotnie były po prostu rażąco nieskromne. Mówię tu np. o spódniczkach niesięgających nawet połowy uda itp. Widząc coś takiego (…) zżymam się wewnętrznie i czasem, ale nie zawsze udaje mi się przełamać i napomnieć taką niewiastę”. To prawda, że akurat po wiernych Kościoła katolickiego nie ma co się spodziewać pobłażliwości dla kobiet, zwłaszcza skąpo (lub w ogóle nie) ubranych. Gorzej, że epidemia wewnętrznego zżymania się szerzy się też poza kościelnymi ławkami.
Kiedy więc miłościwie panujący premier Donald Tusk podczas konferencji prasowej, zamiast odpowiedzieć na pytanie, zapatrzył się w dekolt dziennikarki Sylwii Białek, przełknął ślinę i oświadczył, że „lubi lato”, wybuchła prawdziwa histeria. Posłowie niemal każdej opcji mieli coś do powiedzenia, niektórzy porównywali go do Silvio Berlusconiego, a SLD nie wykluczył, że wniesie wniosek do Komisji Etyki Poselskiej o ukaranie premiera. Partia Kobiet, środowiska feministyczne i wspomniany SLD sięgnęły nawet po straszne słowo „seksizm”.
Przewodnicząca Zarządu Regionu Mazowieckiego Partii Kobiet wytoczyła armatę historii: „Mam nieodparte wrażenie, że PO bierze udział w jakiś zawodach na najbardziej seksistowską rządzącą partię w dziejach Rzeczpospolitej Polskiej”. Z kolei marszałek Jerzy Wenderlich podzielił się wspomnieniami z dzieciństwa: „Kiedyś mali chłopcy przyklejali sobie lusterko do buta i podchodzili z tym lusterkiem do dziewczynek w krótkich sukienkach, i tak tę nogę przystawiali, że niby tam widać więcej (…) Mnie to nie bawi”. Natomiast Janina Paradowska wzięła w swoim przekonaniu stronę premiera, oświadczając na antenie radia TOK FM, że jak się idzie do polityków, to należy odpowiednio się ubrać.
Pan premier dostarczył nam wreszcie dowodu na to, że jest człowiekiem, i spotkał się z kompletnym niezrozumieniem. Ale na tym nie koniec ciężkich przypadków zżymania się. Otóż bowiem znana feministka Katarzyna Kądziela, niegdyś bliska współpracownica premier Izabeli Jarugi-Nowackiej, obecnie członkini Partii Kobiet, robi, co może, by nie dopuścić do startu w wyborach Marty Szulawiak, której obecność na listach SLD wstępnie potwierdził kilka tygodni temu Napieralski. Choć Szulawiak bardzo sensownie wyjaśnia swoje zainteresowanie polityką – miała ciężkie dzieciństwo, obiektywne okoliczności zmusiły ją do zarabiania tańcem erotycznym, a teraz chce pomagać osobom w podobnie nieciekawej sytuacji – Kądziela widzi w niej tylko modelkę: „Kobiece ciało nie powinno służyć do tego, by przy jego pomocy sprzedawać mydło, powidło i politykę” (Tvp.info, 3 czerwca 2011).
Parę dni wcześniej „Wprost”, szukając widocznie pretekstu do wydrukowania rozebranych zdjęć Marty Szulawiak (z wymiarami), puściło okładkowy tekst pod tytułem Sejm pełen miernot o celebrytach startujących w wyborach. Co ciekawe, autorzy niemal od razu sami sobie zaprzeczyli, pisząc o Januszu Dzięciole z „Big Brothera”, że w Sejmie jest co prawda pracowity, ale to imidż nie pozwala mu się wybić – a o min. Bartoszu Arłukowiczu i jego udziale w „Agencie” jakoś całkiem zapomnieli. Czyli wyszło na to, że to tylko Marta Szulawiak jest miernotą, chociaż ciało ma całkiem niezłe.
Mam jednak złą wiadomość. Otóż to straszne słowo „seksizm”, za pomocą którego zachodnie feministki obalały rządy, wcale nie oznacza sytuacji, gdy politycy mówią o seksie, uprawiają go czy robią do niego aluzje. Seksizm to uprzedzenie wobec jednej z płci, którą uznaje się za z zasady gorszą czy mniej zdolną w jakimś obszarze. Tusk na chwilę się zapomniał (a może znalazł sposób na uniknięcie niewygodnego pytania), jednak nie wykazał się seksizmem. Przeciwnie, udowodnił, że doskonale zdaje sobie sprawę z kłopotliwego charakteru swojego dowcipu, kiedy zręcznie ponawigował w obszar abstrakcji („lubię lato”). Znacznie gorzej w tej kategorii wypadła Katarzyna Kądziela – sprowadzanie danej osoby do jej cielesności i przekonanie, że wie się o niej wszystko tylko na podstawie wyglądu, to dobrze znana taktyka seksistowska. Jestem pewna, że wiceprzewodniczącej Partii Kobiet nie o to chodziło – w końcu od wielu lat walczy o prawa kobiet i własnoręcznie przepchnęła niejedną korzystną dla nich poprawkę do ustawy. Po prostu chwilowo padła ofiarą wewnętrznego zżymania się…
Ten dziwny stosunek polskich polityków do seksu to coraz większy problem, także polityczny. Posłowie wykręcają się od tematu aborcji, udając, że nie ma czegoś takiego jak seks przedmałżeński. W oficjalnej propagandzie sukcesu nie ma miejsca na biedę, która zmusza do różnych rzeczy – od trwania w niechcianych związkach po tańczenie na rurze (i gorzej). Wartości katolickie Polaków podobno skuteczniej zapobiegają gwałtom małżeńskim niż porządna ustawa o przeciwdziałaniu przemocy, nie wspominając o handlu ludźmi (który wedle wszelkich danych idzie w dużej mierze przez Polskę, o czym jakoś wolimy zapomnieć) czy prostytucji (przecież Polki się nie prostytuują, a że niejedna „zrobiła karierę, wyszła za Holendra”? No cóż…).
Warto jednak zdać sobie sprawę, że jeśli Marta Szulawiak znajdzie się na liście wyborczej, samą swą obecnością sprawi, że „ten problem” wychynie spod dywanu. Właśnie dlatego jestem gotowa stwierdzić, wbrew Katarzynie Kądzieli i autorom artykułu z „Wprost”, że jej gotowość do podzielenia się swoimi doświadczeniami, rzetelność i otwartość są warte znacznie więcej niż typowe polityczne kompetencje – w każdym razie z punktu widzenia praw kobiet.
Polacy w ogóle są jakby z seksem na bakier. Z jednej strony rekordy popularności biją katolickie portale randkowe, z drugiej mamy ponoć w kraju 2 miliony lesbijek i biseksualistek („Przekrój”) i zdradzamy na potęgę (znowu „Wprost”). Z jednej strony, prasa i telewizja cytują coraz więcej badań pokazujących wzrost zainteresowania Polaków sztuką kochania, z drugiej – co to za zainteresowanie, skoro wystarczy, żeby dziewczyna skończyła trzydzieści lat, a wypada z seksualnego obiegu, bo jest za stara (czytaj: zbyt doświadczona). Pogłębiające się różnice poziomu wykształcenia (coraz więcej kobiet studiuje, coraz więcej mężczyzn rezygnuje z tej możliwości) to na razie raczej woda na młyn dla przeciwników kobiecej niezależności i samostanowienia niż powód, by dowartościować seksualność kobiet. Utrzymujący się w narodzie kult dziewictwa (formalnie dziewictwa Maryi, nieformalnie – wszystkich Polek) dziwnie harmonizuje z hegemonią księży w poradnictwie w sprawach seksu i upartym milczeniem elit na temat wychowania seksualnego w gimnazjach, liceach i technikach.
A przecież pomijanie seksualności dyskretnym milczeniem – zwłaszcza seksualności kobiet – to żadna cnota. To właśnie dyskrecja – a więc ukrywanie przewinień, hierarchizacja relacji (romans/oficjalny związek), zmowy, brak reakcji środowiska na molestowanie, marginalizacja i deprecjacja płatnego seksu – stanowi najpotężniejszą broń patriarchatu. Z drugiej strony prawa seksualne obejmują nie tylko prawa reprodukcyjne, ale też swobodę ekspresji, również w obszarze cielesności i erotyki, oraz prawo do tego, by nie zmuszano nas do kłamstwa (o czym doskonale wiedzą choćby wspomniane już lesbijki). Smutek świata, w którym kobiety mają uważać, by słowem, gestem czy zapachem nie zdekoncentrować mężczyzny, opisywała choćby Margaret Atwood w Opowieści podręcznej. To jednak działa i w drugą stronę – smutny jest świat, w którym mężczyźnie nie wolno się zająknąć na widok dekoltu. Jeżeli feministyczną strategią odwetową za wieleset lat rugowania seksualności kobiet ma być eliminacja wszelkiej seksualności ze sfery publicznej, to ja dziękuję, postoję. Zawsze wydawało mi się, że w feminizmie chodzi o dogłębne i emancypacyjne przemiany społeczne, a nie o krótkowzroczną zemstę, która w dodatku rykoszetem odbije się na kobietach, gdyż tylko wzmocni tabu wokół ciała (vide Paradowska).
Migotliwe pojawienie się Marty Szulawiak na scenie politycznej było jak zapowiedź wiosny. W końcu chodzi o kobietę, która nie ukrywa ani swojej cielesności, ani erotycznego potencjału, za to mocnym głosem zwróciła uwagę na ten trójkąt bermudzki – kobiece ciało, bieda, przemysł erotyczny – który nasze elity usilnie starają się ignorować. Dla mnie, feministki przekonanej o konieczności zmiany społecznej, jest to wystąpienie bohaterskie. Okazja, by powalczyć wreszcie z wszechobecną hipokryzją, tą osławioną patriarchalną dyskrecją i przypomnieć, że pewne sprawy – dostępność aborcji, refundacja antykoncepcji, faktyczne ściganie gwałtów, handlu ludźmi i przemocy, a przede wszystkim edukacja seksualna – to podstawowe warunki, by kobiety mogły rozwijać istotny wymiar swojej osobowości – i mężczyźni także. Zdaję sobie też sprawę, że to nie jest łatwa sprawa, że wystąpienie w takiej roli może być bardzo trudne. Że wymaga kompetencji, jakiej w polskiej polityce dawno nie widziano – odwagi.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...