Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Czarnacka: Co nas boli, a co byśmy chcieli, żeby nas bolało Drukuj
Agata Czarnacka   
01.02.2008

Mój przyjaciel, socjolog Adam Ostolski wykazał kiedyś, analizując sukcesy wyborcze PiS-u, że walka z korupcją to pseudonim, nickname walki o godność. Hasło to pociągające jest dla wyborców, których transformacja „ominęła” - w istocie jest takich osób w naszym kraju zapewne większość, niestety na ustach wszystkich pozostaje przedsiębiorcza i energiczna mniejszość, która się na transformację „załapała”.


Ponieważ (w tym momencie chcę podkreślić, że to już nie przemyślenia Adama, żeby nie okazało się, iż coś pokręciłam) szara masa większości pozostaje niewidzialna, a wspomniane już niedostosowanie (dialektyczna przyczyna i skutek „ominięcia”) odbiera jej możliwość opowiedzenia o sobie publicznie. Nikt, lub prawie nikt nie bada sytuacji włókniarek, budżetów domowych eks-pegieerowców, nie indeksuje danych o przemocy domowej pod kątem sytuacji ekonomicznej w regionie… Jeśli przypadkiem problem tego typu zafascynuje młodego socjologa, będzie musiał opakować go w aparaturę pojęciową, która go rozmyje. I na przykład fatalną sytuację robotnic włókniarskich na peryferiach Łodzi będzie trzeba ubrać w kontekst aktywizowania przedsiębiorczości kobiet (sama to kiedyś zrobiłam, w telewizji nie dało się wprowadzić tego tematu inaczej).


Szara masa większości pozostaje więc sam na sam z własną porażką. Dostępne jej remedia to nie diagnoza połączona z planem działań ozdrowieńczych (inne pytanie - czy naprawdę niedostosowanie do morderczych reguł wolnego rynku to faktycznie choroba? czy może raczej oznaka zdrowia?), ale narkotyczne miraże sukcesu: w telewizji, pismach brukowych, grach komputerowych, alternatywnych strukturach gospodarczych itp. Po krótkim zawrocie głowy poczucie porażki jest jeszcze większe. Trzeba je jakoś wyjaśnić, zagospodarować popędowo, żeby nie oszaleć.


Większość teorii spiskowych ma takie właśnie, jeśli nie źródła, to na pewno fundamenty. Wielu komentatorów zwracało uwagę na fakt, że PiS-owski żargon, sposób malowania świata ma wszelkie oznaki teorii spiskowej. Za zło, nędzę, transformacyjną porażkę, poczucie wyobcowania i katzenjammer po „Tańcu z gwiazdami” odpowiadali jacyś bliżej niesprecyzowani Oni, tajna armia rekrutująca się z („z” a nie: „spośród”) aparatczyków byłego systemu, inteligencji skupionej wokół Agory, Żydów, adwokatów, homoseksualistów, Trybunału Konstytucyjnego, służby zdrowia i członków wszystkich związków zawodowych poza NSZZ „Solidarność”. Jestem pewna, że kogoś pominęłam.


Armia ta jest tajna, a bronią jej jest informacja i pieniądz. W połączeniu z dostępem do władzy następuje zazwyczaj atak czyli akt korupcyjny. Wskutek ataku dochodzi do odessania pieniędzy przez żołnierzy tajnej armii - tych samych pieniędzy, które w przeciwnym razie zostałyby sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy potrzebujących (kto nie jest potrzebujący, niech rzuci kamieniem. Od razu nim być zacznie - będzie potrzebował na nowy monitor). Co się dzieje z odessanymi pieniędzmi, nie do końca wiadomo. Wiele z nich zasila kasy sklepów papierniczych (wieczne pióra) i monopolowych (wykwintne alkohole). Korzystają też dealerzy samochodowi i chyba agencje nieruchomości. Sporo zabiera Michnik na organizowanie dywersyjnej siatki medialnej, w tym opłacanie lobby homoseksualistów i Sierakowskiego.


Takie przynajmniej miałam wrażenie.


Jednakowoż korupcja istnieje. Jest to niestety podstawowy mankament każdej demokracji liberalnej, czyli państwa, które udaje, że go nie ma. Decyzje na szczeblu państwowym, zwłaszcza rozdawcze czy przetargowe, podejmowane są niejawnie, a procedury ich podejmowania albo są dziurawe, albo paraliżujące, albo w ogóle pomijalne (coraz rzadziej). Tylko co z tego? Co z tego, że jakiś urzędnik zgarnie do kieszeni dwadzieścia tysięcy złotych za milionowy kontrakt na gorsze drukarki raczej niż lepsze? Zaoszczędzony drugi milion nie trafiłby przecież z powrotem do budżetu, ani nie poszedłby na dodatkowe granty dla spółdzielczych przedszkoli. Zaoszczędzony drugi milion poszedłby na inne akcesoria biurowe. Lekarz, który by nie brał za zabieg poza kolejnością, albo miałby dokładnie taką samą kolejkę jak przedtem, albo umarłby przedwcześnie z przepracowania. Koszt wykształcenia następnego i utrzymania go w kraju znakomicie przekroczyłby sumę wszystkich „wziątek”. Zarządca szpitala „odkupionego” za łapówkę nie musiałby być gorszy od takiego, który wygrałby uczciwy przetarg. A dokąd trafiłyby zyskane przez państwo pieniądze? Może na fikcyjne umowy dla pseudoekspertów w moim wieku? A może i nie. Po roku pracy przy kancelarii premiera RP naprawdę mam wrażenie, że to wszystko jedno.


Decyzje rzeczywiście wpływające na kształt państwa i dobrobyt obywateli podejmuje się nie na podstawie kwoty (rzecz karalna, relatywnie łatwa do udowodnienia, wymuszająca zmianę miejsca zamieszkania na cieplejsze, jednym słowem - opłacalna krótkoterminowo), ale na podstawie analizy ekonomicznej (prywatyzować czy nie prywatyzować? więcej autostrad czy więcej przedszkoli? zaostrzyć kodeks karny i sprywatyzować więzienia czy złagodzić i postawić na resocjalizację?). Podejmuje się je z uwzględnieniem tego, co na dłuższą metę bardziej opłacalne dla grupy, z którą związany jest decydent. Odpowiednie uzasadnienie zawsze się znajduje, wszystko przeprowadza się lege artis. W zasadzie jeśli grupą, z którą związany jest decydent, są jego partyjne koleżanki oraz wyborcy, to nawet jest zgodne z ideałami demokracji. Sęk w tym, że nie jest to konieczne. Bardziej prawdopodobne jest, że ową grupę stanowią dawni i nowi znajomi, z którymi tak miło gawędzi się przy kawie, wódce czy golfie.


Art. 2 pkt 1 Ustawy o działalności lobbingowej w procesie stanowienia prawa stwierdza, że: „W rozumieniu ustawy działalnością lobbingową jest każde działanie prowadzone metodami prawnie dozwolonymi zmierzające do wywarcia wpływu na organy władzy publicznej w procesie stanowienia prawa”. Zaiste nie wiem, czy niezobowiązująca rozmowa po godzinach o przyszłości dzieci wiceministra mogłaby być nielegalna. W dalszych artykułach i punktach trochę się to komplikuje. Wypada zgłosić zainteresowanie pracami nad projektem ustawy przy użyciu specjalnego formularza. Ale chyba warto pogadać o projekcie projektu? Ze znajomymi, którzy się na tym znają?


Tak, otwarcie sugeruję tutaj: główne zło i jedna z podstawowych przyczyn porażki „szarej masy” to powiązanie władzy z pieniądzem, państwa z wielkim kapitałem. Jednak powiązanie to nie przebiega pod postacią korupcji, ale przykryte jest przez dyskretny urok burżuazji i raczej zasługuje na nazwę lobbingu.


W kontekście PiS-owskiej walki z tego typu „psuciem prawa” zakrawa wręcz na dowcip, że największą grupą wpływu na polskich polityków pozostaje Kościół katolicki. Mówi się o tym zresztą otwarcie - politycy przyznają się do emocjonalnego uzależnienia od religii i zbijają na tym wyborcze kokosy. W gorących okresach jeżdżą na rekolekcje. Pal sześć, ze odwdzięczają się absurdalnymi dotacjami, które mogłyby zostać spożytkowane na cele użyteczne z punktu widzenia dobrostanu populacji (Świątynię Opatrzności obmurowaną jakimś nudnym centrum można by przeliczyć na profilaktykę raka szyjki macicy u dorastających dziewcząt, a ogrzewanie geotermalne Rydzyka na parę schronisk dla bezdomnych. Że nie wspomnę o „odzyskiwaniu” gruntów). Nie wiadomo, czy udałoby się pieniądze z cofniętych dotacji spożytkować akurat na coś tak przyjemnego, a nie na jakiś np. samolot bojowy. Gorzej, że Kościół nieustająco lobbuje za rozwiązaniami prawnymi, które nie służą obywatelom, w imię własnego interesu i promowania swojej ideologii.


Na pierwszy plan wysuwają się oczywiście prawa i pozycja kobiet, połączona z nimi kwestia rozrodczości i kształtu rodziny. Dochodzi do tego edukacja - zniekształcanie programów nauczania w szkołach podstawowych i średnich, oddalających się od aktualnego stanu wiedzy naukowej, ale też wprowadzanie religii jako w zasadzie obowiązkowego przedmiotu. Ocena na świadectwie oznacza - pominąwszy spory ideologiczne - dodatkowe kilka godzin w tygodniu ustawowo wykradzione dzieciom z dzieciństwa. Powalającym na kolana (porażającym?) przykładem kościelnego lobbingu jest gloryfikacja pojęcia rozwoju w Sollicitudo rei socialis i własności prywatnej w Centenisimus annus - dla wielu decydentów w Polsce encykliki te stanowiły najpierw drogowskaz, a następnie potwierdzenie słuszności wprowadzenia Polski na drogę kapitalizmu w wersji thatcherowskiej (a nie łagodniejszej socjaldemokracji czy poniekąd narzucającego się „ustroju spółdzielczego”). W obliczu intensywnych kontaktów Jana Pawła II z Polską trudno uznać, że był nieświadomy swego wpływu.


To trudny temat. Zapewne można by domniemywać, że 97% Polaków, deklarując katolicyzm, popiera uległość kolejnych rządów - gdyby tylko nie istniały badania nt. polskiej religijności, które wskazują na wybitnie niski poziom zrozumienia zawartości treściowej tej religii (łącznie z tym, że w Boga osobowego NIE WIERZY odsetek katolików przekraczający margines błędu statystycznego). Może to jednak efekt wrodzonej lub nabytej niechęci do metafizycznych spekulacji, która nie przekładałaby się wcale na decyzyjność w zakresie konkretów. Wyrażane powszechnie poparcie dla walki z korupcją wskazuje na istnienie podatnego gruntu. Jak długo jednak rzekoma demokracja pozostaje zarządzaniem, a polityka - domeną grup wpływów, niestety nie uda nam się o tym przekonać.

  

Komentarze
Dodaj nowy
poll74   |01.02.2008 23:47:50
Ludowe wyobrażenie o korupcji na szczytach władzy pokrywa się dokładnie z
reklamówkami PiS z ostatnich wyborów.

Te z kolei są obrazkami zwykłego
pospolitego łapownictwa, jakie większość z obywateli zna z autopsji, lub relacji
z pierwszej ręki. Mechanizm ten sam niezależnie czy łapownikiem jest egzaminator
na prawo jazdy, czy członek rządu, zmienia się tylko sceneria zamiast odrapanego
gabinetu ordynatora, mamy apartament, a zamiast bombonierki, koniaku, czy
koperty mamy walizę pełną szmalu.

Reklamówki PiS mogłyby raczej służyć jako
filmy instruktarzowe dla agentów CBA, którzy w podobny sposób zastawiali pułapki
na Leppera, Rybę i Sawicką. Obydwie akcje CBA nie ukazały żadnych mechanizmów
korupcyjnych, pokazały natomiast skalę niekompetencji, a raczej nieuctwa
wysokiego urzędnika państwowego i posłanki z partii uznawanej za silną kadrowo.
Nieuctwo jest z resztą w naszej polityce rzeczą powszechną. Kurzy móżdżek
posłanki nie zawierał ani kszty wiedzy o zasadach rachunkowości, jakiejś
elementarnej znajomości prawa, które jako posłanka współstanowiła. Pan Ryba
także nie błysnął intelektem, a czasem wystarczy zwykła mądrość życiowa, a tej
tylko Lepperowi nie zabrakło. Bo nikt nigdy, a już na pewno w polityce nie daje
nic za darmo, a już na pewno nie daje trzech dużych baniek za decyzję, którą
może mieć po koszcie znaczków skarbowych. Albo płaci nie swoimi, albo coś
śmierdzi.

A prawdziwy profesjonalizm korupcyjny. No cóż fundacja
\"Podaruj dzieciom słońce\" zatankuj do pełna po 4.30 za litr.
Macierewicz szuka agentów, a Kaczyński szuka układu grzebiąc w teczkach z PRL. T
zasadniczy błąd, tam nic takiego nie znajdziecie. Ustalenie kto brał i od kogo
staje się łatwe niestety już po fakcie. Gdzie pracuje J.K. Bielecki, gdzie
pracuje Józef Oleksy, co porabia Cimoszewicz, a co Piechota, w których radach
nadzorczych siedzą (oczywiście prywatnych firm), u żyjących z odczytów proponuję
przejrzeć sponsorów, bądź współwłaścicieli uczelni, bądź instytucji które te
odczyty organizują. Warto się dowiedzieć z czego żyją dzisiaj tacy ludzie jak
Kaczmarek (Wiesław), jak Lewandowski, pani Kamela Sowińska, Emil Wąsacz. Warto
przejrzeć rady nadzorcze spółek, które prywatyzowali.

Warto oglądać reklamy w
poważnych politycznych gazetach. Wiadomo kupując reklamę podpasek w kolorowym
pisemku z nakładem 2 mln. tyg. próbuję sprzedać więcej podpasek. Ale kupując
reklamę w jakimś Wprost, czy jemu podobnym który ma nakład 200 tys. tyg. z ja w
dodatku nie sprzedaję podpasek tylko zajmuje się wydobyciem węgla i mimo to
kupuję reklamy droższe niż te w kolorowych pismach to ktoś tu
zwariował.

Teraz na topie zadyma wokół PZU, GW pisze \"jak wybieramy
szaleńców to zapłacimy, nawet po 1000 zł na głowę\".

A teraz
sięgnijcie do egzemplarzy GW z przed miesiąca- dwóch, taka niebieska reklama
wpadająca w oko na pierwszej stronie choć lekko dyskretna, na niebieskim tle
słońce no właśnie … mamy korupcję, lobbing taki z prawdziwego zdarzenia
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 12.02.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.23697 Seconds