|
Mój przyjaciel, socjolog Adam
Ostolski wykazał kiedyś, analizując sukcesy wyborcze PiS-u, że
walka z korupcją to pseudonim, nickname walki o godność. Hasło to
pociągające jest dla wyborców, których transformacja
„ominęła” - w istocie jest takich osób w naszym kraju
zapewne większość, niestety na ustach wszystkich pozostaje
przedsiębiorcza i energiczna mniejszość, która się na
transformację „załapała”.
Ponieważ (w tym momencie chcę
podkreślić, że to już nie przemyślenia Adama, żeby nie okazało
się, iż coś pokręciłam) szara masa większości pozostaje
niewidzialna, a wspomniane już niedostosowanie (dialektyczna
przyczyna i skutek „ominięcia”) odbiera jej możliwość
opowiedzenia o sobie publicznie. Nikt, lub prawie nikt nie bada
sytuacji włókniarek, budżetów domowych
eks-pegieerowców, nie indeksuje danych o przemocy domowej pod
kątem sytuacji ekonomicznej w regionie… Jeśli przypadkiem problem
tego typu zafascynuje młodego socjologa, będzie musiał opakować
go w aparaturę pojęciową, która go rozmyje. I na przykład
fatalną sytuację robotnic włókniarskich na peryferiach
Łodzi będzie trzeba ubrać w kontekst aktywizowania
przedsiębiorczości kobiet (sama to kiedyś zrobiłam, w telewizji
nie dało się wprowadzić tego tematu inaczej).
Szara masa większości pozostaje więc
sam na sam z własną porażką. Dostępne jej remedia to nie
diagnoza połączona z planem działań ozdrowieńczych (inne pytanie
- czy naprawdę niedostosowanie do morderczych reguł wolnego rynku
to faktycznie choroba? czy może raczej oznaka zdrowia?), ale
narkotyczne miraże sukcesu: w telewizji, pismach brukowych, grach
komputerowych, alternatywnych strukturach gospodarczych itp. Po
krótkim zawrocie głowy poczucie porażki jest jeszcze
większe. Trzeba je jakoś wyjaśnić, zagospodarować popędowo,
żeby nie oszaleć.
Większość teorii spiskowych ma takie
właśnie, jeśli nie źródła, to na pewno fundamenty. Wielu
komentatorów zwracało uwagę na fakt, że PiS-owski żargon,
sposób malowania świata ma wszelkie oznaki teorii spiskowej.
Za zło, nędzę, transformacyjną porażkę, poczucie wyobcowania i
katzenjammer po „Tańcu z gwiazdami” odpowiadali jacyś bliżej
niesprecyzowani Oni, tajna armia rekrutująca się z („z” a nie:
„spośród”) aparatczyków byłego systemu,
inteligencji skupionej wokół Agory, Żydów, adwokatów,
homoseksualistów, Trybunału Konstytucyjnego, służby zdrowia
i członków wszystkich związków zawodowych poza NSZZ
„Solidarność”. Jestem pewna, że kogoś pominęłam.
Armia ta jest tajna, a bronią jej jest
informacja i pieniądz. W połączeniu z dostępem do władzy
następuje zazwyczaj atak czyli akt korupcyjny. Wskutek ataku
dochodzi do odessania pieniędzy przez żołnierzy tajnej armii -
tych samych pieniędzy, które w przeciwnym razie zostałyby
sprawiedliwie rozdzielone pomiędzy potrzebujących (kto nie jest
potrzebujący, niech rzuci kamieniem. Od razu nim być zacznie -
będzie potrzebował na nowy monitor). Co się dzieje z odessanymi
pieniędzmi, nie do końca wiadomo. Wiele z nich zasila kasy sklepów
papierniczych (wieczne pióra) i monopolowych (wykwintne
alkohole). Korzystają też dealerzy samochodowi i chyba agencje
nieruchomości. Sporo zabiera Michnik na organizowanie dywersyjnej
siatki medialnej, w tym opłacanie lobby homoseksualistów i Sierakowskiego.
Takie przynajmniej miałam wrażenie.
Jednakowoż korupcja istnieje. Jest to
niestety podstawowy mankament każdej demokracji liberalnej, czyli
państwa, które udaje, że go nie ma. Decyzje na szczeblu
państwowym, zwłaszcza rozdawcze czy przetargowe, podejmowane są
niejawnie, a procedury ich podejmowania albo są dziurawe, albo
paraliżujące, albo w ogóle pomijalne (coraz rzadziej). Tylko
co z tego? Co z tego, że jakiś urzędnik zgarnie do kieszeni
dwadzieścia tysięcy złotych za milionowy kontrakt na gorsze
drukarki raczej niż lepsze? Zaoszczędzony drugi milion nie trafiłby
przecież z powrotem do budżetu, ani nie poszedłby na dodatkowe
granty dla spółdzielczych przedszkoli. Zaoszczędzony drugi
milion poszedłby na inne akcesoria biurowe. Lekarz, który by
nie brał za zabieg poza kolejnością, albo miałby dokładnie taką
samą kolejkę jak przedtem, albo umarłby przedwcześnie z
przepracowania. Koszt wykształcenia następnego i utrzymania go w
kraju znakomicie przekroczyłby sumę wszystkich „wziątek”.
Zarządca szpitala „odkupionego” za łapówkę nie musiałby
być gorszy od takiego, który wygrałby uczciwy przetarg. A
dokąd trafiłyby zyskane przez państwo pieniądze? Może na
fikcyjne umowy dla pseudoekspertów w moim wieku? A może i
nie. Po roku pracy przy kancelarii premiera RP naprawdę mam
wrażenie, że to wszystko jedno.
Decyzje rzeczywiście wpływające na
kształt państwa i dobrobyt obywateli podejmuje się nie na
podstawie kwoty (rzecz karalna, relatywnie łatwa do udowodnienia,
wymuszająca zmianę miejsca zamieszkania na cieplejsze, jednym
słowem - opłacalna krótkoterminowo), ale na podstawie
analizy ekonomicznej (prywatyzować czy nie prywatyzować? więcej
autostrad czy więcej przedszkoli? zaostrzyć kodeks karny i
sprywatyzować więzienia czy złagodzić i postawić na
resocjalizację?). Podejmuje się je z uwzględnieniem tego, co na
dłuższą metę bardziej opłacalne dla grupy, z którą
związany jest decydent. Odpowiednie uzasadnienie zawsze się
znajduje, wszystko przeprowadza się lege artis. W zasadzie jeśli
grupą, z którą związany jest decydent, są jego partyjne
koleżanki oraz wyborcy, to nawet jest zgodne z ideałami demokracji.
Sęk w tym, że nie jest to konieczne. Bardziej prawdopodobne jest,
że ową grupę stanowią dawni i nowi znajomi, z którymi tak
miło gawędzi się przy kawie, wódce czy golfie.
Art. 2 pkt 1 Ustawy o działalności
lobbingowej w procesie stanowienia prawa stwierdza, że: „W
rozumieniu ustawy działalnością lobbingową jest każde działanie
prowadzone metodami prawnie dozwolonymi zmierzające do wywarcia
wpływu na organy władzy publicznej w procesie stanowienia prawa”.
Zaiste nie wiem, czy niezobowiązująca rozmowa po godzinach o
przyszłości dzieci wiceministra mogłaby być nielegalna. W
dalszych artykułach i punktach trochę się to komplikuje. Wypada
zgłosić zainteresowanie pracami nad projektem ustawy przy użyciu
specjalnego formularza. Ale chyba warto pogadać o projekcie
projektu? Ze znajomymi, którzy się na tym znają?
Tak, otwarcie sugeruję tutaj: główne
zło i jedna z podstawowych przyczyn porażki „szarej masy” to
powiązanie władzy z pieniądzem, państwa z wielkim kapitałem.
Jednak powiązanie to nie przebiega pod postacią korupcji, ale
przykryte jest przez dyskretny urok burżuazji i raczej zasługuje na
nazwę lobbingu.
W kontekście PiS-owskiej walki z tego
typu „psuciem prawa” zakrawa wręcz na dowcip, że największą
grupą wpływu na polskich polityków pozostaje Kościół
katolicki. Mówi się o tym zresztą otwarcie - politycy
przyznają się do emocjonalnego uzależnienia od religii i zbijają
na tym wyborcze kokosy. W gorących okresach jeżdżą na rekolekcje.
Pal sześć, ze odwdzięczają się absurdalnymi dotacjami, które
mogłyby zostać spożytkowane na cele użyteczne z punktu widzenia
dobrostanu populacji (Świątynię Opatrzności obmurowaną jakimś
nudnym centrum można by przeliczyć na profilaktykę raka szyjki
macicy u dorastających dziewcząt, a ogrzewanie geotermalne Rydzyka
na parę schronisk dla bezdomnych. Że nie wspomnę o „odzyskiwaniu”
gruntów). Nie wiadomo, czy udałoby się pieniądze z
cofniętych dotacji spożytkować akurat na coś tak przyjemnego, a
nie na jakiś np. samolot bojowy. Gorzej, że Kościół
nieustająco lobbuje za rozwiązaniami prawnymi, które nie
służą obywatelom, w imię własnego
interesu i promowania swojej ideologii.
Na pierwszy plan wysuwają się
oczywiście prawa i pozycja kobiet, połączona z nimi kwestia
rozrodczości i kształtu rodziny. Dochodzi do tego edukacja -
zniekształcanie programów nauczania w szkołach podstawowych
i średnich, oddalających się od aktualnego stanu wiedzy naukowej,
ale też wprowadzanie religii jako w zasadzie obowiązkowego
przedmiotu. Ocena na świadectwie oznacza - pominąwszy spory
ideologiczne - dodatkowe kilka godzin w tygodniu ustawowo
wykradzione dzieciom z dzieciństwa. Powalającym na kolana
(porażającym?) przykładem kościelnego lobbingu jest gloryfikacja
pojęcia rozwoju w Sollicitudo rei socialis i własności
prywatnej w Centenisimus annus - dla wielu decydentów
w Polsce encykliki te stanowiły najpierw drogowskaz, a następnie
potwierdzenie słuszności wprowadzenia Polski na drogę kapitalizmu
w wersji thatcherowskiej (a nie łagodniejszej socjaldemokracji czy
poniekąd narzucającego się „ustroju spółdzielczego”).
W obliczu intensywnych kontaktów Jana Pawła II z Polską
trudno uznać, że był nieświadomy swego wpływu.
To trudny temat. Zapewne można by
domniemywać, że 97% Polaków, deklarując katolicyzm, popiera
uległość kolejnych rządów - gdyby tylko nie istniały
badania nt. polskiej religijności, które wskazują na
wybitnie niski poziom zrozumienia zawartości treściowej tej religii
(łącznie z tym, że w Boga osobowego NIE WIERZY odsetek katolików
przekraczający margines błędu statystycznego). Może to jednak
efekt wrodzonej lub nabytej niechęci do metafizycznych spekulacji,
która nie przekładałaby się wcale na decyzyjność w
zakresie konkretów. Wyrażane powszechnie poparcie dla walki z
korupcją wskazuje na istnienie podatnego gruntu. Jak długo jednak
rzekoma demokracja pozostaje zarządzaniem, a polityka - domeną
grup wpływów, niestety nie uda nam się o tym przekonać.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...