Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Czapliński: Nie tylko gospodarka, głupcy! |
|
|
Przemysław Czapliśnki
|
|
08.10.2009 |
Wnioski po Kongresie Kultury Polskiej.
Zakończony niedawno Kongres Kultury Polskiej (Kraków 23-25 IX) nie doprowadził do konsensusu między ludźmi kultury i politykami. Raczej należałoby powiedzieć, że pojawił się dyssensus - silna, światopoglądowa różnica. I ona wydaje się najważniejszym rezultatem Kongresu.
Wolność, równość, konsumpcja
Zanim pojawiła się różnica silna, na scenie spotkały się różnice pozorne.
Oto po wypowiedzi Leszka Balcerowicza – ostro skrytykowanej przez Waldemara Dąbrowskiego – zarysowały się dwa stanowiska.
Pierwsze z nich – dla uproszczenia nazwę je neoliberalnym – sprowadza się do przeświadczenia, że najlepsza kultura to ta, która uniezależnia się od państwa i od mecenatu wszelkich instytucji oficjalnych. Artysta – w języku rynkowym producent, wytwórca, przedsiębiorca – powinien być zainteresowany niezależnością, ponieważ każda forma państwowego mecenatu pociąga za sobą nie tylko ograniczenie wolności, lecz także zapośredniczenie kontaktu z odbiorcą. Kto, dla przykładu, otrzymuje pełną dotację na robienie czasopisma, nic nie wie o swoich czytelnikach: bez względu przecież na to, czy numer pisma zostanie kupiony, czy nie, dotacja i tak przyjdzie.
Neoliberał przekonuje, że autonomia od państwowej opieki daje artyście bądź instytucji kulturalnej niezapośredniczoną relację z publicznością. Twórcy muszą rozpoznać rynek, a jeśli zrobią to trafnie i jeśli stworzą dobre dzieło, wówczas znajdzie ono akceptację odbiorcy.
Odbiorca – w języku rynkowym zwany konsumentem – to wg neoliberała człowiek, który dysponuje odpowiednią ilością wolnego czasu i odpowiednią nadwyżką pieniędzy, aby móc jedno i drugie zainwestować w kulturę.
Rozumowanie neoliberalne jest zatem proste: im zamożniejsze społeczeństwo, tym więcej ludzi z wolnym czasem i nadwyżką pieniądza, im większa nadwyżka, tym częstsze i hojniejsze inwestowanie w kulturę, im więcej inwestowania, tym więcej zamówień na zróżnicowane formy kultury, im więcej zamówień, tym więcej niezależności dla artysty. Rynek daje pieniądze, pieniądze dają wolność.
Stanowisko drugie - można je nazwać demokratycznym – jest bardziej wstrzemięźliwe. Jego zwolennicy mówią, że nie o zwolnienie państwa z obowiązku opieki nad kulturą chodzi, lecz o wyrównanie dostępu do państwowych pieniędzy. Ponadto, reprezentanci tego myślenia przekonują, że pieniędzy od państwa będzie więcej – nawet jeżeli będzie ich mniej – jeśli instytucje zaczną gospodarniej zarządzać dotacjami. I wreszcie, w obrębie tego poglądu pojawia się idea sponsorowania instytucji państwowych przez osoby prywatne. A zatem: z równości biorą się pieniądze, z pieniędzy - wolność.
Różnica, której nie ma
Różnica między pierwszym i drugim stanowiskiem sprowadza się w gruncie rzeczy do nieznacznie odmiennego definiowania wartości kulturalnej. Dla neoliberała wartość ta powinna podlegać natychmiastowemu sprawdzianowi w spotkaniu z odbiorcą, a więc – zgodnie z logiką rynku – powinna jak najprędzej wchodzić w cyrkulację towarów i usług. W ten sposób artysta przyspiesza wymianę między producentem i konsumentem, otrzymując z rynku szybką odpowiedź na pytanie, czy na jego towar jest popyt, czy też nie. Dla demokraty możliwe jest wydłużenie okresu płatności – to znaczy udzielenie kredytu artyście. Pożyczka nie jest jednak bezzwrotna, ponieważ demokrata sądzi, że dzisiejsze dzieła elitarne znajdą kiedyś – w postawach wczesnego syna raczej niż „późnego wnuka” – swoich odbiorców, a więc konsumentów.
Obaj dyskutanci tak naprawdę różnią się zatem w spodziewanej szybkości transakcji. Wspólne im jest jednak patrzenie na kulturę jako na sferę – mimo wszystko, zasadniczo – wymierną. Kiedy neoliberał mówi, że rynkowa akcja i reakcja powinny zachodzić możliwie szybko, demokrata kontruje i mówi, że warto poczekać – kiedyś zwróci się z nawiązką. Obaj jednak osadzają charakterystykę kultury w języku ekonomicznym, czyli uzgadniają opis wszystkich etapów powstawania dzieła z kategoriami rynkowymi. Producent, towar, konsument, konsumpcja. Neoliberał okazuje się demokratą, demokrata – neoliberałem.
Gra w znikanie
Wyobraźmy sobie grę komputerową pod tytułem „Zarządzanie kulturą”. Ma ona dwie wersje: Liberał.1.0 oraz Demokrata.2.0. Zdecydowanie wolałbym zagrać w wersję pierwszą.
Jest okrutna, ale prosta: gracz, występujący w charakterze artysty, zabiega o pieniądze, a wszystkie instytucje państwowe, do których się zwraca, wydają decyzję odmowną. Artysta zmienia podania, wymyśla coraz ciekawsze projekty, a oni odpowiadają „Nie”. Z jednej strony wyrafinowanie w pisaniu wniosków, z drugiej – urzędniczy sadyzm. Strategia państwa w tej wersji przypomina strategię gry w kółko i krzyżyk: wystarczą trzy dobrze postawione znaczki, by zablokować przeciwnika. Niby artysta nie przegrał – bo gra zakończyła się patem – ale i nie wygrał, bo rachunek ekonomiczny nie pozwolił instytucji wydać pieniędzy na kulturę.
Gra Demokrata.2.0 trwałaby dłużej i polegała w dużej mierze na docieraniu do tych samych odmownych odpowiedzi – rozłożonych jednak na lata. Dlatego wersja Liberał.1.0 jest poznawczo płodniejsza. Kiedy ją kończymy, rozumiemy konsekwencje strategii, jaką państwo polskie od dwudziestu lat usiłuje – bardzo powoli, stopniowo – zastosować w odniesieniu do kultury. Strategia, polegająca na systematycznym upowszechnianiu myślenia rynkowego i wycofywaniu się z dotacji, doprowadziłaby – gdyby zastosować ją z żelazną dyscypliną - do zaniku państwa.
Wymyśl myślenie
Gra Liberał.1.0 prowadzi więc – nareszcie – do zakwestionowania koncepcji liberalno-demokratycznej. I to jest właśnie wspomniany na wstępie dyssensus. Nie chodzi już bowiem o to, czy państwo wydzieli trochę więcej pieniędzy na projekty artystyczne przez siebie uznane za „wartościowe”. Ani o to, czy zdecyduje się udzielić długoterminowej pożyczki na działania artystyczne przeznaczone dla elit. Chodzi o to, żeby przestać myśleć wedle dotychczasowych metafor.
Wytwarzają one bowiem obraz, na którym państwo istnieje po jednej stronie, zaś kultura po drugiej. Na obrazku takim widzimy długą kolejkę - artystów, dyrektorów bibliotek, teatrów i muzeów – stojącą przed drzwiami jakiejś instytucji państwowej. Oni są petentami, urzędy państwowe – źródłem pieniędzy. „Oni” to grupa, która musi udowodnić artystyczną „wartość dodaną”, zaś urzędnicy – reprezentujący rzekomo „nas” – sprawdzają, czy rachunek się zgadza.
Tymczasem prawdziwszy byłby obraz, w którym to nie kultura zależy od państwa, lecz państwo zależy od kultury. To nie „oni” utrzymują „nas”, lecz my wszyscy utrzymujemy się nawzajem ze wspólnie wypracowanych środków. To nie minister w imieniu państwa udziela dotacji kulturze, lecz kultura wytwarza ministra, któremu powierzono rolę dystrybutora wspólnych pieniędzy. Państwo, które chciałoby uczciwie i konsekwentnie wycofać się z dotowania kultury, przestałoby dotować siebie!
Bo kultura to ogół materialnych i niematerialnych warunków życia wytworzonych przez społeczeństwo. Kultura to jednostkowe i zbiorowe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością. Wszystko zatem, czym jest państwo, należy do kultury: podział władz na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą, dwuizbowy parlament, resortowe ministerstwa, flaga, hymn, podatki, instytucje, granice, komunikacja… to wszystko jest kulturą.
To nie państwo wspiera kulturę, lecz kultura wspiera państwo.
Gdyby pewnego dnia społeczeństwo – w odpowiedzi na zmniejszającą się opiekę państwa – zechciało doprowadzić do końca reformy liberalne, całkowicie się usamodzielniając, państwo zniknęłoby z powierzchni ziemi w ciągu kilku miesięcy. Zniknąłby szacunek i podatki, komunikacja i wybory, rząd i parlament. Na co i komu, szanowni przedstawiciele kolejnych rządów i parlamentów, bylibyście potrzebni, gdyby społeczeństwo posłuchało lekcji „niezależnej kultury”?
Skąd się biorą dorośli
Największą wadą myślenia ekonomicznego o kulturze jest skupienie na formach aktywności kulturowej obywatela samodzielnego finansowo. To błąd tak ukryty, że trzeba wymyślić myślenie od nowa, aby zobaczyć, w czym on tkwi.
Tkwi on w przekonaniu, że dorosły człowiek wybiera – w pełni świadomie – tę formę kultury, która najbardziej odpowiada jego potrzebom i finansowym możliwościom. Ta koncepcja nie pozwala jednak wyjaśnić, ani skąd biorą się potrzeby, ani dlaczego wybory są tak mało zróżnicowane. Nie pozwala również wyjaśnić, dlaczego tania oferta kulturowa nie przekłada się na wzrost zainteresowania jej różnorodnością.
Może zatem analizowanie postaw kulturowych dorosłego człowieka jest spóźnione o całą dorosłość?
Dorosły człowiek – dysponujący nadwyżką czasu i pieniędzy – skorzysta bowiem z takich form kultury, z których nauczył się korzystać zanim został dorosły. Dojrzały człowiek – ujmując rzecz w perspektywie masowej – będzie chodził do teatru, jeśli jako dziecko chodził do teatrzyku i sam go współtworzył. Dorosły będzie czytał książki, jeśli jako dziecko słuchał regularnie czytanych mu książeczek i sam je czytał. Dorosły będzie chodził do muzeum, jeśli wcześniej został wciągnięty w przygodę z malarstwem czy rzeźbą i sam obrazki czy rzeźby tworzył. Oczekiwanie, że dorosły wybierać będzie z całej kultury, jest przejawem traktowania człowieka jako „czystego konsumenta”, który po przejściu procesów uspołeczniających przystępuje – z niezapisaną tablicą wrażliwości – do wyboru najodpowiedniejszej oferty.
Kłopot polega na tym, że nie istnieje nic takiego, jak „czysty człowiek” i „sytuacja czystego wyboru”. Istnieje natomiast człowiek, który wybiera wedle sposobów, do jakich go wyedukowano i jakie sam sobie wypracował.
Spisek
Podczas Kongresu przystąpiłem do spisku.
Założyłem go razem z dwiema uczestniczkami panelu poświęconego książce - Beatą Stasińską, szefową wydawnictwa WAB, i pisarką Olgą Tokarczuk. Członkowie trium-wirtualnego spisku podzielają jedno przekonanie – że wybory kulturowe dokonywane przez dorosłych są uwarunkowane przez edukację. Nie „zdeterminowane”, ale też i nie „całkowicie wolne”. Dlatego prawdziwe przygotowanie samodzielności – zarówno twórców, jak i odbiorców kultury – rozgrywa się w ramach edukacji.
Kiedy my, spiskowcy, mówimy „Nie tylko gospodarka, głupcy!”, mówimy: „Przekonanie, że gospodarka istnieje w izolacji od kultury jest naiwne i szkodliwe”. A także: „Przekonanie, że można gospodarkę wyodrębnić z całości życia zbiorowego i na niej skupić podstawową troskę państwa, pociąga za sobą ekonomizację całego życia – i prowadzi do stopniowej ekonomicznej kolonizacji przestrzeni życiowej”. Podporządkowanie myślenia o kulturze myśleniu ekonomicznemu prowadzi nie tylko do fałszywego rozróżnienia sfery zysku i sfery wsparcia, lecz także do usunięcia z pola widzenia całego procesu edukacji. Przywrócenie edukacji do rozmowy unieważnia podział na państwo i kulturę. I zmienia obraz powinności władz politycznych.
Nasz spisek powstał, by politykom uświadomić, że to my, społeczeństwo, jesteśmy ich jedyną i ostatnią szansą. Jeśli chcą z niej skorzystać, muszą przeprowadzić razem z nami rewolucję. Rewolucję rozpisaną na lata, pełzającą, lecz wystarczająco konkretną, by nie rozmyły się jej kontury.
Postulujemy: 1) zatwierdzenie przez Parlament RP długofalowego programu edukacyjnego, który obowiązywałby przez minimum piętnaście lat bez względu na zmiany rządów i prezydentów! 2) wprowadzenie zasady wzrostu nakładów na edukację o 0,2 PKB rocznie; 3) wprowadzenie do przedszkoli programu codziennego półgodzinnego czytania na głos; 4) wprowadzenie do szkół podstawowych na etapie nauczania początkowego kontynuacji głośnego czytania (stopniowo z udziałem samych uczniów); 5) włączenie do nauczania języka polskiego projektu „Wysłów się” - regularnych zajęć polegających na nauce twórczego pisania; 6) Wprowadzenie dla każdej klasy jednej lekcji miesięcznie (na przemian) w bibliotece i muzeum, lekcji, które będą miały charakter regularnych zajęć wpisanych w konkretny program (muzeum: nauka rysowania, malowania, rzeźbienia, etc; biblioteka - czytanie, wyszukiwanie źródeł informacji, zdobywanie informacji); 7) Wprowadzenie od początku szkoły podstawowej obowiązkowej nauki muzykowania – tak, aby ukończenie gimnazjum było równoznaczne z opanowaniem (średniej, przeciętnej) umiejętności gry na dwóch instrumentach; 8) Wprowadzenie programu sztuki komputerowej – nauki tworzenia grafiki, filmów, muzyki.
Z pewnością to tylko zarys. Trzeba zająć się nowymi zasadami dystrybucji podręczników, trzeba ograniczyć liczbę uczniów w klasach, trzeba zmienić modele edukacji w liceach i na studiach… Ale ukonkretnienie tego zarysu to coś zupełnie innego niż wysokość dotacji na konkretne przedsięwzięcia kulturalne. To kwestia najbardziej newralgicznej strefy życia społecznego – obszaru, w którym kształtują się możliwości uczestnictwa w kulturze.
Kiedyś
Przeznaczeniem naszego spisku jest samorozwiązanie. Najpiękniej byłoby bowiem, gdyby roztopił się on w powszechnym spisku jak największej liczby ludzi. Weszliby w jego skład wszyscy, którzy uważają, podobnie jak my, że ekonomiczne myślenie widzi w kulturze sferę gotowych wyborów – my zaś zachęcamy do myślenia o kulturze jako nieustannym stwarzaniu możliwości i umiejętności wybierania. Buduje się je tylko poprzez starannie dozowaną edukację. Społeczeństwo mające za sobą edukację literacką, muzyczną, plastyczną, z pewnością nie będzie doskonałe. Będzie natomiast składało się z ludzi aktywniej współtworzących kulturę i podejmujących dużo bardziej zróżnicowane decyzje kulturowe.
Może członkowie tego społeczeństwa uwolnią wreszcie urzędy państwowe od troski finansowania przedsięwzięć kulturalnych? Będą bowiem tak rozbudzeni i tak aktywni, a zarazem tak głęboko przeświadczeni o ważności kultury, że wydadzą na książkę czy bilet nawet część niewielkich zarobków. Wszystkie muzea, galerie, biblioteki i kina będą pękały w szwach, finansując się ze składek i biletów. Artyści nie będą już żebrali.
Co więcej: może takie społeczeństwo nie przestanie chodzić na wybory polityczne, respektować prawa, szanować siebie nawzajem? Może nie przestanie wypłacać pensji premierowi czy prezydentowi? Nie wymówi posad parlamentarzystom? Nie zakwestionuje zakupu kilkunastu samolotów wojskowych zamiast sfinansowania podręczników szkolnych?
Cokolwiek będzie stało za taką postawą społeczną – szacunek dla zasad demokracji, przyzwoitość, dotrzymywanie słowa, patriotyzm – z kultury będzie wynikało i do kultury będzie należało.
Dlatego politycy wszystkich ugrupowań, przedstawiciele rządów i urzędów: zajmijcie się edukacją. My, czyli społeczeństwo, naprawdę jesteśmy waszą jedyną i ostatnią szansą.
Skrócona wersja tekstu ukazała się w „Gazecie Wyborczej”.
Na podobny temat
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...