Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Mościcki: Co się stało z Jaffą? |
|
|
Paweł Mościcki
|
|
17.02.2009 |
W każdym przewodniku po Izraelu można znaleźć ten sam prosty podział zadań między głównymi miastami. Wiadomo: Jerozolima się modli, Haifa pracuje a Tel Awiw się bawi. Jednak istnieje jedna wspólna cecha łącząca te miasta. Po cichu zmienia się ich charakter, choć społeczna pamięć w ogóle tego nie rejestruje. W Tel Awiwie nie tylko można się świetnie bawić, ale przy odrobinie samozaparcia zaobserwować też rzeczy właściwie oczywiste i znane, choć wciąż wypierane ze zbiorowej świadomości Izraelczyków. Jedną z nich jest konsekwentny proces pozbywania się stąd Arabów wraz ze wszystkim co może przypominać o ich istnieniu.
Jaffa figuruje w przewodnikach jako arabska dzielnica Tel Awiwu, egzotyczne miejsce, gdzie można zjeść dobry hummus i spokojnie popatrzeć na morze. Na turystów czeka tu jeszcze spacer po zabytkowych uliczkach, panorama Tel Awiwu i most na którym spełniają się pomyślane życzenia. Jest tylko jeden problem: bardzo trudno spotkać tu Arabów a jeśli już tu są to najczęściej jako obcy i niechciany element albo dodatkowa egzotyczna atrakcja. Nad samym morzem zniknęła z powierzchni ziemii kolejna część arabskich domów. Ich mieszczańców eksmitowano pozostawiając dosłownie nagą ziemię. Teraz ma w tym miejscu powstać park z pięknym widokiem na wybrzeże oraz luksusowe centrum handlowo-rozrywkowe i nowe osiedla.
W starej części Jaffy – na mocy dekretu władz miasta – osiedlili się „artyści”. Wąskie uliczki, na których naiwni chcą spotkać kolejnego doktora Shakszukę albo oczekiwać mogą Małe sklepiki z biżuterią, obrazami i pamiątkami dla turystów tworzą klimat zbliżony do okolic warszawskiego Barbakanu. Nad ich drzwiami powiewają gdzieniegdzie flagi narodowe a na szyldach przeczytać można napis „Welcome to Israel”. Wszystkie napisy są po hebrajsku i angielsku, arabski można przeczytać dopiero we wschodniej części.
Przykład Jaffy skupia jak w soczewce dzisiejszą politykę władz Izraela wobec Palestyny. Jej głównym narzędziem jest specyficzna polityka historyczna. Choć w rzeczywistości Tel Awiw powstał jako część Jaffy, starożytnego miasta portowego, dziś sytuacja jest niemal odwrotna. Niemal, bo do niedawna uznawano ją za „arabską dzielnicę Tel Awiwu”. Dziś to już tylko slogan. Zgodnie z planem władz stolicy Jaffa ma się bowiem stać miejscem turystycznej rozrywki zamieszkałym głównie przez artystów plastyków i izraelskich juppies. Nowe apartamentowce tych ostatnich otoczone są gęstymi zasiekami z drutów kolczastych na wypadek gdyby jakiś szalony arabski terrorysta nie chciał pogodzić się z nową narracją o jego rodzinnych stronach.
Problemy narodowościowe nie są jednak wyłącznie „zderzeniem cywilizacji”, lecz znajdują swoje odzwierciedlenie w strukturze klasowej izraelskiego społeczeństwa. Arabowie są nie tylko synonimem zagrożenia, ale także zajmują pozycję prawdziwych proletariuszy. Wykonują gorsze prace, nie mają równego dostępu do przywilejów nowoczesnej metropolii za jaką chce uchodzić Tel Awiw. Gdyby więc wpadli na pomysł odwiedzenia porzuconych przez siebie okolic, prawdopodobnie nie byłoby ich stać na zamówienie kawy.
Konsekwentne wypieranie Arabów z Izraela, próba zacierania pamięci o ich zakorzenieniu w tamtejszej historii ma wciąż straszonemu społeczeństwu zapewnić rzekomo odrobinę spokoju i dać poczucie bezpieczeństwa. Jednak w efekcie raczej pogłębia źródła konfliktów i wzajemnej niechęci. Buduje kolejny, mentalny mur, który będzie niedługo trudniej przekroczyć nawet niż ten realny między Izraelem i Autonomią. Jak można wierzyć w pokojowe i nowoczesne nastawienie Arabów i rządać od nich pozbycia się radykałów jeśli na ich własnej ziemii nie chce się ich akceptować nawet jako gości? Jak można wymagać od nich zrozumienia dla własnych narodowych racji, jeśli na ich oczach opowiada się na nowo historię regionu i niszczy ślady ich kultury?
Wszyscy wiemy, że problem izraelsko-palestyński to „niezwykle skomplikowana sprawa”, wszyscy w kółko to powtarzają akceptując przy okazji zjawiska coraz bardziej tę sprawę komplikujące. I odsuwające coraz dalej punkt, w którym mówienie o procesie pokojowym nie brzmi jeszcze jak sarkastyczny żart. Może w ramach stawiania pierwszych kroków na drodze do rzeczywistego pokoju trzeba powrócić do rzeczy prostych i jasnych. Na przykład do zasad, które stoją u źródeł religii obu narodów: „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Należy się zgodzić z Żiżkiem, gdy pisze, że przykazanie to oznacza dziś w Izraelu albo „kochaj swego Araba” albo nie znaczy zupełnie nic.
Miłość bliźniego/sąsiada to nie tylko sentymentalne odwołanie do starych przykazań. To także przyjęcie kilku bardzo konkretnych i wymiernych założeń, które ich praktykowanie warunkuje. Po pierwsze, sąsiada nigdy sobie do końca nie wybieramy i nawet wówczas, gdy nie jest to nasz wymarzony towarzysz, trzeba się z nim jakoś układać. Sąsiada znacznie częściej zastajemy na miejscu niż wymyślamy od zera. Po drugie zatem, z sąsiadem zawsze zamieszkujemy wspólną przestrzeń. Od sąsiada nie można się oddzielić murem, bo i tak będzie zawsze tuż obok. Lepiej więc zadbać o poprawne stosunki: dla jego i naszego dobra. Po trzecie, zamieszkiwanie wspólnej przestrzeni tworzy wspólną historię, wspólnotę pamięci. W przypadku bliskowschodniego konfliktu jest to szczególnie ważne. Uznanie Araba za bliźniego oznacza, że łączy nas z nim historia, której wspólnym elementem nie są jedynie nazwy geograficzne. Nawet jeśli jest to historia nieporozumień i waśni nadal wyzncza wspólny horyzont. Po czwarte, sąsiad będzie w pobliżu tak długo, jak tego będzie chciał. Niezależnie od naszych pragnień, nie rozpłynie się w powietrzu, nie zniknie pewnego dnia bez śladu. Dlaczego? Choćby dlatego, że ma prawo kochać ten skrawek ziemii dokładnie tak samo jak my.
Oczywiście, że wszystkie te punkty wydają się dziecinne w porównaniu z machiną ideologicznych schematów i zawiłością politycznych waśni rozgrywających się na Bliskim Wschodzie. Ale właśnie dlatego, że politycznie – w myśl dominujących sposobów definiowania konfliktu – tak niewiele da się zrobić, być może wyjściem jest usilne powracanie do kilku banalnych zasad, które stawiają sprawy w innym świetle. Jeśli zaś chodzi o stosowanie tego przykazania w Jaffie to tutejsi mieszkańcy muszą się pospieszyć, bo niedługo prawdziwych bliźnich/sąsiadów już tu prawie nie będzie i zostaną sam na sam ze swoją obojętnością.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 18.02.2009 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
@ Skrzypek Zauważ, że nawet w ...
@"Według badań zleconych prze...