|
Ale korki Dla niektórych dzieci „korki” to atrakcyjne zajęcia dodatkowe, czysta radość, bez poczucia, że uczą się dla ocen. Lekcje te stanowią opozycje do zajęć szkolnych, podczas których nie traktuje się każdego ucznia indywidualnie. Dla innych „korki” to raczej zajęcia „podciągające”, traktowane często jako kara. Trafiają na nie uczniowie wysłani „do kąta”, a więc odstający od grupy. Nie nadążałeś za klasą, zostałeś w tyle, musisz podgonić – sam. Nie nadajesz się do grupy i od dziś zaczynasz naukę w pojedynkę – sam na sam z korepetytorem. Perspektywa kary nie zachęca do niczego.
Dziecko zaczyna „odstawać” od grupy, nie dlatego, że nie rozumie na czym polegają obowiązki szkolne. Problemem jest tu raczej stosunek szkoły – jako instytucji – do niepowodzeń dziecka. Zdecydowanie łatwiej unieść symboliczną linijkę i kazać komuś wstać z podłogi, niż go z niej podnieść. Gdy szkoła ma do wyboru: pomóc wstać; stworzyć warunki, w których ktoś podniesie się sam; czy kazać natychmiast stanąć na baczność – wybiera to ostatnie.
Zrównanie podmiotowe, zrównanie przedmiotowe
Często pedagodzy kierują dzieci do ośrodków, działających według schematu, który jest kalką metod szkolnych. Przejście ze struktury oświatowej do pozaszkolnej, będącej jej odbiciem, nie jest żadnym rozwiązaniem. Większość zajęć wyrównawczych oferowanych przez placówki opiekuńczo-wychowawcze, czy po prostu szkolne świetlice, ma na celu utrzymanie dziecka w przekonaniu, że jest słabsze, ale musi spełniać pewne warunki, aby „nie odstawać” od średniej, czyli tzw. „normy”. Jeśli się uda – dziecko dostaje promocje do kolejnej klasy. Jeśli nie – może w skrajnym przypadku trafić do szkoły specjalnej. Wszystko to oczywiście odbywa się w atmosferze negatywnej motywacji i miękkiego przymusu.
Równanie stereotypowe
Karolina chodzi do MOPS-u na matematykę. Ma problemy z liczeniem, ale za to posiada dużą wyobraźnie przestrzenną, jest uzdolniona plastycznie. Ma coś, co określiłabym jako „twórcza postawa wobec świata”. Czy liczby można namalować albo sprawić, żeby nabrały innego znaczenia? Oczywiście, że tak. Jeżeli tylko poświęci się na to trochę czasu i chęci do pracy poza obrębem dziennika, zeszytu i tablicy. Warto też spojrzeć na to z feministycznego punktu widzenia. Statystki zapewniają, że procentowo istnieje większa liczba dziewczynek o „zdolnościach” humanistycznych. Ma się to wyrażać w wyborze klas o takim profilu na szczeblu gimnazjum i liceum, czy kierunków studiów (np. pedagogika). System lubi podtrzymywać przekonanie, że chłopcy są lepsi w przedmiotach ścisłych jak matematyka, chemia, czy fizyka. Temu przekonaniu oczywiście zaprzeczają liczne badania, w tym - dość dawne i nieszczególnie docenione przez polskich pedagogów - badania Konarzewskiego o przyczynach niepowodzeń szkolnych i stereotypach w edukacji. Wynika z nich np., że na najwcześniejszych etapach edukacji chłopców częściej wywołuje się do rozwiązywania matematycznych zadań. Zmuszani są oni też często do rozwiązywania większej ich liczby, podług zasady: „porozwiązuje zadania, to nie będzie hałasował”.
Być może wystarczyłoby, żeby Karolina została wystarczająco zmotywowana do samodzielnej zabawy liczbami. Niestety w szkole nie ma na to czasu. Trzeba liczyć szybko i na siebie. Dodatkowo z powodu „zagrożenia” (tak określa się sytuacje, gdy dziecko ma oceny na tyle słabe, że może powtarzać rok) dziewczynka przez ferie nie może uczestniczyć w żadnych zajęciach dodatkowych, w tym plastycznych i edukacyjnych. Z powodu złych ocen dostała zakaz wychodzenia z domu. Jedyne, co może robić, to cały dzień pochylać się nad zeszytem. A to właśnie aktywności, w których wykorzystuje umiejętności plastyczne sprawiają, że rozwija się, otwiera na inne dziedziny. Co jednak najistotniejsze: podnosi poczucie własnej wartości. A to konieczne, żeby pozwolić jej utrzymać równowagę przy zajęciach, które przychodzą z większym trudem. To, że sztuka może mieć z matematyką wiele wspólnego, ale na lekcjach nie pokazuje się tego związku, jest już innym problemem. Równanie klasowe
Michał. Klasa pierwsza. Na karteczce wychowawczyni zaznaczyła, że nie potrafi czytać, nie rozróżnia literek i nie składa wyrazów. Mama przynosi informację na ten temat z podkreślonymi na wydruku umiejętnościami dziecka lub ich brakiem. Podobno chłopiec nie czyta też ze zrozumieniem. Po dwóch godzinach rysowania obrazków z literami, sylabami i wyrazami, powolnego czytania i oswajania wycofanego dziecka okazuje się, że czytać potrafi. Ba, składać wyrazy również. Tylko czy w szkole jest czas, żeby dzieci mogły czytać troszkę wolniej? Czy nauczyciel i reszta klasy zaczekają? Zestresowane, niepewne dziecko nie będzie przy całej klasie głośno dukało tekstu, który jego rówieśnicy mogą przeczytać kilka razy szybciej.
Równość w równaniu
Szkoła, szczególnie podstawowa, może być miejscem, które rozwija nie tylko dzieci z odpowiednim kapitałem kulturowym. Braki edukacyjne, które powinno się „równać” można odpowiednio ukierunkować, ale bez reżimu podtrzymującego, czy przymusu zaliczenia przedmiotu, który grozi zrównaniem poczucia wartości dziecka z ziemią. Co więcej, przy współpracy z instytucjami, które wychodzą poza schematy stosowane przez szkołę, efekty mogą być widoczne. Jeżeli szkoła ma, skądinąd całkiem uzasadnioną, zadyszkę, to powinna postarać się o odpowiednie programy poza jej obrębem. Samo sformułowanie „zagrożenia” z powodu słabszych ocen, w wyniku czego niemożliwe jest przejście do następnej klasy, jest już wystarczającym sygnałem, że dziecko nie może czuć się bezpiecznie w placówce oświatowej. Pośpiech staje się - paradoksalnie - największym wrogiem postępu. A edukacja bez cierpliwości przestaje być edukacją, a staje się peletonem.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...