|
Koniec romantyzmu, czas na pozytywizm – stwierdził Jacek Rostowski w odpowiedzi na krytykę rządowego projektu budżetu na rok 2011. Czy planowane zmiany uratują finanse publiczne? Nie wiadomo. Wiele jednak mówią o podejściu ministra do polityki społecznej państwa. Twierdząc, że Polska dzisiaj wymaga reform na wzór planu Margaret Thatcher z lat 80., minister finansów daje wyraźny obraz swoich koncepcji ekonomiczno-społecznych. I jest to obraz niepokojący.
Sens oszczędności
Z analizy sytuacji finansowej państwa wynika, że już pod koniec przyszłego roku zadłużenie publiczne zbliży się do przedostatniego progu konstytucyjnego – 55 proc. PKB. Ministerstwo Finansów ruszyło więc na ratunek polskiej gospodarce i obok kontrowersyjnej podwyżki podatku VAT zdecydowało się na solidną dawkę cięć w wydatkach społecznych. Pod nóż poszły środki na aktywizację osób bezrobotnych i – w przypadku przekroczenia progu budżetowego – dotacje dla Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Zamrożono wysokość wydatków Funduszu Alimentacyjnego dla samotnych rodziców i pensje w budżetówce (poza obiecanymi podwyżkami dla nauczycieli), co przy przyspieszającej inflacji oznacza ich realny spadek. W kolejce do cięć stoją też ulgi prorodzinne i internetowe.
Sam minister tłumaczy, że kupuje w ten sposób czas, by przygotować grunt pod większe reformy, m.in. komercjalizację służby zdrowia i restrukturyzację systemu rentowego. Należy tu zapytać o sensowność „kupowania czasu” w ten sposób. Zmiany proponowane przez ministra bowiem mogą niezwykle zaszkodzić społeczeństwu. Ofensywa oszczędnościowa imponuje swoim rewolucyjnym zapałem szczególnie w przypadku zmian w Funduszu Pracy, którego środki zmniejszą się z 7 do 3,2 mld zł. Oznacza to ponad dwa razy mniej (!) pieniędzy przeznaczonych na pomoc osobom długotrwale bezrobotnym w powrocie na rynek pracy i na aktywizację grup społecznie wykluczonych. Oszczędności uderzą więc przede wszystkim w interesy najsłabszych. Jakie będą tego konsekwencje w dłuższej perspektywie?
Co się odwlecze…
Problemy społeczne nie czekają na koniunkturę i lepszą sytuację budżetową. Wręcz przeciwnie. Negatywne zjawiska nasilają się i wymagają szczególnych działań właśnie podczas spowolnienia gospodarczego. Z biegiem czasu środki budżetowe konieczne do naprawy problemów społecznych znacznie przewyższą krótkookresowe pseudooszczędności Rostowskiego. Prędzej czy później i tak trzeba będzie wrócić do nierozwiązanych problemów społecznych. Priorytety ministra finansów powinny być więc dokładnie odwrotne – wydatki na politykę społeczną należy w sytuacji spowolnienia gospodarczego traktować priorytetowo, nawet kosztem większego deficytu. Tymczasem polityka społeczna została dotknięta cięciami nieproporcjonalnie w porównaniu z całością budżetu. Zamiast budować potencjał rozwojowy dla społeczeństwa, będziemy dreptać w miejscu.
Quo vadis?
Zarządzanie wydatkami publicznymi naszego państwa niewątpliwie wymaga racjonalizacji. Nie można jednak się zgodzić na zbijanie deficytu kosztem długofalowej polityki społecznej państwa. To ułomna logika. Tu zresztą ujawnia się pewna hipokryzja założeń budżetowych. Ścinając wydatki na Fundusz Pracy, rząd przewiduje jednocześnie spadek bezrobocia na koniec 2011 roku z 12,3 do 9,9 proc. Może to wynikać z optymistycznych założeń dotyczących wzrostu PKB. Michał Boni, przewodniczący Komitetu Stałego Rady Ministrów, mówi, że „jeśli chodzi o wzrost PKB w 2011, to można być optymistą – wyniesie 4 proc., może nawet troszeczkę więcej”.
Nawet jeśli te prognozy się sprawdzą i bezrobocie spadnie, nie będzie to wynikiem zmniejszenia bezrobocia strukturalnego, a jedynie poprawy koniunktury. To oznacza, że nawet przy małym spowolnieniu gospodarczym może nastąpić skokowy wzrost liczby osób bez pracy. W podobny sposób zareagowała polska gospodarka w czasie kryzysu w 2000 roku. Rozchwiany rynek pracy nie był przygotowany na nagłe osłabienie koniunktury. Założenie, że wzrost gospodarczy może zastąpić politykę społeczną państwa, to naiwność, za którą zapłaci całe społeczeństwo.
Wąska perspektywa
To przekonanie jest o tyle niebezpieczne, że można je interpretować dwojako: skoro poprawa jakości życia społeczeństwa zależy tylko od wzrostu PKB, to w przypadku jego spowolnienia sytuacja społeczna „musi” się obiektywnie pogorszyć. W ten sposób władza ucieka przed odpowiedzialnością za problemy społeczne. Opierając się na tej zasadzie, rząd uzależnia wysokość wydatków na PFRON od wzrostu ekonomicznego i progowej granicy zadłużenia – 55 proc. PKB. Gdy symboliczny próg zostanie przekroczony, środki na niepełnosprawnych zostaną ścięte trzykrotnie. Można zapytać, czy jednocześnie liczba osób niepełnosprawnych spadnie trzykrotnie? Projekt nie odnosi się do tej kwestii.
Racjonalizacja wydatków instytucji publicznych w wydaniu rządu Donalda Tuska polega na zabieraniu im środków na wypełnianie podstawowych funkcji. Powinniśmy jednak pamiętać, że koszty funkcjonowania maszyny biurokratycznej pozostaną na względnie stałym poziomie. Całość oszczędności zostanie więc przerzucona na odbiorców pomocy.
Kształt budżetu można też rozpatrywać w kontekście umowy międzypokoleniowej. Czy sprawiedliwe jest przerzucanie problemów społecznych na przyszłe generacje? Efekty zaniedbań w polityce społecznej ujawniają się często po latach. Rząd, zamiast podjąć reformy, decyduje się na zamiatanie kwestii społecznych pod dywan.
Negatywne efekty zewnętrzne
Należy jednoznacznie stwierdzić, że koszt społeczny to pełnoprawny koszt ekonomiczny i powinien być ujęty w rachunku gospodarczym na równi z innymi. Problem z kwantyfikacją tych kosztów sprawia, że zbyt łatwo ulega się pokusie ich ignorowania. W krajach Europy Zachodniej zagadnienie internalizacji kosztów zewnętrznych znalazło się w głównym nurcie ekonomii już w pierwszej połowie XX wieku, za sprawą takich ekonomistów, jak Karl William Kapp czy Arthur Cecil Pigou. Tymczasem dominująca w Polsce uproszczona wersja teorii neoklasycznej ignoruje rolę instytucji w kształtowaniu się relacji na styku sfery gospodarczej i społecznej. Symptomatyczne jest również podejście rządu do konsultacji społecznych – w sprawie ustawy budżetowej na 2011 trwały one tydzień (!). W kwestii zmian w OFE zostały skrócone z miesiąca do trzech tygodni.
Trzeba pamiętać że „rozwój” to kategoria szersza niż „wzrost”. Oprócz zwiększania produkcji należy dbać o szeroko pojętą jakość życia społeczeństwa, szczególnie w kontekście nierówności klasowych i geograficznych. Tej refleksji zabrakło w projekcie budżetu. Przekonanie, że zmiany i reformy ekonomiczne wymagają wycofania się z „kosztownej” polityki społecznej, jest anachroniczne i niebezpieczne. Te dwie sfery muszą się uzupełniać. Nie stać nas na oszczędności kosztem jednej z nich.
* Paweł Cieminski – studiuje metody ilościowe w statystyce i ekonometrii oraz ekonomię na SGH w Warszawie. Wiceprzewodniczący Koła Naukowo-Badawczego Polityki Gospodarczej. Publicysta działu Polityka i Gospodarka miesięcznika MAGIEL.
Na podobny temat
|
-Symeon, w Krytyce piszesz ciekawiej ...
@daras1983 "Wg mnie Polacy n...