Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Chabaj: Niebezpieczeństwa komercjalizacji |
|
|
Jarosław Chabaj
|
|
16.12.2009 |
Rewolucja stanęła u bram. Studenci masowo wychodzą na ulice, okupują uniwersytety, piszą manifesty, palą opony i wznoszą barykady. Wszystko za sprawą Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego z panią minister Kudrycką na czele, która pragnie wreszcie zakończyć edukacyjne rozpasanie polskiej młodzieży. Aby ukrócić niepożądane i niebezpieczne praktyki – zarywanie nocy, przesiadywanie godzinami w bibliotekach publicznych, proponuje wprowadzenie odpłatności za drugi kierunek studiów podejmowanych w trybie dziennym.
Pomysł poszybował w eter, sonda została wysłana i od razu stał się cud. Na odpowiedź z dalekiej galaktyki nie musieliśmy wcale czekać długie lata. Oto bowiem Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich (KRASP), Fundacja Rektorów Polskich i Konferencja Zawodowych Szkół Polskich podchwyciły temat i słusznie zapytały: dlaczego tylko drugi kierunek komercjalizować – przecież to niekonsekwentne, nielogiczne i w dodatku niesprawiedliwe – skomercjalizujmy wszystko. Wprowadźmy studia płatne od samego początku, dla każdego i to z możliwością przekształcania się uczelni publicznych w prywatne. Dlaczego młodzież ze wsi i miasteczek oraz miast i metropolii ma zastanawiać się tylko nad dylematem, czy stać ich na drugi kierunek? Niech przemyślą dogłębnie samą ideę studiowania na uniwersytecie. Niech się zastanowią, czy wejście do uświęconej społeczności akademickiej jest rzeczywiście dla nich.
Tych decyzji, podejmowanych bez konsultacji społecznych, studenci nie mogli już dłużej tolerować i zarządzili strajk generalny.
Opisana sytuacja jest oczywiście możliwa… we Francji, Szwecji czy Danii (mam na myśli strajk studentów, a nie podobne pomysły na edukację), lecz nie w naszym kraju. W Polsce panuje zadziwiająca inercja lub, co gorsza, niepokojąca zgodność poglądów. Tak, jak w wielu innych sprawach, z jednej strony mamy rządowy projekt częściowej komercjalizacji studiów w Polsce, z drugiej całkowitą komercjalizację proponowaną przez, konserwatywnych zazwyczaj, Rektorów. Ciekawe na jakiej płaszczyźnie możliwy jest kompromis? Czy ta sytuacja nie zaczyna przypominać dobrze już znanych debat publicznych toczonych wokół tematów aborcji, in vitro, czy ostatnio, obecności krzyży w szkołach państwowych? Schemat jest wszak podobny. Zaczyna się od propozycji radykalnej i zaskakującej, jak w przypadku projektu ustawy wokół in vitro Jarosława Gowina (PO). Gdy zaś ogólne zdziwienie nie zdążyło jeszcze opaść, rzuca się pomysł jeszcze bardziej radykalny i szokujący – projekt Bolesława Piechy (PiS). W porównaniu z nim, wcześniejsza propozycja wygląda na ostoję kompromisu i racjonalności.
Czy w przypadku debaty o kształcie edukacji wyższej w Polsce także będziemy skazani na podobna dialektykę? Mam nadzieję, że nie. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że istnieją inne rozwiązania dla edukacji niż neoliberalna komercjalizacja. Wystarczy tylko przypomnieć kilka kluczowych problemów, które się z nimi wiążą, aby poważnie zastanowić się nad rozwiązaniami alternatywnymi.
Z procesem komercjalizacji edukacji wyższej wiążą się dwa poważne niebezpieczeństwa, wobec których nie można przejść obojętnie. Po pierwsze, komercjalizacja doprowadzi do ograniczenia dostępu do szkolnictwa wyższego – jest to argument najczęściej podnoszony przez krytycznych komentatorów. Studiowanie w Polsce nie jest dziś bowiem darmowe : utrzymanie się w dużym mieście, akademik, pomoce naukowe, książki, podręczniki – wszystko to, po podliczeniu w skali roku, daje pokaźną sumę ok. piętnastu tysięcy złotych. Już ona jest obecnie ciężka do udźwignięcia dla osób mniej zamożnych, zwłaszcza z mniejszych miast i wsi. Dorzucenie do tej puli wydatków kolejnej dużej sumy w postaci czesnego za studia (według projektu KRASP do jednej czwartej całego kosztu kształcenia studenta) skutecznie zamknie najbiedniejszym i tak już wąskie ścieżki edukacyjne.
Często podnoszony przez neoliberalnych polityków i ekonomistów jest argument, odwołujący się do poczucia sprawiedliwości. Według tej logiki bezpłatne studia dzienne są okupowane przez mieszczańskie dzieci z klasy średniej, które stać na płacenie za swoją edukację. Osoby, które nie miały szczęścia chodzić do renomowanego liceum w wielkim mieście, czy na dodatkowe korepetycje, a chcą się dalej kształcić, skazane są zaś na płatne szkoły prywatne, studia zaoczne lub wieczorowe. Reforma ma więc zrównać wszystkich w obowiązku płacenia za swoją edukację i ukrócić uprzywilejowanie najbogatszych. Jeżeli przyjmiemy słuszność tego argumentu, to należy się zastanowić, w jaki sposób wprowadzenie ogólnej odpłatności za edukację wyższą zmieni tę niekorzystną sytuację. Czy nagle poziom kształcenia w małych miasteczkach i wsiach wzrośnie? Czy sytuacja socjalna najbiedniejszych znacznie się poprawi? Czy przybędzie tanich akademików i stołówek studenckich? Niestety, można w to wątpić. Bogate dzieciaki z miast zdecydowanie poradzą sobie z nowymi wydatkami, a dla ich biedniejszych kolegów będzie to oznaczało kres marzeń o wyrwaniu się zaklętego kręgu reprodukcji biedy.
Po drugie, z komercjalizacją wiąże się niebezpieczeństwo ograniczenia wyboru w ofercie edukacyjnej szkół wyższych. Nie trudno przewidzieć konsekwencji wpuszczenia mechanizmów wolnego rynku na uniwersytety. Dziś tak popularne wśród młodych ludzi kierunki, jak psychologia, socjologia czy politologia, szybko mogą stanąć przed widmem bankructwa, ze względu na brak zainteresowanych. Przed podjęciem wyboru studiów maturzysta będzie zmuszony rozpisać biznesplan na najbliższe dziesięć lat swojego życia. Będzie musiał w nim uwzględnić m. in. wysokość kredytu studenckiego na pokrycie kosztów studiowania (głównie czesnego), prawdopodobieństwo znalezienia praktyk w czasie studiów, dobrze płatnej pracy zaraz po ich zakończeniu oraz, co się z tym bezpośrednio łączy, sytuację na rynku pracy za lat kilka. Niestety wymienione wyżej kierunki, choć dają wiele satysfakcji i ogólnie rozwijają, mogą nie sprostać tym wymaganiom.
Tym trudniej myśleć w kategoriach biznesplanu o studiach, które już dziś są niszowe i bardzo trudne do powiązania z wolnym rynkiem. Niełatwo wyobrazić sobie pasjonatów filozofii antycznej, historii sztuki czy filologii hebrajskiej wpadających w beznadziejną spiralę zadłużenia tylko dla czystej pasji studiowania wymarzonych kierunków i żądzy wiedzy dla niej samej. Dodatkowy pomysł Rektorów wspomagania z budżetu państwa tych kierunków, które maja największe sukcesy i powodzenie, może tylko przyspieszyć proces marginalizacji i zaniku tych „słabszych”. Czy naprawdę chcemy, żeby na naszych uniwersytetach dominowała tylko ekonomia, marketing, zarządzanie i prawo?
Mam wrażenie, że cała dyskusja wywołana przez minister Barbarę Kudrycką, ma na celu przykrycie zasadniczego problemu. A jest nim niedofinansowanie edukacji w naszym kraju. W głównej mierze wynika on z zachwianej hierarchii wartości, na której opierają się wydatki budżetowe. Rozwinięte kraje Europy, które mają podobny model finansowania szkolnictwa wyższego, przeznaczają na edukację zdecydowanie więcej środków z budżetu państwa niż Polska. Norwegia i Islandia przeznaczają na te cele ponad 8% PKB, Szwecja 6,7%, Dania 7,2%, a Finlandia prawie 7%. Warto przy tym zwrócić uwagę, że w wymienionych krajach edukacja jest darmowa, a gospodarki zdecydowanie bardziej konkurencyjne i innowacyjne. Korelacja wydatków na edukację i konkurencyjności gospodarki warta jest podkreślenia, gdyż zwiększenie nakładów na edukację o 0,1% PKB w perspektywie 20-30 lat prowadzi do wzrostu PKB o ok. 1,5%. Rozwinięte kraje Europy, które oferują obywatelom darmową edukację na wszystkich szczeblach, przeznaczają średnio o blisko 2% PKB więcej na edukację niż Polska.
Różnice te są tym bardziej niepokojące, kiedy porównamy nakłady państwa na wykształcenie ucznia i studenta z krajami skandynawskimi. Dla porównania: Norwegia na roczne kształcenie studenta przeznacza 15,5 tysiąca dolarów, Finlandia ponad 12 tysięcy dolarów, a Polska zaledwie 5,5 tysiąca dolarów, co plasuje nasz kraj na szarym końcu państw europejskich, za Czechami 6,6 tysięcy dolarów i Węgrami z prawie 7 tysiącami dolarów rocznie na jedną studiującą osobę. Nie trzeba przy tym nikomu tłumaczyć, że nakłady na edukację studenta są ściśle powiązane z jakością kształcenia. To z kolei ma proste przełożenie na wartość dyplomu, powodzenie na rynku pracy i budowanie szeroko rozumianej gospodarki opartej na wiedzy.
Reforma edukacji, a zwłaszcza szkolnictwa wyższego, musi więc przede wszystkim iść w kierunku zwiększenia nakładów finansowych państwa, dostępności i różnorodności oferty edukacyjnej. Nie wyważajmy otwartych drzwi, podglądajmy nordyckie wzorce i uczmy się od lepszych, bo inwestycja w edukację swoich obywateli to dla państwa najlepszy interes.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 16.12.2009 )
|
|
Najnowsze teksty i opinie
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...