|
Bugaj: Wspomnienie o Lechu Kaczyńskim |
|
|
Ryszard Bugaj
|
|
12.04.2010 |
Lech Kaczyński różnił się od prawie wszystkich polskich polityków. Różnił się stosunkiem do polityki. Nie chciał się podporządkować jej współczesnym „prawom”. Z tych praw wynika, że trzeba być elastycznym, że swoje poglądy można wyrażać o tyle tylko, o ile będą dobrze ocenione przez wyborców. Więcej, przez tych którzy są wpływowymi pośrednikami między politykiem a wyborcami. Kaczyński nie miał też serca do „snucia opowieści”. Był – jeżeli chodzi o metodę politykowania – całkowicie anachroniczny i przez to mało skuteczny. Docierał do tych nielicznych, którzy rozumieli jego pomysł na Polskę i go popierali. Do jego zwolenników zaliczała się też pewna grupa tych, którzy w zasadzie kontestowali klasę polityczną. To nie była w sumie wielka część elektoratu. Jego szanse na reelekcję nie wyglądały dobrze.
Oczywiście, Kaczyński rozumiał, jakie są źródła jego ograniczonej politycznej wydajności. Był zresztą pod presją swojego politycznego środowiska, by się zmienić. Trochę ulegał. Trochę nie. Oczekiwano od niego więcej elastyczności, więcej uśmiechów i więcej ogólnie słusznych formułek. Uznawano, że uwyraźnienie jego pomysłu na Polskę przyniesie porażkę. Faktycznie, przywiązanie do suwerennego państwa narodowego, skłonność do egalitaryzmu, pewien antyelitaryzm i moralny rygoryzm, to prawie kompletny spis spraw postrzeganych przez liberalny establishment jako zagrożenie dla Polski.
Proste idee Kaczyńskiego były nośne w 2005 roku, gdy świeża była pamięć łajdactw, których dopuściło się SLD. Potem były jednak rządy PiS-u pod pachę z Lepperem. Ludzie dostrzegli, że PiS dla utrzymania się u władzy jest gotów na wiele. I choć to wiele, to nie było tak wiele, to jednak dość by cynicy mogli sprzedać ludziom tezę o zagrożeniu demokracji. A Lech Kaczyński był postrzegany – nie bez powodów – jako część PiS-u. Zresztą nigdy się wyraźnie nie zdystansował. Nigdy nie podjął próby skupienia wokół siebie ludzi ideowo i mentalnie mu bliskich, odmieńców skłonnych nie szanować „praw” współczesnej polityki.
Być może Lech Kaczyński w zbliżających się wyborach wpisałby się do obozu „nowoczesnej polityki”. Być może, ale nie na pewno. Jego śmierć oznacza natomiast, że nikt ważny nie będzie zabiegał o suwerenne, a zarazem opiekuńcze państwo. Wyborcy będą mogli wybrać jakąś wersję programu „nowoczesnego” (federalna Europa, małżeństwa gejów i „płaskie” podatki). Śmierć Kaczyńskiego jest uszczerbkiem dla pluralizmu, a więc dla demokracji.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 13.04.2010 )
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...